Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Kinga Skwira

Paweł Słójkowski – Bursztynek

Najpierw go usłyszał, dopiero potem zobaczył – samochód jechał drogą gdzieś z prawej strony, mijał puste domki sąsiadów. W tygodniu straszyły zamkniętymi na głucho okiennicami. Daniel wiedział, że przyjeżdżają tylko w weekendy i od tego momentu dzieliło go jeszcze kilkadziesiąt godzin.

Granatowa terenówka wzbijała w powietrze kurz, kierowca nawet nie zwolnił. Przyglądał mu się z werandy. Patrzył, bo nie miał zbyt wiele do roboty, ale poczuł się tak, jakby ktoś przyłapał go na czymś kompromitującym. Fakt – stał tam i myślał o trupach.

Widział w życiu dwa. Nie wiedział, czy to dużo, czy mało. Brakowało mu punktu odniesienia. Niektórzy nie widzieli śmierci przez całe życie, inni mogli oglądać ją codziennie. Zakładał, że mieścił się w średniej.

***

Pierwszego trupa zobaczył, kiedy miał dwanaście lat – tak wychodziło mu z obliczeń, w których wyławiał z przeszłości kolejne słoneczne miesiące minionych wakacji. Cofał się, przechodził przez różne okresy swojego życia. Dojrzały, głupi, gówniarski, dziecięcy. Pierwsze z dwóch ciał trafiło się w końcówce okresu dziecięcego. Matka pozwoliła Danielowi pójść na plażę z samego rana i pobiegać, o ile nie będzie wchodził do wody.

W dorosłym życiu mógł tylko zastanawiać się nad tym, jak doszło do tego, że wypuściła go samego. Miał dwanaście lat, był pięćset kilometrów od domu, wydawało mu się, że wyjście o świcie i bieganie w pierwszych promieniach słońca było szczytowym osiągnięciem. Pewnie widział to na jakimś filmie i w głowie wypalił mu się podobny obrazek.

Nie wszedł do wody, jasne, że nie wszedł. Wystarczająco bał się tej pustej przestrzeni. W ciągu dnia na plaży było pełno ludzi, prawie musieli się między nimi przeciskać, żeby zająć miejsce blisko morza. Ale wtedy, kiedy jeszcze przed szóstą rano zdjął buty i wcisnął je do plecaka przy zejściu, a potem kroczył w kierunku rozbijających się o brzeg fal, nie widział absolutnie nikogo.

Świat mógłby się skończyć, a on nawet by o tym nie wiedział. Morze szumiało, zupełnie obojętne. Gdzieś daleko mogły spadać bomby, a ludzie płonąć żywcem, rozpadać się na atomy i absolutnie nic by to nie zmieniło. To pewnie i tak się działo, ale Daniela nie obchodziło to ani trochę.

To nie był dzień jak z filmów. Wschód słońca przytrafił się bez większego echa. Czerń przeszła w szarość, od morza bił chłód i niedostępność, siąpił deszcz. Zastanawiał się, czy nie wrócić, ale upór dwunastolatka potrafi być tak samo silny, jak głupi. Matka pewnie śmiałaby się z niego. Dobrze wiedział, co sądziła o tym pomyśle. Kładła się na plaży i tkwiła w bezruchu, jak jaszczurka albo wąż, wygrzewając się. Brązowiała, przyciągała słońce do siebie i nie chciała niczego więcej. Zabrali piłkę do siatkówki i czasem udawało mu się namówić ją, żeby trochę z nim poodbijała. Zaczynał już jednak czuć coś, co już kilkanaście miesięcy później określiłby jako zażenowanie.

***

Założył kaptur i ruszył wzdłuż brzegu, po twardym piachu, uciekając przed próbującymi go pochwycić falami. To miało mu się nigdy nie znudzić. Nigdy.

Będzie miał dwadzieścia lat, pojedzie nad morze ze swoją dziewczyną, pobiegną po piasku pijani tanim czerwonym winem, pijani sobą, mocząc stopy, mocząc ubrania, skacząc jak dzieci. Złapie ją wpół i wniesie do lodowatej wody, a ona będzie krzyczeć i piszczeć, ludzie będą się gapić.

Będzie miał trzydzieści, jego córka zaciśnie całą swoją dłoń na dwóch jego palcach, będzie chlapać wodą, krzywić się od soli, pluć i śmiać na cały głos. Tak, ludzie będą się gapić. I uśmiechać.

Będzie niezdarnie uciekał przed falami jako starzec, a ciało nie będzie już chciało go słuchać. Wcześniej posłuży mu dobrze i wykorzysta to. Fale zaszumią i przypomną o sobie gdzieś w odmętach jego świadomości, gdy położą go w szpitalu. Nie pozna swoich dzieci ani wnuków, nie poznałby też żony, ale nie sprawi jej tej przykrości – przeżyje ją o ponad dekadę. Na pewno poznałby dźwięk, z jakim morze odezwie się w jego głowie, ten dźwięk, który mościł się w przestrzeniach pomiędzy innymi myślami. Poznałby też tego pierwszego trupa.

Biegł i patrzył pod nogi. Liczył na to, że znajdzie bursztyn – było po burzy, matka powtarzała po babci, że zawsze po burzy są bursztyny, im większy sztorm, tym łatwiej znaleźć je na brzegu. Masy wody kotłowały się bez przerwy. Nie znalazł żadnego. Morze przygotowało dla niego coś innego.

***

„Ktoś jednak jest na plaży”, przeszło mu przez myśl. Dziwne, że chciało mu się przyjść tak wcześnie, a do tego leżeć w taką pogodę na mokrym i zimnym piasku. Nago i twarzą w dół, z ciałem wyglądającym jak rozgotowane mięso. Dużo czasu zajęło mu zrozumienie, ale podobnie było przez całe życie. Nie łapał tych najprostszych rzeczy, źle oceniał sytuacje, które jakkolwiek odbiegały od normy. Ta myśl nie była też łatwa do sklejenia z rzeczywistością, tym bardziej, kiedy miało się dwanaście lat.

Świat zwolnił, gdy przebiegał obok, zwolniły fale, zapętliły się dźwięki, kroki stały się sztywne, tempo siadło i w końcu urwało się kompletnie. Dziura biegła od czoła do czubka głowy, znikała we włosach. Facet nie żył, nie było co do tego większych wątpliwości. Czaszka była rozbita jak jajko, z okazałym pęknięciem, czerwień mieszała się z szarością i siną skórą. Siną jak usta Daniela, kiedy był w wodzie już zbyt długo i matka zabraniała mu wchodzić z powrotem, miał wytrzeć się i leżeć na kocu. Wciskała do ręki drożdżówkę, przylatywały osy, siadały na kruszonce, nawet nie próbował ich odganiać, żeby nie sprowokować ich do ataku.

– Jesteś lodowaty – mówiła i pewnie słyszał to nawet częściej niż te mądrości, które przejęła po babci, na przykład o bursztynach, które pojawiają się po sztormie. Obie, matka i babcia, pochodziły z płaskiego i suchego świata, wszyscy byli tylko gośćmi. Może zwyczajnie nie wiedziały, że sztormy potrafią wypchnąć z morza nie tylko bursztyny, ale też trupy. Albo i gorsze rzeczy.

Wtedy Danielowi wydawało się, że mija tego faceta w nieskończoność. To akurat tłumaczyłoby, że zapamiętał wszystko tak dobrze. Odwrócił się jeszcze kilka razy. Pierwszy trup nie gonił go, leżał dalej na swoim miejscu, fale przychodziły i odchodziły, moczyły mu twarz, wdzierały się do ust i nosa. Nie zadzwonił do matki, chociaż miał w plecaku telefon.

Biegł dalej w pustce, przy akompaniamencie rozbijających się flag, minął parę staruszków, tak ładną, że pomyślał, że to muszą być Niemcy, ludzie z innego, lepszego świata. Bogaci bogactwem i doświadczeniem. Spacerowali spokojnie, czujnie patrzyli pod nogi. Może znaleźli już jakieś bursztyny, muszle, lampy z dżinem spełniającym życzenia. Przy kolejnym zejściu na plażę stało dwóch policjantów, jeszcze młodych, przypominających chłopaków z najstarszych klas z jego szkoły. Patrzyli na niego i myślał nad tym, czy nie powinien podejść i im powiedzieć. Wytłumaczył sobie, że skoro tu są, pewnie ktoś już to zrobił. Teraz musieli go tylko znaleźć. Zawsze świetnie znajdował powody, by czegoś nie robić. Nie odezwał się, wyjął butelkę wody, zaspokoił pragnienie i ruszył z powrotem. Ciało tam było, tak samo martwe jak wcześniej. Niemcy musieli go minąć, a może rozpłynęli się w słonej wodzie albo zakopali się w piasku.

Matka spała, kiedy wrócił. Tego dnia poszli na plażę później niż zwykle. Wypogodziło się, na niebie nie było żadnej chmury. Skakał przez fale, przepływał pod nimi, pozwalał, żeby niosły go w stronę brzegu. Nie trafił na żadne kamienie, które mogły rozbić mu głowę. Potem odtworzył swoją poranną trasę. Nie było żadnego ciała, żadnej policyjnej taśmy. Tylko koce, spocone ciała, parawany i leżaki.

W nocy spał jak dziecko. Nigdy nie powiedział matce o trupie. O tym drugim nie dało się już milczeć.

***

Zawsze, kiedy przejeżdżał przez wioski, zastanawiał się nad tym, dlaczego ludzie tak robią – po prostu siedzą, wzrokiem odprowadzają znane i nieznane samochody, patrzą na blachy, czy tutejsze, czy może nie. Może myśleli o tym, czego ktoś miałby tu szukać? Albo nic nie myśleli. W końcu zaczął robić to samo, pewnego dnia to po prostu przyszło i już zostało. Brał wolne, wyjeżdżał na działkę, opierał się o płot i patrzył na pole. Odpalał papierosa. Popijał kawę.

Samochód jechał, hałas przecinał ciszę, ale Daniel usłyszał coś jeszcze, z drugiej strony, za płotem, tam, gdzie działka była osłonięta młodym lasem. Przez kilka sekund to był tylko nieśmiały trzask łamanych gałęzi. Później stado ruszyło równolegle do płotu, zbliżając się do drogi. Sylwetki tylko migały między drzewami. Zszedł z werandy, podążał razem z nimi, były szybkie i zdecydowane. Wiedziały, co robią i wiedziały, że to moment niebezpieczeństwa, otwartej przestrzeni, która nigdy nie zwiastuje niczego dobrego.

Czekał aż wybiegną z lasu. Zostało jeszcze jakieś piętnaście, dwadzieścia metrów. Kozły były pierwsze, za nimi goniły sarny. Wyskoczyły na otwartą przestrzeń, błyskawicznie przecięły drogę, po chwili były już na łące. Dołączały do nich kolejne, w stadzie było jakieś dwadzieścia sztuk.

Daniel zdążył już dojść do bramy, oparł się o skrzydło i gapił. Samochód przejechał kilka metrów od niego, ze środka usłyszał krzyki, auto zahamowało parę metrów dalej. Powietrze przeszył huk. Daniel nie wiedział, co się stało. Jego ciało wiedziało, że trzeba się skulić, a najlepiej uciekać. Drugi huk nie pozostawił mu już żadnych wątpliwości. Zaczął się drzeć. Głupie, nie do końca zrozumiałe i spóźnione słowa rozlewały się po łące.

Stado wpadło między drzewa, szukało schronienia w rzadkim lesie. Widział, jak po drugim strzale jedna z saren podskoczyła, zrobiła kilka nieporadnych kroków i upadła na trawę, wierzgając nogami. Długo to trwało, jakby ktoś dwukrotnie spowolnił obraz. Reszta zwierząt znikała w lesie, udało im się dotrzeć głębiej. Wydawało mu się, że jedno albo dwa przystanęły na jego skraju i patrzyły. Tak, tylko mu się wydawało.

Wyszedł przez bramę, przebiegł obok samochodu i ruszył przez niską trawę, nie czuł nawet, jak nieprzyjemna była w dotyku. Łamała się pod jego stopami i ocierała łydki. Sarna leżała na boku, głowę zadarła wysoko. Pewnie mogła zobaczyć niebo. On chciałby przed śmiercią oglądać niebo, tym bardziej takie niebieskie, z kilkoma puchatymi chmurami. Jeśli istnieje idealne, to było to.

Lekko poruszała nogami, z rany na boku ciekła krew, karmiła wiecznie spragnioną ziemię, w kilku miejscach pobrudziła trawę. Życie uchodziło z niej szybko, a Daniel tylko przyklęknął. To nie był pierwszy raz, kiedy widział umieranie z bliska.

Nawet nie pomyślał o drugim ciele, już z okresu głupiego, to jest tego dwudziestoletniego. To wspomnienie ukryło się gdzieś głębiej w pamięci. Nie chciał do niego wracać. Ale kiedy znów oglądał umieranie na żywo, obrazek wrócił sam.

***

Kiedy zorientowali się, że go nie ma, było już dawno po wszystkim. W piwnicy stała woda, w wodzie była śmierć.

– Wyłącz prąd! Idź wyłącz prąd!

Kolega złapał go za ramię i darł się do ucha. Daniel cieszył się, że to nie on zobaczył sylwetkę leżącą na dole. Nie połączyłby tych dwóch rzeczy, nie było szans. Zszedłby na dół, żeby go wyciągnąć, właśnie tak by zrobił. Nie wiedział, gdzie wyłączyć prąd. Ktoś inny to zrobił. Zeszli na dół, uderzyło go zimno. To było tylko kilka schodków. Wody było kilka centymetrów, ale tyle wystarczyło.

Wiesz, jak trudno jest wyciągnąć nieprzytomnego dorosłego mężczyznę z takiego miejsca? Każdy kilogram waży dziesięć. Wiesz, jak trudno ruszać się z ciałem w takiej ograniczonej przestrzeni? Znasz odgłos, z jakim głowa bezwładnie odbija się od betonu?

Karetka jechała długo. Daniel wyszedł na drogę, żeby pomóc jej dojechać. Potem myślał, że równie dobrze mógłby odgarniać liście, żeby ratownikom było łatwiej dojść. Ten kolega od krzyku na klęczkach, uciskał trzydzieści razy, wdmuchiwał powietrze przez usta, przez całą wieczność. Komary zjadały go żywcem. Za każdym dmuchnięciem klatka piersiowa podnosiła się i opadała. Był jeszcze ten odgłos, brzmiący tak, jakby w następnej sekundzie facet miał wstać i zapytać, co się stało. Ale to było tylko powietrze.

W końcu zabrali go do karetki. Ratownicy robili swoją robotę. Pozostali tylko dużo płakali. Nie mówili nic. Wracali do tego momentu, odtwarzali go rok po roku, wakacje po wakacjach, aż nie łączyło ich ze sobą nic poza tym jednym wieczorem.

***

Zwierzę oddychało płytko, Daniel patrzył na czarne oko, które gasło i ślepło coraz bardziej. Sarna patrzyła w to idealne czerwcowe niebo, nieskażone nawet jedną chmurą. W końcu zamknęła oko i przestała oddychać. To było na tyle. Złapała ostatni, głęboki oddech, jakby westchnęła. W tym westchnieniu zawarło się wszystko – pragnienie życia, strach, smutek i ulga.

Daniel położył na niej rękę. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Ta potrzeba była silniejsza od niego. Czuł pod palcami ciepło i szorstką sierść – myślał, że będzie miękka. Krew poplamiła mu palce.

***

Zawsze odwiedzał z dziećmi małe zoo, kiedy ekscytacja zaczynała już opadać. Najpierw z wypiekami na twarzy podchodzili do wybiegów tygrysów, szukali wzrokiem gepardów i wszystkich innych drapieżników. Działały na ich wyobraźnię. Potem śmiali się z małp, które biegały po swoich torach przeszkód, całkiem jak ludzie w programach, które oglądali na ekranie. Pocili się w dusznych salach z gadami, płazami i pająkami, czując się jak w Parku Jurajskim, sprawdzając najbardziej jadowite zwierzęta, które budziły grozę i fascynację. Zastanawiali się, co mieliby zrobić, gdyby nagle wszystkie terraria pękły, a zwierzęta wydostałyby się na wolność.

Małe zoo było później, żeby ostudzić emocje. Karmili kozy, przytulali się do owiec, głaskali kucyki i brali na ręce wielkie króliki. Bezbronne, niegroźne istoty goniły dzieci, chciały poskubać rozdawane przez opiekunów liściaste gałązki. Przynosiły mu spokój i głaskał je za każdym razem, gdy tylko miał okazję. Nie przejmował się tym, że nie ma już pięciu lat, cieszył się podobnymi chwilami.

– Minąłeś się z powołaniem – mówiła mu żona.

– Po prostu je lubię. Sam nie chcę wiele więcej niż jeść i być głaskanym. Ok, może więcej, ale niedużo – odpowiadał.

Usłyszał stuknięcie zamykanych drzwi od samochodu, podniósł wzrok. Szli w jego stronę. Ten bliżej niego poprawił zawieszoną na ramieniu broń, rzucił kilka słów do drugiego, ale Daniel ich nie usłyszał. Zaczął się bać, dopiero teraz. Zabrał ze zwierzęcia rękę i wytarł w spodnie. Nie pomogło wiele.

– Co pan tam krzyczał tam na drodze? – zapytał ten z bronią.

Nie wiedział, co powiedzieć.

– Halo. Pytałem, co pan krzyczał. Albo po co? Coś się stało?

– Odstrzeliłeś mu język – rzucił drugi.

Stali już przy nim, przyglądali się. Zwrócili uwagę na zwierzę.

– Nie wygląda pan na kogoś, kto kiedyś polował, to może panu powiem. Nie podchodzi się do zwierzyny od razu po strzale. Trzeba dać jej czas.

– Na co? Ma umrzeć drugi raz?

Wreszcie coś z siebie wykrztusił. Nie imponował mu ten głos, nie było w nim stanowczości czy buty, może tylko słaby wyrzut.

– Ma umrzeć w spokoju. Spisać testament i zgasnąć. A pan przeszkadza.

– Spisać testament? – zapytał Daniel.

– Tak. To wtedy, kiedy zwierzę… Zresztą nieważne, nie chce mi się tłumaczyć. Coś pan krzyczał wcześniej, ale nie słyszałem, było głośno – pozwolił, żeby sztucer zjechał po jego ręce i dotknął kolbą ziemi.

– Nie wiem.

– Krzyczał pan, ale nie wie, co?

Nie chciał tu być, bardzo nie chciał być tu z nimi, z tym zwierzęciem, z zaschniętą na rękach krwią, ze słońcem, które paliło mu głowę. Drugi mężczyzna, ten bez broni, odszedł w kierunku pobliskich krzaków. Stanął w lekkim rozkroku, rozpiął rozporek i zaczął sikać.

– Tutaj są ludzie. Tutaj mieszkają ludzie, dalej w lesie są domy – Daniel wskazał ręką w kierunku, w którym pobiegło stado.

– Nikogo nie widzę. Żadnych ludzi ani domów. Tylko my tu jesteśmy.

Drugi skończył i wracał, w rękach niósł ułamane kawałki gałęzi z najbliższej sosny. Obaj byli starsi, pewnie już po pięćdziesiątce, mieli na sobie znoszone, wojskowe ciuchy, wyblakłe od słońca czapeczki z daszkiem. Na tym z gałązką ubranie wisiało, sprawiał wrażenie, jakby noszenie nawet tego kawałka rośliny przychodziło mu z wysiłkiem.

– Mam, Dareczku.

– No. Czas oddać honory. Pan się przesunie.

Chudzielec przykucnął obok Daniela, przełamał gałązkę na dwie części, jedną z nich wsadził do ust sarny, drugą położył na ranie. Zalatywało od niego wódką i potem.

– To ostatni kęs – wytłumaczył. Wstał, podał koledze część gałązki, którą umoczył w sączącej się z dziury po kuli krwi. Facet zdjął wypłowiałą od słońca czapkę, wziął ją do ręki i rzucił w piach.

– Dobra, koniec tego. Trzeba wziąć się do roboty.

Sięgnął do pasa i wyjął nieduży, paskudnie wyglądający nóż. Daniel odsunął się do tyłu, niezgrabnie, bo cały czas siedział na kolanach, tyłek opierając o pięty.

–  Patrz, jaki strachliwy.

Nie tracił czasu. Ułożył martwe zwierzę na grzbiecie, stęknął i przesunął je kawałek, w cień niedalekich drzew. Szukał miejsca, na którym mógł ułożyć głowę sarny tak, by była trochę wyżej, ale wszędzie było płasko.

– Może jeszcze czegoś się nauczy. Głowa powinna być wyżej, żeby krew spłynęła do brzucha. Jeśli chcesz pan przesuwać, to łapiesz za przednie nogi i przeciągasz. Nie nosisz, nie ciągniesz za tył. Ja nie przeciągam, bo szkoda pleców.

Drugi z mężczyzn parsknął.

– Jak znajdzie się miejsce, to kładziemy ją na plecach. Tak jak teraz. A potem można zacząć patroszyć.

Przystawił nóż do skóry na gardle, przeciął ją i doszedł do warstwy mięśni. Ostrze zmierzało w stronę klatki piersiowej, płynnie i gładko.

– Na początku trzeba odciąć tchawicę. Im bliżej gardzieli, tym lepiej. Potem trzeba sznurka, żeby zacisnąć przełyk. Możesz to zrobić zwykłym. Tak się składa, że mam ze sobą, proszę. W ten sposób nie upierdoli się tuszy całym syfem z żołądka. Teraz zacznie się ta gorsza część. Pewnie nigdy nie widziałeś wycinania końcówki jelita i odbytu. Nawet w telewizji tego nie pokazują.

Daniel usłyszał chrzęst kości, kiedy mężczyzna wyjął drugi, większy nóż i rozciął coś jednym mocnym ruchem. Wtedy odwrócił się i zaczął rzygać. Odgłosy, które wydawał, zagłuszył śmiech. Wstał, zakręciło mu się w głowie, ruszył w stronę działki.
– Halo!
Stanął i odwrócił się. Dareczek trzymał w prawej ręce większy nóż, w drugiej ręce coś, co wyglądało jak wątroba, ale Daniel nie był pewien. Wszystko było ubabrane krwią.
– Mogę ci coś przywieźć, jak już skończę.
–  Widziałeś, jak patrzył na tę sarnę? Widziałem taki wzrok, jak koń na bagnach się topił.
To było ostatnie, co Daniel od nich usłyszał. Dorzuciło się do dwóch trupów i kilku wspomnień, których miał już nie wymazać z głowy.

Paweł Słójkowski – jestem kulturoznawcą i slawistą. Całe życie mieszkam w Warszawie, nie chce tego zmieniać. Kocham Bałkany i smutne historie.
Debiutowałem w 2025 roku w magazynie „Pro Libris”, później publikowałem m.in. w „Stonerze Polskim” „Suburbiach”, „Epei” i zinie „Na wynos”. Brałem udział w „Pracowni przed debiutem prozą” Biura Literackiego. Kiedyś wydam powieść.

Kinga Skwira – redakcja