Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Alicja Dydyna

Weronika Perłowska – Czarna Madonna

Już prawie udaje mi się go dopaść, ale babcia krzyczy, że mamy nie biegać, bo kocie łby są śliskie. Kocie łby. Wyobrażam sobie, że zamiast na gładkich, szarych kamieniach stawiam teraz stopy na kocich główkach zakopanych w ziemi tak, że wystają tylko same czubki. Od razu próbuję zapomnieć ten widok, bo uświadamiam sobie, że te koty musiałyby być martwe. W zeszłe wakacje znaleźliśmy z bratem martwego kota. Leżał na żwirowej drodze za garażami. Zamiast jednego oka miał pustą dziurę, z której wychodziły robaki. Długo nie mogłam przestać o nim myśleć, kiedy zamykałam oczy, widziałam koci pyszczek. Nie chciałam tego, ale im bardziej próbowałam zapomnieć, tym bardziej się nie dało. To samo było po pogrzebie dziadka. Ciągle przypominałam sobie, jak leży w trumnie pośrodku kaplicy. Jego zamknięte oczy, szare, zwisające policzki i dłonie złożone na brzuchu jak do modlitwy. Słyszałam, jak ktoś mówił, że w zakładzie pogrzebowym musieli połamać dziadkowi palce, żeby tak ułożyć ręce. Wtedy wyobraziłam sobie dźwięk łamanych kości. I oczywiście na samo wspomnienie znów go słyszę. Boję się, że samo myślenie o tych wszystkich rzeczach to grzech. Tym bardziej że po kocich łbach idziemy właśnie z babcią do kościoła. To msza za dziadka, więc musimy iść, mimo że jest piątek, a nie niedziela, a w niedzielę i tak będziemy musieli pójść jeszcze raz. Uważam, że to nieuczciwe, ale mama powiedziała, że „nawet nie ma dyskusji”. Sama nie idzie, bo jest w pracy, chociaż wydaje mi się, że zdążyłaby dojechać po pracy, ale nie chciałam już dyskutować.

W naszym mieście jest pięć kościołów: Kolegiata, w której miałam komunię; Świętego Leona na rynku; ten nowy, którego nazwy nie pamiętam; Chrystusa Króla z kolorowymi witrażami i Najświętszej Maryi Panny, do którego idziemy. W podziemiach tego ostatniego znajduje się grobowiec, w którym spoczywają założyciel miasta i jego rodzina. Byliśmy tam kiedyś na wycieczce szkolnej, ale okazało się, że wcale nie jest strasznie. Nie było żadnych trumien i trupich czaszek, jak się spodziewałam, tylko plastikowe tabliczki i krzyże. Już dużo straszniejszy jest obraz, który wisi w kościele przy wejściu. Są na nim smażący się w piekle grzesznicy, którzy po pas zanurzeni w czerwonej mazi, błagalnie wyciągają ręce w stronę Jezusa. Próbuję nie patrzeć w ich stronę, kiedy wchodzimy i wkładam palce do naczynia z wodą święconą. Pomimo piątku, w kościele jest sporo osób więc idziemy usiąść na chór. Cieszę się, bo na chórze można liczyć z góry ludzi i zająć tym sobie trochę czasu. Niestety babcia jakby czytała mi w myślach, prowadzi nas w drugą stronę, daleko od balkonu. Siadamy w ławce i chwilę później rozlega się dźwięk organów. Ksiądz zaczyna pieśń i zaraz dołączają do niego inni ludzie. Niektórzy śpiewają normalnie, ale większość ledwo porusza ustami. Mój brat też tak robi, bo pewnie myśli, że wygląda przez to doroślej. Za to głos babci jest wysoki i doniosły. Mama komentuje czasem, że babcia śpiewa głośniej od księdza, ale mi to nie przeszkadza, bo dzięki temu sama nie wstydzę się śpiewać.

Wszystko wskazuje na to, że to normalna msza – czyli będziemy tu całą godzinę, no może czterdzieści pięć minut, jeśli mało osób pójdzie do komunii i nie będzie ogłoszeń parafialnych. Stanie, siadanie, znowu wstawanie. Postanawiam robić to wszystko z zaangażowaniem, licząc, że babcia pochwali potem, jak pięknie się modliłam. Od babci nie tak trudno jest dostać pochwałę. Kiedyś, jak pomogłam jej umyć okna, powiedziała o tym nawet swojej sąsiadce, pani Irence. Mimo że tylko polerowałam te okna suchą szmatką, żeby nie zostały smugi, a i tak jak zaczęło świecić słońce, okazało się, że w rogach są jaśniejsze plamy. Z mamą nie jest tak łatwo. Rzadko mówi o mnie miłe rzeczy i jest podejrzliwa, kiedy robią to inni. Na koniec pierwszej klasy dostałam dyplom za wzorowe zachowanie i pani wychowawczyni powiedziała wtedy, że jestem „anioł, nie dziecko”, na co mama odpowiedziała, że w domu wychodzi ze mnie diabeł. Byłam zła, że mówi przy pani takie rzeczy, ale wiedziałam, że ma trochę racji. W szkole wstydzę się robić to, na co pozwalałam sobie w domu. Nie mam też tylu powodów do złości, głównie dlatego, że nie ma tam mojego brata. Czasem marzę o takim bracie jak w książkach, który stawałby w mojej obronie i był najlepszym przyjacielem. Niestety mój zupełnie taki nie jest. Kłócimy się cały czas, a on nazywa mnie debilką. Mówi wiele okropnych rzeczy tylko po to, żeby mnie wkurzyć. Na przykład, że dziadek umarł przeze mnie, bo w zeszłym roku złamałam postanowienie wielkopostne i zjadłam chipsy. Mama uważa, że powinnam być mądrzejsza i nie reagować, ale nie potrafię. Nie rozumiem też, dlaczego to ja mam być mądrzejsza, skoro jestem młodsza. Poza tym to on przecież uznawany jest za mądrzejszego, bo ma lepsze oceny ode mnie ze wszystkich przedmiotów oprócz wuefu i polskiego. Z wuefu zresztą jest najgorszy w klasie. Chociaż sam twierdzi, że drugi od końca, bo jeszcze gorszy jest jego gruby kolega Grzesiu Leśniak. Mój brat nie jest gruby, ale i tak słabo mu idzie w sporcie. Nawet jak bijemy się w domu, to zwykle ja mam przewagę. Zwłaszcza od kiedy nauczyłam się zakładać gilotynę. To technika walki, którą widziałam na filmie. Chodzi o to, żeby zajść przeciwnika od tyłu, jedno ramię zacisnąć wokół szyi, a drugim chwycić własne ramię i dociskać jego głowę do swojej klatki piersiowej. Sama byłam zdziwiona tym, jak działa. Wystarczy chwila, żeby brat zaczął jęczeć i prosić, żebym puszczała. Oczywiście w końcu puszczam, ale najpierw każę mu cofnąć swoje słowa. Potem czuję, jak wali mi serce i krew pulsuje w każdym kawałku ciała. To przyjemne uczucie, ale zwykle szybko zastępuje je strach, że mama o wszystkim się dowie. Podejrzewam, że byłaby wściekła. Pewnie nawet powiedziałaby, jak kiedyś, że jest jej za mnie wstyd.

Zaczęło się kazanie, co oznacza, że tym razem posiedzimy trochę dłużej. Niestety kościelne ławki nie są zbyt wygodne. Twarde drewno wbija się w kości na tyłku, a nogi zwisają tak, że nie jestem w stanie ich oprzeć. Próbuję to zrobić, zsuwając się do przodu, a jednocześnie cały czas trzymam plecy na oparciu. Maksymalnie się wyciągam i już prawie dotykam butami klęcznika, ale czuję na sobie wzrok babci, więc szybko się poprawiam i siadam normalnie. Przypominam sobie, że przecież miałam postarać się o pochwałę, i postanawiam do końca mszy wytrzymać w bezruchu. Żeby czymkolwiek się zająć, zaczynam oglądać obrazy na ścianach. Po bokach są takie mniejsze, ze stacjami drogi krzyżowej. Nie przepadam za nimi, bo dziwnie tak patrzeć na Jezusa, który idzie, uginając się pod krzyżem, tylko w koronie cierniowej i przepasce na biodrach. Obrazy z drogi krzyżowej są zresztą dość ciemne i niewiele stąd widać. Za to naprzeciwko mnie, w dużej złotej ramie, wisi Czarna Madonna z dzieciątkiem na rękach. Znam dobrze ten obraz, bo taki sam jest nad łóżkiem w sypialni babci. Trochę się go boję, mimo że wiem, że nie powinnam. Kiedyś, jak nikogo nie było, zrobiłam próbę — siadałam i stawałam w różnych miejscach pokoju i w każdym z nich Czarna Madonna z obrazu patrzyła prosto na mnie. Od tego czasu unikam wchodzenia tam sama. Nawet ta nazwa, Czarna Madonna, jest trochę straszna. Próbuję przypomnieć sobie historię o ranach na jej twarzy. To chyba Niemcy w czasie wojny zrabowali kościół na Jasnej Górze i chcieli zniszczyć obraz. Podobno żołnierzowi, który go pociął, sparaliżowało rękę, a z obrazu zaczęła lecieć prawdziwa krew. Wyobrażam sobie ciemnoczerwone krople skapujące z płótna na kamienną posadzkę. Ten widok jest tak upiorny, że z całej siły próbuję skoncentrować się na czymś innym. Jak na złość do głowy przychodzą mi same złe rzeczy i jak zawsze każda taka myśl prowadzi do następnej, jeszcze gorszej. Myślę o robakach wychodzących z głowy kota i nagle zaczynam się zastanawiać, czy robaki zdążyły już przegryźć trumnę dziadka. Wyglądała na solidną, ale w ziemi i tak chyba musi obrócić się w proch. Ciekawe, co stanie się z tymi białymi, atłasowymi poduszeczkami ze środka trumny i czy one też ulegną rozkładowi. Zwróciłam na nie uwagę, kiedy na pogrzebie trzeba było podejść bardzo blisko do trumny, żeby się pożegnać. Ludzie dotykali lekko ręki albo garnituru dziadka, wykonywali znak krzyża i spuszczali głowy. Ja dotknęłam skóry na dłoni i mówiłam potem, że była lodowato zimna, ale prawda jest taka, że niewiele poczułam. Martwię się, że coś jest ze mną nie tak, bo generalnie podczas pogrzebu niewiele czułam. Nie za bardzo chciało mi się też płakać. Inni płakali, szczególnie te starsze ciocie, których nie znałam. Kiedy doszliśmy pochodem z kaplicy na cmentarz, nawet babcia się rozpłakała. Muszę przyznać, że trochę mnie to zdziwiło, bo kiedy dziadek jeszcze żył, nie wyglądało na to, żeby za bardzo się lubili. Na cmentarzu nie było wtedy jeszcze nagrobka, tylko wykopana w ziemi dziura, do której faceci z zakładu pogrzebowego ostrożnie spuszczali trumnę na linach. W tle jakiś inny facet grał na trąbce i ten dźwięk był strasznie smutny. Wszyscy podchodzili i wrzucali do środka ziemię, która z głośnym dźwiękiem odbijała się od drewna. Najpierw zrobił to tata, potem babcia, a potem inni, ja też. Trochę się bałam, że jeśli podejdę za blisko, wpadnę do tej dziury i nie będę mogła się wydostać. Nie wiedziałam też, ile ziemi wziąć, bo wydawało mi się, że w takim tempie nigdy tego nie zakopiemy. Ostatecznie chwyciłam tylko garść, jak inni. I dobrze, bo okazało się, że nie będziemy czekać, aż całość zostanie zasypana, tylko jedziemy do restauracji na stypę. Nigdy wcześniej nie byliśmy w restauracji i po drodze zastanawialiśmy się z bratem, czy będzie można zamówić frytki. Tata wściekł się, że myślimy o frytkach w takim momencie, więc na miejscu woleliśmy już nic nie mówić i jak wszyscy dostaliśmy ziemniaki oraz kotlet de volaille z serem i wykałaczką w środku. Siedząc przy stole w restauracji, zauważyłam, że kawałki ziemi z cmentarza utknęły mi pod paznokciami, więc do końca obiadu starałam się trzymać tę rękę schowaną pod obrusem.

Teraz też zaczynam oglądać swoje paznokcie. Są czyste i krótko obcięte, ale mam nieładne, wystrzępione skórki. Po ziemi nie ma śladu i nic dziwnego, bo od pogrzebu minęło już prawie pół roku. Na grobie leży szara płyta, na której złotymi literami napisane jest imię i nazwisko dziadka oraz data urodzenia i śmierci. Napisy nie są na środku, tylko na górze; poniżej jest sporo miejsca, o którym wiem, że jest zostawione dla babci. Mam nadzieję, że tak szybko się nie przyda. Babcia twierdzi, że dobrze się trzyma i nigdzie się nie wybiera, ale jest już jednak dość stara i trochę się o nią martwię. Dlatego codziennie na koniec pacierza proszę o zdrowie dla babci. Obiecuję też Bogu w zamian za to różne rzeczy – na przykład, że będę sprzątać swoją część pokoju i chodzić do komunii we wszystkie niedziele miesiąca. Na razie mi się udaje, ale nie wiem, czy w tę najbliższą powinnam, skoro dzisiaj zamiast słuchać kazania, myślałam o kocie, dziadku i krwi z obrazu. Niby mogłabym pójść przed mszą do spowiedzi, ale byłam tydzień temu, więc jak znowu pójdę i mama zobaczy, to będzie oceniać, że tak szybko nagrzeszyłam.

Próbuję skupić się na kazaniu, ale cały czas czuję na sobie wzrok Czarnej Madonny. Kusi mnie, żeby przesunąć brata i sprawdzić, czy tak samo jest na jego miejscu. Albo zapytać czy też mu się wydaje, że Madonna na niego patrzy. Nie zrobię tego, bo po pierwsze śmiałby się, że jestem głupia, a po drugie, co, jeśli okaże się, że patrzy tylko na mnie? Zastanawiam się, czy Czarna Madonna wie o wszystkim, o czym myślę. Jeśli tak, to nie wygląda na złą, może bardziej na poważną i zamyśloną. Przypominam sobie słowa piosenki, żeby oddać się w jej opiekę i robi mi się jakoś smutno. Przechodzi mi przez myśl jakby to było siedzieć obok niej zamiast małego Jezusa. Mam takie jedno zdjęcie z mamą, kiedy siedzę jej na kolanach. Zostało zrobione na jakimś wydarzeniu w przedszkolu. Nie lubię go, bo obie mamy lekko rozchylone usta i tata powiedział, że wyglądamy, jakbyśmy „tęskniły za rozumem”. Mama chyba też nie lubi tego zdjęcia, bo schowała je na samo dno szuflady. Niestety raczej nie będziemy miały lepszego, bo jestem już za duża, żeby siadać w ten sposób. Znowu robi mi się smutno i czuję takie kłucie z tyłu gardła więc zaczynam szybko przełykać ślinę, żeby się nie rozpłakać. Muszę szybko pomyśleć o czymś innym więc myślę o Czarnej Madonnie. Nie wiem, dlaczego, ale wyobrażam, że musi pachnieć lasem, albo taką mokrą ziemią zaraz po deszczu. Może to przez te kolory takie zielono-brązowe.

Kazanie się kończy, więc wstajemy z ławki i zaczynamy mówić „Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego”. Teraz będzie już z górki, bo druga połowa mszy zawsze szybciej mija.

Weronika Perłowska absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, uciekinierka ze świata sztuki. Jej prace były pokazywane na wystawach w kraju i za granicą. Marzy o tym, żeby nie pracować, zamiast tego chciałaby całymi dniami siedzieć z przyjaciółmi w ogrodzie i śpiewać karaoke.

Alicja Dydyna laureatka XXXI OKP im. Jacka Bierezina oraz nagrody publiczności, Odrzanka. Chodzi po Wrocławiu, wygląda za młodo, uczy się jak leczyć ludzi, uprawia textworking i maziajstwo. Publikowała w „Odrze” „Suburbiach”, „Liberté!”, „Babińcu Literackim”, „POZa Linią”. Związana z grupą poetycką „Hurtownia”. Pragnie wszystkich pozdrowić.