Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Jagoda Bujno

Zuzanna Sarlej – U niani

Nianie były dwie, Maria i Magdalena. Dzieciństwo spędziłam w ich małym mieszkaniu w ogromnym bloku. Znajdował się niedaleko morza, chociaż nigdy tam nie chodziłyśmy, nawet w lato. Czasami w zimę ześlizgiwałam się z pagórka pod blokiem na zielonym jabłuszku, jesienią zbierałam kasztany. Próby scholi odbywały się przez cały rok, co środę, a kiedy Maria i Magdalena instruowały starsze dziewczyny, ja fantazjowałam o mszy w katedrze, owacjach wiernych i zachwyconych oczach proboszcza, gdybym tylko…!

Młodo straciły swojego ojca, ale zostawił po sobie drewnianą boazerię pociągniętą grubą warstwą bejcy –  w drewnianych objęciach trzymała ściany całego mieszkania i osoby w nim urzędujące. W małym pokoju spała matka, nie moja, właściwie rzadko widywałam ją poza nim. Duży Maria dzieliła z Magdaleną. Mimo że nieczęsto spędzałam u nich noc, dzisiaj to rozkład jazdy autobusu na lustrze w przedpokoju czy podobizna delfina na klapie sedesu wydają mi się prawdziwsze niż własne łóżko.

Co jakiś czas przychodził Rafał. Zasłaniali z Marią żaluzje w dużym pokoju i zamykali drzwi w sam środek dnia. Chociaż teraz wiem więcej niż wiedziałam wtedy, myślę, że naprawdę jedynie leżeli obok siebie, wsłuchani w ulicę i wpatrzeni w swoje ramiona. Raz, może dwa, przez uchylone drzwi widziałam, jak ubierał dżinsy, delikatnie podskakiwał na końcu i gmerał przy rozporku. Pachniał fryturą i czymś niesamowitym, bałam się spojrzeć mu w oczy.

Ja byłam ich, one też były moje. Wiedziały o tym dzieci w przedszkolu – zerkały na mnie kątem oka, kiedy z sali obok dało się słyszeć podniesiony głos maryjny czy magdaleński. Brzmiały łudząco podobnie, ciamkając niektóry sylaby. Na koniec dnia zabierały mnie w żmudną drogę deptakiem do bloku, od czasu do czasu nagradzały amerykanką kupioną w przejściu podziemnym. Odłamywałam z niej kawałek po kawałeczku, leżąc na dywanie w dużym pokoju i rysując syreny. Zawsze, zawzięcie, w ten sam sposób, pojedyncza syrena wylegiwała się na skale po lewej stronie kartki, płetwy jej ogromnego rybiego ogona sięgały aż po czubek prawego boku, a od góry przypiekało czerwone słońce. Jej podobizny wisiały na lodówce w każdym z moich domów.

Magdalena pojechała kiedyś ze mną do wsi moich dziadków na drugim końcu kraju. Nie pamiętam dlaczego, ale wiem, że na pewno tak było, o czym świadczy niewyraźna fotografia. Na pierwszym planie babcia pokazuje Magdalenie jak doić krowę, a ja zbieram stonki ziemniaczane w tle. Obie wyglądamy na niesamowicie skupione, nie chcąc zawieść zwierząt, insektów ani babci naszą miejską niekompetencją.

Nigdy nie celowo, ale zdarzało mi się nazwać moją mamę Marią Magdaleną, chociaż jej imię zaczyna się na E. Tatę pewnie też bym tak nazywała, ale raczej się do niego nie zwracałam. Po każdej takiej pomyłce przez twarz E. przebiegał cień niezadowolenia, a na mnie spływała fala rozpaczy. Nie mylić się, nie marudzić, nie pyskować – czego nie rozumiesz? Podobnie nieprzyjemne myśli pojawiały się we wszystkich domach. Kiedyś, w bloku niedaleko morza, czekał na mnie makaron z truskawkami w nagrodę za bycie dzielną na wizycie u dentysty. Jednak ani Maria, ani Magdalena nie wiedziały, że płakałam, wyłam wręcz i wyłamywałam sobie palce u rąk, wcale nie dzielna, z ssakiem w policzku i wiertłem przy dziąśle. Zjadłam makaron, po czym gnębiona wyrzutami sumienia zamilkłam na trzy dni.

To wszystko nic, to wszystko jest błahe, chociaż nigdy nie czułam, żeby było inne. Dłonie ściskające moje włosy w warkocze, palce dzierżące patyczki oblepione woskiem z moich uszu. Oporządzanie zawsze było skrupulatne, czy czułe? Znów błahostki, odwracają uwagę od poważnych wspomnień. Na jasełkach byłam Maryją. Józefowie rotowali, ale od małaków do starszaków to ja siedziałam między pasterzami z dzieciątkiem Jezus. Przytulałam lalkę do piersi i czułam bicie jej serca, początkowo niemrawe, z biegiem przedstawienia coraz bardziej stanowcze. Bałam się, że zacznie się szamotać, płakać, że wywinie się z powijaków i runie na ziemię, więc spoconą rękę zaciskałam na jej nodze, dumnie przeglądając się w oczach widowni.

Maria i Magdalena nadzorowały tę, jak i wiele innych, przedszkolnych produkcji, ćwiczyły ze mną moje kwestie w dużym pokoju, strofowały gdy wyglądałam niewystarczająco bogobojnie. Osad od różnych ich słów pozostał na mnie do dzisiaj. Czasami uda mi się zdrapać cienką warstwę, dziwiąc się, że pod spodem znajduję gniew i nieokiełznanie zamiast blasku czystego serca.

Przyszedł czas, w którym musiałam opuścić dom w bloku niedaleko morza, nie wiedziałam z czyjej winy. Nie pamiętam, który dzień był ostatnim ani kiedy wreszcie zorientowałam się, że już nie są moje, a ja nie jestem ich. Dalej produkowałam syreny i jadłam amerykanki, chociaż już inne, bardziej suche. Po latach dowiedziałam się, że był ślub i zwolnienie dyscyplinarne, że zmarł Rafał i ktoś jeszcze. Długo zastanawiałam się, czy inna osoba ma teraz Marię i Magdalenę, czy sunie palcem po wklęsłych i wypukłych częściach boazerii, czy wyleguje się na dywanie. Miałam nadzieję, że nie.

Zuzanna Sarlej – (1999 r.) pisze, redaguje i uczy angielskiego. Absolwentka Uniwersytetu Amsterdamskiego i Autonomicznego Uniwersytetu w Barcelonie. Współpracuje z magazynem Contemporary Lynx oraz instytucjami kultury w Gdańsku.

Jagoda Bujno ilustratorka i graficzka. Tworzę ilustracje, animacje i pomagam markom mówić ciekawiej i bardziej po swojemu. Wierna fanka kina i literatury pięknej. Instagram: @byblurrythings