Stanisław Tarnowski – Speed light jak błyskawica
Czuję pot, wiatr i prędkość. Przeciążenie roznosi mnie w kroczu i dziąsłach. Jakbym latał albo chociaż lewitował. Dwukołowiec bez przerzutek nadaje tempo mojemu życiu. Nie mam celu, tylko trajektorie. Delikatne dryfty, którymi przemierzam miasto.
Są obiekty, wektory i odległości. Jest błękitna rama Herculesa i światełka z Decathlonu. Nie dzielę materii na ludzi, zwierzęta i przedmioty. Są tylko obiekty, które należy omijać. Przejechać Warszawę od Utraty do Ursusa, od Młocin do Lasu Kabackiego. Zdominować mapę. Nie mogę przestać, nie mogę nic na to poradzić, że najbardziej w życiu ekscytuje mnie prędkość. Nie zawsze tak było, kiedyś nogi i myśli utknęły mi w asfalcie. Granice rozkładów jazdy ZTM stanowiły granice wyobraźni.
Pracowałem wtedy w biurze na Okęciu, w miejscu, gdzie szum samolotów zawisł zamiast nieba. Budynek stał obok miasta, przy lotnisku, obok robotniczego hostelu, który wypluwał na chodnik kazachsko–uzbeckie bójki. Każdego dnia siadałem przy komputerze i wypełniałem wiersze w Excelu. Sprawdzałem, czy uczestnicy konkursu spełnili warunki promocji i czy bank może im przelać pieniądze. Imię, nazwisko, numer klienta, zgoda marketingowa, transakcja kartą, premia, brak premii. Tak wyglądał porządek rzeczy. Komórki układały się w sekwencje, świeciły się na biało, zielono i czerwono. Ludzie zamieniali się w rekordy. Ja czułem się jak kursor.
Do pracy dojeżdżałem autobusem 141. Utykał na Sasanki, utykał na Wolskiej, utykał przy każdym skrzyżowaniu, jakby miasto miało stan zapalny i nie mogło przepchnąć krwi aortą. Siedziałem przy szybie i patrzyłem na samochody. Rząd czerwonych świateł, osobówki, cierpy, dostawczaki, każdy osobno i wszyscy razem w tej samej zakrzepłej tętnicy. Korki fascynowały mnie od dziecka. Miałem resoraki, ale nie urządzałem wyścigów. Nie było mety i podium. Ustawiałem auta jedno za drugim. Budowałem zator. Długi, kolorowy, doskonały. Potrafiłem godzinami patrzeć, jak nic się nie przesuwa.
W biurze pachniało kawą z ekspresu, ostrymi damskimi perfumami i klimatyzacją. Ludzie mówili: szybki temat, status, call, briefing, decyzja. Nieustannie słyszałem samoloty, chociaż współpracownicy szli w zaparte, że po pierwszym tygodniu przestali na nie zwracać uwagę. Ja nie przestałem. Startowały nad budynkiem tak nisko, że aż drżały żaluzje. Ich ryk przypominał, że istnieje inny porządek. Że są maszyny, które nie stoją na światłach. Że można się oderwać i dryfować.
Nie mogłem wytrzymać, więc po miesiącach poszukiwań w końcu dostałem nową pracę. Złożyłem wypowiedzenie i wyszedłem z biura przed siedemnastą. Nad głową przeleciał samolot. Na Sasanki stał korek. Autobus znów nie potrafił przyjechać. Ludzie czekali w milczeniu, z torbami, plecakami, twarzami z odciśniętym dniem. Zobaczyłem hulajnogę. Zeskanowałem kod. Coś piknęło. Kierownica drgnęła w dłoniach. Odepchnąłem się.
I wtedy pierwszy raz poczułem speed.
Dotknęło mnie prawdziwe przyspieszenie. Ciało przesunęło się do przodu, asfalt zaczął płynąć pod podeszwami, samochody zostały po lewej, ludzie za plecami. Wiatr uderzył mnie w twarz, pomuskał usta, wysuszył oczy. Nie jechałem szybko, ale jechałem szybciej niż świat, w którym chwilę wcześniej tkwiłem. To wystarczyło.
Potem jeździłem obsesyjnie. Hulajnogi pojawiały się na mapie jak małe zielone obietnice. Wychodziłem z domu i szukałem najbliższej. Widziałem je wcześniej niż ludzi. Jeździłem do nowego biura na Mangalia. Mijałem korki na Puławskiej, Dolnej i Idzikowskiego. Sunąłem obok aut, w których ktoś poprawiał klimatyzację, ktoś krzyczał do telefonu, ktoś patrzył martwo przed siebie. Porzuciłem bank dla sieci fastfoodów z Luizjany. Nadchodziło lato, a powietrze pachniało smażonym kurczakiem.
Miasto zaczęło mnie wołać. Najpierw cicho, potem coraz bardziej natarczywie. Każda ulica stawała się otwartą historią. Każdy zakręt otwierał mały tunel w rzeczywistości. Warszawski horyzont stawiał mi wyzwanie: koniec ścieżki rowerowej, zakaz wjazdu, krawężnik, wiadukt, rondo, ślepa uliczka za Lidlem, wąski przesmyk między płotem a garażami. Wszystko mówiło: sprawdź, czy da się przejechać. Tylko że hulajnoga miała licznik. Miała procenty baterii i strefy parkowania. Wolność tykała. Każdy czerwony sygnalizator bolał jak podatek od prędkości. Urządzenie niosło mnie przez miasto, ale było cudze. Wynajęte. Kupiłem własną.
Wtedy zaczął boleć mnie ząb. Najpierw delikatnie. Jak mała notyfikacja z ciała. Nic pilnego. Potem ból zaczął wracać przy zimnej wodzie, przy słodkim, przy nocnym zaciskaniu szczęki.
Jeździłem dalej. Podążałem wektorami. Odkrywałem, że Warszawa nie jest miastem, tylko warstwą nałożoną na inne warstwy. Pod nimi są resztki ogrodów, zakłady, bocznice, kanały, psy za siatką, puste place, obietnice deweloperów i zarośla, które pochłoną nas wszystkich. Ścieżki kończyły się nagle, ale to było najlepsze. Wtedy zaczynało się to, co prawdziwe. Miejsca, gdzie asfalt przechodził w płyty, płyty w szuter, szuter w ścieżkę wydeptaną przez ludzi. Ale to nie były szlaki dla hulajnogi, ta zawiozła mnie w miejsca, których nie znałem, ale na końcu każdego odkrycia czułem oszustwo. To nie ja dotarłem. Dotarł akumulator. Ja tylko stałem, pochylony do przodu, jak człowiek udający strzałę. Przestrzeń była przede mną, ale oddzielał nas zasięg. Kupiłem składaka na OLX. Rower Kross z kołami 24 cale i napisem Diament na ramie. Był niski, trochę śmieszny, łańcuch chrobotał przy pracy pedałów. Kiedy pierwszy raz ruszyłem, poczułem coś nowego. Nie piknięcie aplikacji, nie prąd pod stopami, tylko własne ścięgna, własne płuca, własny ciężar przepchnięty przez łańcuch. Prędkość przestała być usługą. Zaczęła stawać się częścią mnie. Rozchodziła się po ciele jak obcy prąd, aż do żuchwy, gdzie ciało odpowiadało napięciem.
Byłem jak światło. Jak błyskawica. Jak krótki przepływ w miejskim systemie.
Otworzyły się na mnie wydeptane ścieżki i nieużytki. Docierałem poza horyzont. Do wysychającego Jeziorka Czerniakowskiego. Do Augustówki i Utraty, gdzie miasto traciło pewność siebie i zaczynało mówić półgłosem. Do przemysłowych terenów przy kolei, między magazynami, rampami, pustymi placami i drzewami, które przejmując teren, tworzyły dystopijny krajobraz.
Jeździłem tak długo, aż zniknęła nazwa ulicy. Potem kierunek.
Potem powód, dla którego w ogóle wyjechałem.
Zostały tylko prześwity.
Między autobusem a krawężnikiem.
Między łokciem dostawcy a drzwiami taksówki.
Między kobietą z jamnikiem a facetem, który patrzy w telefon i wchodzi mi pod koła.
Nie myślę: skręć.
Nie myślę: hamuj.
Nie myślę: zdążysz.
Ciało wie wcześniej.
Biodro przesuwa ciężar.
Dłoń lekko puszcza kierownicę.
Kolano otwiera zakręt.
Płuca skalują tempo.
Płat ciemieniowy odmierza odległość.
Oko wybiera szczelinę.
Jestem małą decyzją podjętą przed rozumem.
Ząb bolał coraz bardziej. Przy szczotkowaniu dziąsła zaczęły krwawić. Czerwona piana w umywalce wyglądała jak groźba. Płukałem usta i myślałem, że może samo przejdzie. Że ciało ma swoje procedury naprawcze, tylko trzeba mu nie przeszkadzać.
Przejeździłem z Diamentem wiosnę i lato. Nastała jesień. Ciemną nocą wracałem od znajomego z Kamionka. Miasto było puste, szumiało wiatrem, lecz żyło. Rower chrobotał od kilku kilometrów, ale jechałem, dopóki działał. Na moście Poniatowskim łańcuch strzelił krótko, lecz stanowczo. Jak ktoś, kto zbyt długo nosił w sobie napięcie i w końcu powiedział: DOŚĆ!
Mechanik wydał wyrok bez cienia emocji. Wygięta tarcza korby. Stary model. Jak nie znajdę oryginalnych części, rower będzie rozrywał kolejne łańcuchy. Diament miał w sobie coś niekompatybilnego z przyszłością. Nie pożegnałem go. Przypiąłem go pod blokiem i powiedziałem sobie, że kiedyś oddam go w ręce pasjonata. Ktoś go odnowi i przywróci ruch. Nie wiedziałem jeszcze, że zostanie tam na zawsze. Że deszcz wejdzie mu w śruby, śnieg w linki, rdza w pamięć. Że spółdzielnia zapłaci fachurze, żeby go odciął i zwiozą wszystko na złom.
W tym samym czasie musiałem pochylić się nad bólem, odkryłem dziurę w zębie, zaraz przy nasadzie. Chciałem iść do dentysty, ale nie stać mnie było na lekarzy poza NFZ. Poza tym zbierałem na rower. Priorytety są śmieszne dopiero z perspektywy czasu. Doraźnie są tylko sposobem, żeby przetrwać z tygodnia na tydzień.
Przez chwilę wróciłem do ZTM-u, żeby zrozumieć, że nie ma powrotu. Siedziałem w tramwaju, w autobusie, w metrze, wśród ludzi o zblazowanych twarzach. Patrzyłem na nich i myślałem: to wy tak żyjecie? Zawsze patrzycie w telefony, a okazyjnie: stoicie, siadacie, przesiadacie się, czekacie, przykładacie karty, dotykacie tych samych rurek, wygrzewacie te same tapicerki.
Kupiłem nowy rower. Błękitna rama Herculesa, bez przerzutek. Skręcony w piwnicy na Bródnie, przydawał wdzięku nie do podrobienia. Miał w sobie warszawski sznyt i prędkość wpisaną w kształt ramy. Był prosty jak decyzja. Jedna rama, dwa koła, jedna prędkość. Moc wpuszczona w układ, tylko ja i moja energia. Nic do negocjacji.
Wtedy zacząłem naprawdę czuć prędkość. Najpierw wchodziła w uda. Potem w płuca. Potem w szczękę. Potem w dziąsła. Speed nie miał kształtu. Miał ciśnienie. Docisk. Szarpnięcie. Suchość w gardle. Ślinę cofniętą pod język. Ciało pochylone tak, jakby modliło się do asfaltu. Pędziłem. Jeszcze. Jeszcze trochę. Jeszcze przed autobusem. Jeszcze przed zmianą świateł. Jeszcze przed myślą, że mogę nie zdążyć. Jeszcze przed strachem. Nie wolno się bać. Strach mógłby mnie zabić. Nie mogłem umrzeć. Jeszcze.
Najlepiej było w chwili, kiedy wszystko stawało się za szybkie dla głowy, która zostawała z tyłu. Z przodu były tylko ręce. Koło. Oddech. Błysk. Prześwit. Atak. Nie jechałem szybciej od innych. Jechałem szybciej od siebie. Od pracy. Od zmęczenia. Od zęba. Od pieniędzy. Od tego, kim byłem rano.
Prędkość rozgrzeszała wszystko, czego nie potrafiłem zmienić.
Wędrowałem tak długo,
aż wreszcie miasto przestało mieć nazwy.
Nie ma Puławskiej.
Jest wieczny opór.
Nie ma Tamki.
Jest ostateczna prędkość.
Nie ma Marszałkowskiej.
Jest hałas, szał, autobus, śmierć z lewej.
Nie ma Mostu Gdańskiego.
Jest wiatr, metal i próba charakteru.
Nie ma Śródmieścia.
Jest błąd w systemie, przez który trzeba się przecisnąć.
Nie ma trasy.
Jest szczelina.
Nie ma Stacha.
Jest ruch, który przez chwilę nosi moje imię.
Nie chciało mi się robić rzeczy, chyba że mogłem tam pojechać rowerem. Spotkanie? Zależy gdzie. Zakupy? Jak jest stojak. Impreza? Jeśli da się wrócić nocą. Smutek? Można rozjeździć. Lęk? Można przepocić. Nuda? Wystarczy skręcić w ulicę, której się nie zna. Sezon nie miał końca. Gardziłem letnimi rowerzystami, którzy pojawiali się w maju, na za nowych rowerach, z koszykami, dzwonkami, dziećmi, kaskami i słuchawkami w uszach, które odcinały ich od miejskiego dryftu. Gardziłem amatorami na Veturilo, którzy ruszali zygzakiem, hamowali bez powodu i patrzyli na ścieżkę, jakby była atrakcją turystyczną. Jesień była nasza. Warszawa pustoszała, liście kleiły się do opon, światła rozpraszały się w wilgotnym powietrzu.
Ząb bolał coraz częściej. Ból miał własny rytm, zapalał się pod szczęką jak małe czerwone światło, które nazbyt długo nie puszcza pieszych i rowerzystów. Czasem wydawało mi się, że jeśli pojadę wystarczająco szybko, zostawię ból za sobą. Że jest lokalny, przypisany do miejsca, że można go oszukać prędkością, ale ból jechał ze mną. Na Mokotowie, Jazdowie i Targówku. Nie dało się go wyprzedzić.
Pusta mapa zaczęła się wypełniać.
Najpierw punktami. Potem liniami.
Potem skrótami, których nie było w żadnej aplikacji.
Wiedziałem, gdzie kostka brukowa wybija nadgarstki. Gdzie ścieżka rowerowa kończy się bez ostrzeżenia. Gdzie na przejazdach zawsze stoi dostawczak, a gdzie auta jeżdżą po chodniku. Wiedziałem, gdzie po deszczu zbiera się woda, gdzie wiatr pod mostem uderza bokiem, gdzie można przejechać na czerwonym. Miasto przestawało być zbiorem dzielnic. Robiło się układem powtórzeń. Jedna kładka przypominała drugą, a parking odbijał się w drugim parkingu.
Umysł wiązał niepowiązane fragmenty.
Ta sama dziura w asfalcie pojawiała się w różnych miejscach.
Ten sam pies szczekał za różnymi płotami.
Ci sami nastolatkowie prosili rodziców o bliki pod Żabkami.
Warszawa robiła się mniejsza. Nie dlatego, że ją znałem. Raczej dlatego, że przestała udawać nieskończoność. Z bliska była ogromna, ale po kilkunastu miesiącach jazdy zaczęła się składać z powtarzalnych elementów: osiedle, korek, skwer, Lidl, Biedronka, zakład pogrzebowy, paczkomat, pies, próg zwalniający, puste boisko, Żabka, apteka, kebab. Jakby ktoś z kilku rekwizytów budował całe miasto i liczył, że nikt nie będzie jeździł wystarczająco długo, żeby to zauważyć.
A ja jeździłem.
Mapa najpierw rosła we mnie jak drugi układ nerwowy. Potem zaczęła się kurczyć. Nie było już daleko. Było tylko jeszcze raz. Jeszcze raz most. Jeszcze raz kładka. Jeszcze raz Wisła. Jeszcze raz Żabka. Jeszcze raz nieodśnieżona ścieżka rowerowa. Jeszcze raz pusty plac, na którym można było poczuć się pierwszym człowiekiem po końcu świata.
Znowu lato, pobijamy kolejny rekord upału, poprzedni padł wczoraj. Nie chce mi się nigdzie jechać. Ruszam, ale zatrzymuję się na Polu Mokotowskim. Stoję spetryfikowany pod boiskiem do rugby. W myślach wertuję kolejne stołeczne połacie. Nic mnie nie ekscytuje, żaden wektor mnie nie wzywa.
Czuję ból w zębie. Wysysam flegmę i spluwam. Ślina jest zabarwiona ropą.