Rafał Różewicz – pięć wierszy
Przerwane połączenie
Czy się nie boję, że nóż jak w masło
wejdzie na pełnym ostrzu i skończę w plecach
nie tylko z codziennym bólem? Nie były to pytania krzyżowe.
Wbiła się celnie. Jak się powinno wbijać w cudzą opowieść
i butować każde zdanie. Choć na domówkach, gdzie królują skrajne
historie, ściąga się buty czy nie?
Pracowałem w fundacji. Pomagałem jak mogłem
osobom w kryzysie i zamiast serca miałem ręce pełne
roboty i pustych obietnic. Wyjdziesz na prostą.
Do noża wystarczy jedna ręka. Skąd pomysł, że psychicznie chory
miałby ją na mnie podnieść? Strach dziewczyny z tej samej
kanapy miał w oczach błysk, więc szybko uciąłem wątpliwości.
Czy się boję? Nie. Skinęła głową na znak, że rozumie,
co znaczyło, że pozostanie przy swoim Tak.
Wyszedłem wcześniej. Wystarczyło włożyć buty,
choć potrzebowałem do nich łyżki. O nożu nie było mowy.
Dlatego
Kiedy byłem nastolatkiem, powiesiło się czterech moich znajomych.
Albo trzech, zależy jak liczyć. Nigdy nie umiałem
w relacje. Z czterech lub trzech grobów
odwiedzam dwa. Ale tylko przy jednym ruszam ustami.
To nie znaczy, że z P. byłem blisko,
tylko: rok i trzy miesiące przed jego samobójstwem
na imprezie sylwestrowej wytrąciliśmy jego koleżance nóż z ręki,
który skierowała ku sobie.
Lecz potem to on, a nie ona, dopiął swego. Z innego powodu,
choć może powód pojawił się tamtej nocy i rósł w nim,
żeby przybrać ostateczny kształt pochowanego
człowieka, lat szesnaście. Szmat czasu.
A mimo to wciąż nie umiem całkiem go pogrzebać,
gdy zdarza mi się myśleć o jeszcze innej koleżance, która nie miała w ręku noża,
ale po śmierci P. miasto wiedziało swoje i skierowało w nią swoje ostrza.
Czy oddaliła je od siebie?
A tamta z Sylwestra? Dlaczego nóż nie może służyć jedynie do krojenia,
skoro P. wystarczyła linka od motocykla.
Może dlatego.
Na miejsce
Zasuwał tak, że każdy zakręt był jak potencjalny wypadek
i czarny worek świętej pamięci. I gwarą, że nie rozumiałem go wcale –
wiekowego taksiarza, też prawie świętej pamięci.
Wsiadłem w Sejnach, chcąc dotrzeć do Krasnogrudy.
Jakaś siła pchała mnie w kierunku granicy. Jeszcze chwila, a krzyknąłbym:
Litwo, ale wysadził mnie tuż przed nią, jakby chciał przypomnieć,
że wieszcz jest jeden i nie mam podjazdu.
Dwór Miłosza był piękny o poranku. I myśl: czy naprawdę jestem poetą
z klasy robotniczej, skoro urzeka mnie pański, kresowy dwór?
Wzruszyłem się, jak przed laty na czytaniu Krynickiego.
Niezbyt dobrze świadczyło to o poezji rówieśników, ale byłem daleko,
łapałem obcą sieć – mogłem sobie pozwolić. Potem nad jezioro Hołny,
gdzie i on chodził, a mnie strasznie pogryzły komary.
Nagle – telefon od kolegi z pytaniem, czy nie zrobię z nim wywiadu –
wydaje nowy tomik. I czy przebywam tu na stypendium?
Ja? Tak sobie tylko.
Co miałem odpowiedzieć po tym ukąszeniu?
Że nie będę ani Adamem, Czesławem, Ryszardem,
bo ten sam taksiarz czeka już na mnie, żeby odwieźć z powrotem na miejsce?
Oszczędne krajobrazy Tomasa Tranströmera
Mniej więcej raz do roku zdarza mi się obejrzeć
rozmowę Wallace’a Stegnera z Czesławem Miłoszem.
Rok 1980, chyba przed Noblem. Stegner mówi przez cały czas,
Miłosz tylko: yes, yes.
W komentarzach czytam:
W porównaniu do powściągliwego Litwina Wallace wyszedł tutaj na kompletnego palanta.
To po angielsku, nie wszystko rozumiem – jestem poetą wybitnie
polskojęzycznym i z klasy
robotniczej (nie pomogła podróż do Krasnogrudy). I po co
ten nawias? Żeby wydać się oryginalnym
w porównaniu do amerykańskiego planu? Na tle krajobrazu: Stegner w kurtce,
Miłosz w marynarce, rusza gęstymi brwiami, choć obaj stoją
na kalifornijskim wzgórzu. Kolory ich ubrań? Jakie kolory, jestem półdaltonistą,
widzę jedynie to, co chcę. A widzę, że Miłosz wspina się na szczyt,
żeby jego głos był słyszalny z dołu, a ktoś inny nie pozwala mu do niego dojść. Stegner umarł
wcześniej. Tyle mówił,
aż się zmęczył.
Ale tak mają powieściopisarze.
Poetom wystarczy: yes, yes. I z tego jest wiersz:
mowa, choć żadnych słów (pisał Tranströmer w przekładzie Miłosza, choć inni przełożyli to
inaczej).
Oko za kąt song
Tego lata nic nowego.
Stary pająk i znajomy (…)
Grzegorz Wróblewski
.
Stary pająk, Włodzimierz, przyjaciel.
Wciągam go nosem odkurzacza, a on, jak stalker,
pojawia się znowu. Obserwuje mnie i chodzi
po ścianach. Skubany, pewnie gryzie tynk,
tak jak ja gryzłem pod koniec miesiąca.
I nie było to w epoce późnej kredy.
Powinienem kazać mu płacić komorne? Wcale
niezłe słowo, lepsze niż czynsz. Kojarzy się z kormoranem,
kormoran z wolnością. Wystarczy otworzyć okno –
idee zawsze przychodzą z zewnątrz i są ciężkie jak kroki kogoś obcego.
Chcę, żeby pająk przestał żyć na kocią łapę –
nie jest kotem, lecz Włodzimierzem-pająkiem,
jest Leninem cudzej własności. Takie oczko
puszczone do innych pajączków. Kiedyś chciały mnie złapać
w swoją sieć, zamknąć w zbiorze bajek, w obozie
o zaostrzonym rygorze poglądów, ale wygrzebałem się jak Houdini,
choć wciąż jeszcze miałem słabość do różnych Włodzimierzy
i jedyne, co mnie potem dobrego spotkało,
to rozmowa z Włodzimierzem Lubańskim
o jego meczu z ZSRR. Nie został moim stalkerem, nie.
Jak takie dwie modliszki – chodziłem przez nie po ścianach,
mimo że nie minął miesiąc. I czułem się jak ktoś,
kto nie siedzi w mieszkaniu razem z pająkiem,
lecz siedzi w piwnicy drapieżnika, który piłkę ma po swojej stronie.
Tak było. I była to epoka powikłań. No dalej, zabij mnie, moją osobność.
Słabo kąsam, słabiej niż kiedyś, nie jestem pająkiem w sile sieci.
A tyle było dróg i możliwości, a ja nie miałem tylu nóg,
co odnóży pająk. Każdego dnia walczy z nierównościami
farby na ścianie. Chce uwić w kącie sufitu gniazdko i zbudować sieć
dostępu dla swoich ofiar. Własną Łubiankę.
W moim mieszkaniu, żeby na starość wyjść na swoje,
pójść w swoje palmy. Na razie zwisa niczym zmęczony himalaista,
jest Bieleckim i Rutkiewicz na jednym wydechu firmy Beko,
a ja się czuję, jakbym na piersi hodował żmiję.
Więc niszczę wszystek jego urobek odkurzaczem, całe rusztowanie,
zabieram mu dniówkę budowlańca, bo trzeba dbać o swoje
interesy, choć tak naprawdę nie są to moje cztery ściany.
Ja o tym wiem i wie mój własnościowy pająk. Tworzy to sieć zależności,
wspólne pociąganie nosem. Czy pająk ma nos i może węszyć jak pies?
Czy liczy kroki? Jeśli tak, to które jego kroki mają pierwszeństwo?
Jedyne, czego się dorobiłem, to absurdalnych pytań.
I oprócz pająka, jeszcze kota i tego psa. Już dawno pod ziemią
mają lokum, swoje przytulisko, i miejsce w wierszach. Włodzimierz zaś żyje
ideą końca. Wcale
niezła poezja; każdy poeta marzy o czasach,
w których wreszcie zabraknie mu słów. My tylko milczymy
jak najlepsi poeci, pajączki, lub małżeństwo ze stażem – wystarczy,
że dajemy sobie we znaki. Dziesięć groszy znalezione na kwadracie
to jego zapłata za dojście do ściany.
Mijają lata, kiedyś na pewno się odkujemy,
choć jeszcze dziś żadnego ruchu w stronę realizacji.
Oko za oko, ząb za kąt.
Ta świadomość jest moją czarną wdową.
(pierwotna wersja utworu ukazała się na stronie Wydawnictwa J dnia 6 czerwca 2024 roku)
Rafał Różewicz – urodzony w 1990 roku w Nowej Rudzie. Twórca tekstów poetyckich, redaktor, recenzent, początkujący prozaik. Autor dwóch książek poetyckich: Product placement (2014) i Państwo przodem (2016). Obecnie pracuje nad debiutancką powieścią oraz trzecią książką poetycką. Mieszka we Wrocławiu.Ilustrację wykonała:
Agnieszka Muszyńska – redakcja