Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Natasza Kornobis

Sonia Pohl – Drugie kwitnienie magnolii

Istnieją w życiu różne czasy, to akurat był czas przebudzenia. Ja od dawna pragnęłam się obudzić, ale nie tak łatwo przerwać kilkuletni okres melancholii. W ogrodzie magnolia puszczała pierwsze pąki. Nie od razu zauważyłam białe, skulone płaty kwiatów, może dlatego, że śnieg jeszcze niedawno ścielił się na szarej ziemi. Dni mijały jednakowo, niemal bez przystanku. Rankiem pijałam kawę w tym samym ceramicznym kubku z długim, krzywym uchem. Palce przy ciepłym pomagały mi odróżnić jawę od snu. To był mój codzienny rytuał, który odprawiałam na parapecie co ranek, zanim jeszcze dzień zdążył na mnie spaść i wessać mnie w chorobliwy wir wszelkich spraw do załatwienia, by wypluć mnie tuż przed snem, oniemiałą i znużoną po brzegi.

Może jakiś wyższy, kolektywny byt popatrzył na mnie z litością i sprawił tamto kwitnienie, a może to była kwestia przypadku. Ludzkie intencje nie mają żadnego znaczenia, kosmos i tak rozwiera się tylko w sobie znanych kierunkach. W każdym razie stało się – drzewo oznajmiło, że idzie nowe. Wpatrywałam się w nie z radością wielkości łyżeczki cukru, którą dosypuje się czasem do herbaty, gdy nikt nie patrzy. Siedząc tam, na moim białym, wysłużonym parapecie (już dawno obiecałam go odmalować, ale brakowało mi wiary w sens odnawiania i porządkowania rzeczy, podczas gdy sama czułam się zaśniedziała), zauważyłam na drzewie coś jeszcze. Z początku myślałam, że to mały, rudy ptak siedzi między gałęziami, ale nie poruszył się, nawet gdy otworzyłam okno i krzyknęłam. Wreszcie wyszłam do ogrodu, by sprawdzić, czym jest to, co widzę, co z daleka wyglądało jak umorusany kawałek reklamówki albo zabawka, którą ktoś postawił na drzewie, chociaż nie było przecież nikogo, kto mógłby to zrobić. Mieszkałam sama, z sąsiadami nie wchodziliśmy sobie w drogę. Pomiędzy biało-łososiowymi pąkami, które ledwo wystawiały główki, był jeszcze jeden, zupełnie inny pąk. Wyrastał z gałęzi jak reszta, jednak w przeciwieństwie do tamtych wyglądał niemal jak kawałek mięsa, trochę podobny do nabrzmiałego od krwi rubinu, mięsisty i jędrny. Bałam się go dotknąć. Gdy po chwili przemogłam się, musnęłam go tak, jak się dotyka maleńką, żółtą główkę kanarka. Odruchowo powąchałam palce, ale nie została na nich żadna woń. Dotknęłam pąka raz jeszcze i tym razem wydało mi się, że wyczuwam delikatne ciepło. Coś w środku pulsowało.

Nazwałam go Smoczek, bo przypominał niewielkie smocze jajo. Odtąd codziennie patrzyłam, jak rośnie i w dzienniku zapisywałam każdą zaobserwowaną zmianę. Czekałam na  wyklucie, a to czekanie sprawiło, że ogarnął mnie błogi stan. Szum w mojej głowie zelżał, nerwy nie terkotały niczym stare radio. Wyciszyłam się. Co kilka dni mierzyłam Smoczka centymetrem z Ikei, który trzymałam w szufladzie na klucze. Rósł mniej więcej centymetr na trzy dni. Nie mogłam go zważyć, ale telefonem robiłam zdjęcia. To, co opatulało pąk, do tej pory zielone, zbrązowiało i stwardniało, bardziej przypominając chitynowy pancerz karalucha niż liść albo łodygę. Po tygodniu pąk zupełnie przestał wyglądać jak pąk, stał się raczej jajem w ciemnej skorupie, zasłaniając krwiste, mięsiste wnętrze. Gdybym nie widziała go wcześniej, pomyślałabym pewnie, że to zgrubiała gałąź w kształcie dziecięcej piąstki.

Wysiadywałam parapet jak kura. Codziennie, w każdej godzinie choć chwilkę patrzyłam na drzewo, a przed śniadaniem i tuż przed snem dłużej. Pogoda była kapryśna. Martwiłam się zwłaszcza o przymrozki. Pewnej nocy temperatura spadła poniżej zera, ale magnolia jakoś to przetrwała. W dni suche wychodziłam do ogrodu, w dni mokre przesiadywałam na poduszce, którą ułożyłam sobie przy oknie. Zdarzało mi się zasypiać nad kubkiem herbaty. Ciecz lądowała na ciuchach, sporo miałam prania. Spóźniałam się do pracy, ale miałam to gdzieś. Pąk rósł w oczach i szybko pojęłam, że dla magnolii był to bękart, którego nie miała możliwości odchować, skupiona na swych biało-łososiowych dzieciach, normalnych i przewidywalnych w wielkiej genetycznej loterii. Cokolwiek miało się wykluć z brunatnego jaja, mogło albo umrzeć, albo trafić pod moją opiekę. Smoczek był więc zdany na mnie.

Zaczęłam czytać specjalistyczne artykuły i książki naukowe i choć nie było żadnej  wzmianki o podobnym przypadku, dowiedziałam się nieco o samym wykluwaniu. Założyłam, że skoro istnieje skorupka, Smoczek musi posiadać ząb jajowy, twardą narośl na końcu dzioba, która pomoże mu rozłupać pancerzyk. Podobno taki ząb odpada po kilku dniach, jak u dzieci kikut pępowinowy. Pomyślałam, że warto go zachować.

Wiłam dla niego gniazdo. Ze starego kosza wiklinowego zrobiłam coś na kształt kołyski, którą wyścieliłam skrawkami szmat i zerwanymi w ogrodzie trawami. Potem zaczęłam kompulsywnie sprzątać. Wypucowałam każdą szufladę, wyrzuciłam graty, których od lat nie potrafiłam się pozbyć. Potrzebowałam miejsca na nowe. Odmalowałam nawet parapet. Jak widać, wystarczyło uwierzyć, że na coś się czeka, że coś nadchodzi. Pełna euforii, pochłonięta przygotowaniami zapomniałam o przygnębieniu. Tylko czasem, w środku dnia, z niejasnych powodów robiło mi się niedobrze, kładłam się wtedy na kanapie i tępo patrzyłam w sufit. Raz czy dwa zaskoczył mnie atak paniki. Naszły mnie znajome myśli i strach o to, że w dalszym ciągu nie potrafię wyobrazić sobie swojej przyszłości, ale jakoś udało mi się opanować. Odkąd był Smoczek, w nocy spałam raczej wzorowo, moje statystyki mogliby pokazywać studentom.

Zrobiło się cieplej, zabrałam się więc za porządki w ogrodzie. Zgrabiłam liście do rogu i zaczęłam je pakować do worka. Kiedy się schyliłam, żeby go związać i przenieść pod bramę, zakłuło mnie w podbrzuszu. Jeszcze kilka metrów szurałam workiem po trawie, ale w połowie drogi ból stał się bardzo wyraźny i zakręciło mi się w głowie. Zostawiłam liście na środku trawnika i wróciłam do domu po tabletkę. Zażyłam dwie kapsułki i położyłam się na moment. Poczułam, że krwawię. Ból był coraz silniejszy, ale ponieważ miewałam taki co miesiąc, byłam przyzwyczajona. Wiedziałam dobrze, co mnie czeka, jeśli tabletki nie zadziałają. Ale coś się nie zgadzało. Policzyłam dni. Na czole wystąpił pot, przetarłam twarz brudną ręką. Zmroziło mnie. Spóźniałam się przeszło trzy tygodnie.

Chciało mi się rzygać. Podniosłam się, żeby wyjrzeć przez okno, ale oczy zaszły mi łzami i nie widziałam za dobrze. Zgięta w pół, jedną ręką trzymając się za brzuch, drugą błądząc po ścianie, po drzwiach, po klamce, wymacałam drogę na zewnątrz. Wyszłam, złapałam grabie i z ich pomocą przeszłam kilka metrów, jakoś stanęłam pod drzewem.

Ze Smoczka wydobywała się lepka, brunatna maź. Jajo straciło kształt i poszarpane, niewielką strugą spływało po gałęziach i pniu. Było tego zresztą tak niewiele, że na ziemi nie zrobiła się nawet plama.

Nic się nie stało, to był zwykły, słoneczny dzień, prawda?

Nie, to moja wina. To przez te liście. Na pewno się przeciążyłam.

Albo to moje myśli, moje myśli mnie poniosły. Straciłam gardę. Ucieszyłam się jak dziecko na widok cukierków. Idiotka! Gdybym podeszła do tego z większą rezerwą, nic by się nie stało. Uwierzyłam, że tak po prostu dostałam od losu prezent. Mam nauczkę!

Nie, to przypadek, przecież to był zwykły słoneczny dzień. Nie mogłam nic zrobić.

Już zaczęłam planować, już mi się wyobraziła przyszłość. Nie wolno niczego planować na zapas, przedwcześnie. Trzeba być ostrożnym.

A może to geny, niefortunny splot cząstek w helisie.

To się zdarza cały czas, mówią. To jak potknięcie się na chodniku. Nie dało się nic zrobić.

Dlaczego to się przytrafia akurat mnie?

Przez trzy dni nie wstałam z łóżka. Na przemian łkałam i smarkałam. Nie miałam apetytu. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Skończyła się moja niewinność, naiwne i dobrotliwe postrzeganie świata, w którym nic poważnego dotąd mi nie groziło. Najtrudniej było mi przyjąć, że to nie miało ze mną nic wspólnego, zrozumieć, że śmierć jest warunkiem koniecznym życia i że nie każdy pąk się wykluwa.

Wyobraziłam sobie te wszystkie straty, które jeszcze mnie czekają. Choroby i śmierci najbliższych. To, że trzeba je przeżyć, a potem zapomnieć.

W pracy wzięłam tydzień chorobowego, a później dwa tygodnie urlopu. Pomyślałam, że wyjazd dobrze mi zrobi. Zrobił. Gdy wróciłam, wpadłam w wir pracy. Czas mijał. O Smoczku przypominałam sobie sporadycznie. Wyrzuciłam dziennik z zapiskami i gniazdo. Zrobiło mi się lżej.

Kiedy to piszę, magnolia kwitnie po raz drugi. Tym razem trochę minie, zanim naprawdę się ucieszę. Nie będę dowierzać, dopóki pąki się nie wyklują, ale czekam na to z podobną, jeśli nie większą, nadzieją.

Sonia Pohl (ur. 1992) – prozaiczka, laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO 2026. Debiutowała reportażem na łamach „Tygodnika Powszechnego”, publikowała m.in. w „Odrze”, „Herito” i w „Kontencie”. Członkini kolektywu literackiego SFINGA Girls. Jej powieściowy debiut „Morze Wschód” ukaże się na początku 2027 roku nakładem wydawnictwa ArtRage.

Natasza Kornobis (ur. 1998) – studentka communication design. Uwielbia świadome doświadczanie świata. Intryguje ją człowiek i natura. W wolnym czasie śpiewa, gra na ukulele, tańczy i maluje. Pełna skrajnych emocji. Fascynuje ją film, muzyka i malarstwo. W nocy w środku lasu, przy blasku księżyca czuje się jak ryba w wodzie. Instagram: @moonllady_