Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Krystyna Wojtas

Kacper Palonek-Kozdęba – Te same dłonie

To prove there’s nothing out to get you

Haley Heynderickx – The Bug Collector

–1–

Znów siedzisz na podłodze. Robię nad tobą wielki krok, buduję most w kuchni, sięgam do szafki i wyciągam herbatę. Czuję, jak twoja twarz ociera się o moje kolano. Chcę się zatrzymać, dotknąć jej, ale zamiast tego podchodzę do zlewu i nalewam wody do czajnika. Gotuję wodę. Sznurki od torebek zwisają z kubków. Siedzisz – kłykcie ci zbielały od trzymania się blatu.

Dziś znowu słońce urosło za duże, dziś wiatr nie wieje, wstrzymał oddech, dziś piętra pod nami pną się w górę, w górę. Dziś siedzisz na podłodze, jak prawie każdego dnia. Sąsiedzi za cienką ścianą milczą, popołudnie mija, światło pomarańczowieje, jakby za oknem coś się paliło, ale kiedy wyglądam, widzę tylko miasto, małe samochodziki, drzewa, dużo zielonych drzew i ciebie w odbiciu. Twoje usta się ruszają.

– Podłoga się chwieje.

Tak, wiem, wiem, że się chwieje, wiem, że musisz się trzymać. Kiwam głową, mruczę mhm, znów nad tobą przechodzę, prawie wylewam herbatę. Stawiam przed tobą kubek i łapiesz go zachłannie, jakbyś bała się, że przechyli się wraz z niewyczuwalnym dla mnie ruchem i rozpłynie po kuchni. Obserwujesz uważnie naczynie. Kucam przy tobie. Kładę dłoń na zimnych płytkach. Pytam, w którą stronę. Pokazujesz mi kąt nachylenia. Pytasz, czy widzę. Nie.

Dziś dźwięki się wyostrzają, ptaki za oknem kłócą się głośniej, dziś dzień rozrasta się wszędzie i widzę, że cię przygniata.

– Pij – mówię, a ty posłusznie przykładasz kubek do warg i sączysz jeszcze gorący napój. Pytasz, jaka to. Odpowiadam, że zielona, ta, którą kupiłyśmy ostatnio. Kiwasz głową. Jedna ręka wędruje w stronę blatu. Łapiesz gałkę od szuflady. Podpierasz się na niej, jakbyś za chwilę miała zjechać po równi pochyłej podłogi. Zamykasz oczy. Widzę, że się chwiejesz.

Wzdycham i wstaję. Sięgam daleko, daleko, ściskam pomarańczowe słońce, duszę je palcami, wygniatam z niego sok jak z pomarańczy i ono maleje, wiotczeje mi w dłoni, coś się z niego wylewa, może ciemność. I wieczór zapada niespodziewanie – wkładam sflaczałe słońce do ust, gryzę i połykam, żeby już cię nie raziło, nie przerażało swoją wielkością, nie paliło się obok twojej głowy, gaszę ten ogień i sprawdzam, czy patrzysz, czy widzisz. Czuję, jak słońce wędruje w dół przez przełyk i ląduje ciężko w żołądku. Uchylam okno bardziej, dmucham, napędzam wiatr, żeby się poruszył. Powietrze budzi się i wpada do naszych płuc. Słucham, jak oddychasz. Sięgam w dół, wbijam palce w beton, wyrywam kawałek po kawałku, wyrzucam pustaki, zabieram blokowi kręgosłup i widzę, jak ziemia się zbliża, budynek się zmniejsza, a ty wciąż przy tych szufladach, nadal na podłodze.

– Hej, otwórz oczy – mówię cicho, żeby cię nie spłoszyć. Otwierasz je w ciemności ciepłego wieczora i dotykasz podłogi. Sprawdzasz, w którą stronę ugnie się teraz. Nie ufasz jej. Podchodzę bliżej, siadam obok ciebie, kładziesz mi głowę na ramieniu i przez chwilę wydaje mi się, że się uspokoiłaś. Oddychasz. Wiatr wpada przez okno po całym dniu bezruchu. Wypatroszone słońce chlupocze w sokach trawiennych. Czuję zapach twoich włosów. Nie myłaś ich od kilku dni.

Czuję, że drżysz i odsuwam się, żeby na ciebie spojrzeć. Dotykasz palcami mojej poparzonej dłoni, przesuwasz po krwawiących lekko zadrapaniach, które zrobił beton i nic nie mówisz. Coś wstrząsa twoim ciałem. Wolałabym, żebyś otworzyła usta, pozwoliła słowom płynąć. Może to utrudniłoby wszystko, może to, co ważne, powiedziałyśmy sobie wczoraj, ale chcę cię usłyszeć – teraz, kiedy sprowadziłam dla ciebie noc i możesz się uspokoić, bo wielkie Dziś minęło i następne nie nadejdzie przez długie godziny, które spędzisz w tym miejscu, bo wiem, że niełatwo ci się podnieść, kiedy już raz poczujesz, że podłoga się pod tobą chwieje i musisz się czegoś złapać, żeby nie zjechać po niej… dokąd? Dokąd boisz się ześlizgnąć?

– Wszystko gra? – pytam, żeby powiedzieć cokolwiek. Drżysz i twoje ciało mówi za ciebie.

Wstaję. Muszę – muszę się ubrać, wrzucić kilka rzeczy do ostatnich walizek, sprawdzić, czy w szafach nic nie zostało, czuję, że muszę chodzić, potrzebuję ruchu, potrzebuję upewnić się, że mogę wyjść, ale wcześniej, zanim to zrobię, chcę wiedzieć, czy zostawiłam dla ciebie wszystko, czego potrzebujesz. Nuciłam cicho przez dziurkę od klucza sąsiadów, aż ich dzieci zasnęły, żebyś ty też mogła dziś zasnąć sama, pierwszy raz od dawna. Zostawiłam ci jedzenie. Nie musisz jeszcze o nim myśleć. Zrobiłam wszystko, żeby wyjść bez bólu.

– Potrzymaj mnie jeszcze chwilę.

– Potrzymam.

Siadam z powrotem. Czuję twoją głowę na piersi, moje serce przyspiesza i twój oddech staje się głośniejszy. Nie, nie płacz, nie płacz teraz. Przygotowałam ci wszystko.

– Ćśś – mówię, szepczę, szumię ci nad uchem, wplatam ci palce we włosy, – Ćśś, spokojnie.

Mam mokry podkoszulek. Twoja głowa wciska się we mnie, dłonie puszczają blat i łapią się moich ramion. Nie mogę zrobić już nic więcej. Ręce mnie bolą. Puść, wolałabym, żebyś mnie puściła, ale nie mówię tego na głos. Nic już nie mówię, bo boję się, że też się rozpłaczę. Często robiłyśmy to razem.

Powoli się ode mnie odsuwasz. Wycierasz łzy. Uśmiechasz się. Kiwasz głową i widzę przyzwolenie – wstaję, wygładzam ubrania, na których wyniosę z domu twoje ślady. Wyciągam z szafy kurtkę, wiążę buty, łapię dwie ostatnie walizki, te, które pożyczyłam od twojej mamy i muszę je kiedyś oddać, i otwieram drzwi. Na klatce schodowej pali się światło. Po chwili gaśnie. Oznaki obecności innych ludzi się kończą. Zostawiam cię bez nich. Zostawiam cię z moją nietkniętą herbatą, w pustym mieszkaniu. Czuję skręt w żołądku i przez chwilę chcę porzucić walizki. Machasz ręką. Machasz do mnie. Chcę pocałować cię ostatni raz, ale wiem, że nie mogę ci tego zrobić.

– Dasz sobie radę? – pytam. Kiwasz głową. Uśmiechasz się blado. Zamykam drzwi.

–2–

Dziś – inne dziś, w innym mieście, w innej kuchni – siedzę przy innym stole i piję inną herbatę. I myślę o tobie. Nie widzę słońca, listopad schował je przede mną i za chwilę przyjdzie wieczór, ten prawdziwy, nie popołudnie pozbawione własnego języka.

Myślę o tobie. Wiesz, jaki dziś dzień? Wiem, że wiesz. Widziałam na Instagramie. Włączyłam go wbrew sobie, walczyłam z palcami, ale nie powstrzymałam ich – może część mnie chciała sprawdzić, czy mogę cię tam jeszcze zobaczyć. Widziałam ludzi. Nowe twarze? Widziałam twój uśmiech, widziałam tort; wszędzie rozpoznałabym tort twojej mamy. Zawsze robiła inny i zawsze wyglądał niepodrabialnie. Widziałam, że żyjesz, widziałam twój oddech zamrożony na zdjęciu, na którym zdmuchujesz świeczki. Nie spełniłaś obietnicy, którą powtarzałaś lata temu w najgorszych momentach. Urosły ci włosy. Przez chwilę trzymałam kciuk na ekranie, jakbym miała poczuć przez opuszek ich miękkość. Wyglądasz zdrowiej. Chcę ci to powiedzieć, ale nie mogę zmusić się do zostawienia komentarza.

Patrzę na swoje palce. Pokrywa je siatka pajęczynowatych blizn, zgrubień, które z czasem wyblakły, zagoiły się. Niektóre czuć tylko pod palcami drugiej dłoni. Przyglądam im się w resztkach światła uciekającego dnia, przy żółtawej kuchennej lampie, w pokoju obok słyszę znajome szelesty – Ktoś Inny wychodzi i siada obok mnie, bierze ręce w swoje ręce i rozprostowuje moje palce. W tym momencie wydają mi się obce. Ktoś gładzi pozostałości po tym, jak tymi samymi dłońmi zdrapywałam z ciebie smutek, kiedy lepił ci włosy w strąki, miażdżyłam samochody, które trąbiły za głośno, rozrywałam gardła tym, którzy wychodzili z przeszłości i stali wokół ciebie, kiedy próbowałaś zasnąć, łapałam słońce, kazałam mu czekać, nie spieszyć się z następnym dniem, rozrywałam je na kawałki i obserwowałam, jak się zrasta, bo zawsze wracało, mimo ran, które na nim zostawiłam, mimo braku części, które połknęłam. Tymi dłońmi trzymałam ściany, kiedy chwiały się wokół ciebie, podnosiłam podłogę, kiedy się po niej zsuwałaś. Pękający beton przecinał naskórek i nauczyłam się nie czuć, że dotykam czegokolwiek. Te dłonie należały do ciebie i nie wierzyłam, że mogłyby robić coś innego niż łamanie na kawałki wiązek światła, kiedy widzialność kosztowała cię zbyt dużo, rozpruwanie nieba i wyrywanie z niego garściami czarnej ziemi nocy, bo w nocy czułaś się najlepiej. Wciąż czerwonymi rękami odsuwałam od ciebie każdy świt i trzymałam cię w nich, wiłam z poskręcanych palców dom.

Patrzę na swoje dłonie i zauważam, że odrosły mi paznokcie. Różowią się na końcach. Czasami je maluję. Co chwilę sprawdzam, czy nie zdrapałam lakieru. To nowe. Ktoś Inny siedzi przy mnie i ich dotyka. Delikatnie. Powoli. Wędruje w górę przedramienia. Łapię się na tym, że nadal, po latach, nie wiem, jak odpowiedzieć. Nie zaciskam już pięści, nie przygotowuję się do wbicia w coś szponów, do zniszczenia czegoś, do obrony i zbierania kawałków, ale nie wiem, czym zastąpić te gesty, więc trzymam ją mocno, tak jak trzymałam ciebie. Przywieram do jej ciała i czuję, jak zmienia pozycję, żeby lepiej się do mnie dopasować. Oddychamy.

– Możesz puścić – mówi. – Nigdzie nie idę.

Nic z tego nie zostało. Nie potrafię przywołać intensywności tego, co czułam, kiedy trzymałam cię w dłoniach jak kruche naczynie. Towarzyszą mi tylko ślady, odruchy, odpowiedzi ciała, które wciąż nie zna innych.

Kiedy ją puszczam, coś wypada mi z rąk i przez chwilę brakuje mi oparcia. Czeka. Wie. Lekko gładzi mnie po dłoni, splata swoje palce z moimi i czuję jej ciepło, i wiem, że tu siedzi, wiem, że nie muszę zasłaniać jej przed niczym, że nic nie zabierze jej, jeśli zbyt długo zamknę oczy podczas mrugania.

Podchodzi do lodówki.

– Obiad? – pyta, plecami do mnie. Kiwam głową. Uśmiecha się. Nie wiem, jak to zauważyła. – Pokroisz cebulę? Bo ja będę jak zwykle płakać. – Przytakuję i podchodzę do blatu. Wodzę palcami po porysowanym blacie i czuję, że rosną, podaję jej wielkie dłonie, obejmuję całą kuchnię, otaczam nas. Podchodzi powoli, odsuwa moje ręce z drogi. – Nie trzeba, nie trzeba. Nie złapiesz takimi noża – śmieje się. Muska ustami moją skórę. Blizny wiją się jak węże. Dłonie pulsują. Bije w nich odległe serce. Ktoś Inny gładzi je i widzę, że się zmniejszają. Dociera do mnie ból, przechodzi przez ramiona, ląduje gdzieś wewnątrz, rozpływa się i znika, więc zamykam oczy, a kiedy znów je otwieram, ona trzyma moje dłonie, zamyka je we własnych, wkłada w nie nóż i prowadzi mnie delikatnie do blatu, na którym położyła dwie cebule. Obieram je i kroję, wrzucam na patelnię i słucham, jak skwierczą, świadoma, że krząta się gdzieś za mną. Nie muszę jej widzieć. Nasze ciała dzielą się przestrzenią.

Co jakiś czas podaje mi kolejne rzeczy do pokrojenia, wymieszania, spróbowania. Pozwalam jej dyrygować. Widzę małe ręce, zabliźnione ręce porośnięte twardą skórą – drugie ręce, jej ręce, dotykają ich, skaczą po drabinie pęknięć, jakby chciały je wymazać, choć to niemożliwe.

– Gorszy dzień? – pyta i potakuję ponownie. Obejmuje mnie od tyłu, kładzie głowę na moich plecach, kołysze się lekko, a podłoga pod nami trwa w miejscu, nie rusza się, solidne ściany pną się w górę, za oknem słońce zniknęło bez pomocy. Wypuszczam z rąk nóż, wypuszczam z rąk wszystko, co mogłyby trzymać. Jedzenie na patelni nabrało już koloru, widzę jej dłoń, jak sięga zza mnie, żeby wyłączyć palnik, a później wraca, wspina się po mnie, zaznacza granice ciała, przywraca mi kształt, a ja stoję z pustymi rękami, nie wyklejam sobą ścian, żeby je podtrzymać, nie zasłaniam pięściami okna, żeby odciąć dźwięki z zewnątrz. Pozwalam im leżeć przez chwilę bezużytecznie.

Odwracam się do niej. Przyglądam się jej krótkim włosom i okrągłej twarzy. Zbliżam się i całuję powieki na małych oczach – zamyka je i wydaje dźwięk, który oznacza przyjemność, i w drżeniu jej krtani kuchnia wypełnia się nami obiema, zajmujemy blaty, zajmujemy półki, zajmujemy podłogi i ciepło nie ucieka, słowa nie uciekają, ona nie ucieka, otwiera się przede mną i robię to samo. Słyszę jej mruczenie w swoich żebrach, czuję jej palce głęboko i nie ma już ścian, które mogłyby runąć, jeśli je puszczę.

–3–

Tej nocy, w noc swoich urodzin, pierwszych po tym, jak obiecałyśmy sobie, że już nigdy się do siebie nie odezwiemy, bo tak lepiej dla nas obu, śnisz mi się. Widzę cię, stoisz daleko, ale poznaję twój kształt. Dookoła ciebie zapada ciemność, świat się odkształca, topnieje, otwierasz usta i mówisz coś. Pojawiają się odwrotne słowa, dziury po wyrazach, maleńkie czarne dziury. Przyciągasz mnie, sunę w twoją stronę i czuję w brzuchu łaskoczącą utratę równowagi. Płynę nad podłogą w naszym starym mieszkaniu, poziomo. Czuję, że spadam. Nie zbliżasz się, bledniesz, stajesz się przezroczystsza, a później, później…

– Hej. Hej, obudź się – mówi Ktoś Inny.

Potrząsa mną delikatnie, otwieram oczy, widzę kontur jej twarzy w ciemności. Pochyla się nade mną, wysuwa rękę w moją stronę, dotyka, dotyka, przywraca, zakreśla i oddaję się jej rękom, pozwalam się prowadzić, wychodzę ze snu i czuję, jak rośnie we mnie ciepło, zmienia się w gorąc, przechodzi przez żołądek, płynie przełykiem w górę, rozpycha się we mnie, parzy od środka.

– Coś ci świeci między zębami.

Dłoń wędruje do ust, dotyka warg, rozchyla je, naciska na żuchwę, posłusznie otwieram usta. Coś we mnie wzbiera, widzę jak drobinki światła tańczą na ścianach, na suficie, odsuwam głowę, ale za późno. Jej palce otworzyły we mnie zapadnię, wszystko się wylewa, biegnę do łazienki i pochylam się nad sedesem. Światło. Mrużę oczy. Łazienka rozbłyskuje słońcem i rzygam, rzygam, aż przełyk zacznie płonąć, aż słowa przestaną z niego wychodzić. Wydaje mi się, że ją wołam, bo przybiega, przynosi mi gumkę i związuje włosy, i ogień płynie mi po brodzie, a wewnątrz hel przetapia się w wodór, słońce bulgocze w żołądku i wstrząsa mną raz po raz, wychodzi z chlustem, znika w kiblu, miesza się z wodą. Pluję. Przynosi mi wodę. Charczę coś w odpowiedzi, może dziękuję, może każę jej odejść, bo odchodzi, zostawia uchylone drzwi, a ja opieram się na zimnej powierzchni, klęczę na podłodze i wyrzucam z siebie burzę słoneczną, wyrzucam z siebie pożarte południa.

Słyszę, że siedzi pod drzwiami. Pyta o coś. Nie potrafię odpowiedzieć. Mijają minuty, czuję, że kręci mi się w głowie. Od gorąca odpływam, zasypiam.

Pamiętam rozbłyski, chlupot płynnego światła, ogień na języku i spalanie, spalanie, niekończące się spalanie i ciało, które szuka dawnych ram, ale nie potrafi znaleźć do nich drogi, więc leży bezwładnie na łazienkowych płytkach, rozkrojone przez wydarty ze środka blask, nieprzydatne, nowe. Ogień rozplątuje wszelkie węzły. Zabiera mnie ze sobą. Chcę za nim iść, żeby przestał mnie nękać, bo nie znam innej drogi, ale w ostatniej chwili Ktoś Inny odrywa mnie od podłogi i ciągnie, ciągnie za sobą, zabiera do pokoju i pakuje do łóżka.

Budzę się rano i słyszę, że robi coś w kuchni. Chcę ją zawołać. Otwieram usta, szukam pozycji języka, źródła głosu w środku. Nic nie wychodzi. Sięgam palcami do ust. Szukam języka. Czuję jego koniec dotknięty ogniem i wszystko wraca, cała noc. Nie mam już żadnych słów. Wszystkie wypaliło słońce, które wypełzło ze mnie i zniknęło w rurach bloku.

Podnoszę się z łóżka i idę do kuchni, staję za nią, patrzę, jak smaruje kanapki masłem orzechowym. Siadam na swoim ulubionym miejscu. Ubrała się już. Niedługo wychodzi do pracy. Sprawdzam datę na kalendarzu. Sobota. Mam cały dzień do zagospodarowania. Obserwuję, jak się przygotowuje, widzę, że zerka na mnie i rzuca uśmiech w przestrzeń.

Podchodzę do zlewu. Nalewam sobie szklankę wody i piję łapczywie, piję kolejną i krzywię się przy każdym łyku. Poparzony język, przełyk, żołądek szczypią, wiją się w kontakcie z wodą.

– Jak tam? Lepiej?

Lepiej. Chcę odpowiedzieć. Zbliżam się, otwieram usta i zagląda do środka, śledzi uważnie pozostałości po słońcu i kiwa głową. Zbliża swoje usta do moich. Całuje delikatnie. Czuję, jak mój język brnie ku wargom, ku niej, nie do końca martwy, czuję, jak budzi się to, co pod zwęgloną tkanką, i słowa powoli kiełkują – jeszcze zawieszone w powietrzu, jeszcze trawione w płucach, jeszcze rozpychają się w naczyniach krwionośnych, w skrzepach na uszkodzonych tkankach. Nowe słowa zapuszczają korzenie, potrzebują czasu, zanim uformują się w zdania, zanim nauczą się wychodzić, zanim dłonie znów poznają miękkość i przestaną sięgać w stronę słońca, zawsze kiedy dzień stanie się zbyt trudny. Bo nie muszę bronić jej przed dniem. Nie wiem jeszcze, jak powiedzieć, że ją kocham. To wszystko wyczytuje z moich ust, ze strużki śliny, która zostaje między nami na sekundę, kiedy odsuwa się ode mnie i wraca do kanapek.

–  Ja ciebie też – rzuca, na wpół do masła orzechowego, na wpół do moich dłoni, które wędrują po jej nadgarstku. Słońce migocze pod paznokciami.

Listopad 2024

Kacper Palonek-Kozdęba – zdarzało się, że biedacy mojego miasta wyrzucali niemowlęta do rzeki. „Ten sobie poradzi”, powiedzieli, zanim wylądowałem wśród śmieci. Dryfowałem długo i bez celu. Wyłowiły mnie szczury. Znalazły mnie przy brzegu z żołądkiem pełnym monet. Później trochę pisałem. Moje teksty ukazały się w Tlenie Literackim, Stronie Czynnej, Trytytce, Magazynie Schody oraz w zbiorowej publikacji kolektywu Pralnia.

Krystyna Wojtas – pomieszkuje dwa światy: za dnia analityczny, a wieczorami kreatywny i prowadzi odwieczną walkę, żeby je pogodzić. Miłośniczka fantastyki, czarnej kawy i wymyślania scenariuszy przed snem, które ma nadzieję kiedyś wydać w postaci książki.