Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Paulina Mitek

Patrycja Klimek – Kizo is playing in the background

Sobota zapowiadała się dobrze. Spokojnie. Dzień zacząłem od kilku krótkich przejazdów, ale byłem dobrej myśli – miałem przed sobą cały weekend i liczyłem, że wpadnie mi trochę fajniejszych kursów. W weekend zawsze było większe prawdopodobieństwo, że zarobię więcej, ale po latach spędzonych na polskim Uberze wiedziałem, że nie ma na to bezwzględnej zasady. Czasem środek tygodnia potrafił być lepszy niż taka niedziela.
Akurat kończyłem przejazd z Chorzowa Batorego do Katowic, wioząc jakąś parę w średnim wieku. Chyba byli pokłóceni, bo odkąd wsiedli, to babka odezwała się do faceta tylko raz, pytając, czy wziął kopertę. On odparł jej krótkim – No wziąłem, co miałem nie wziąć?
I od tamtej pory była cisza. Raczej nie jestem typem gaduły, więc generalnie mi to nie przeszkadzało. Poza tym w radiu grał ten chłopak, co wygrał Eurowizję ze swoim zespołem, a potem od niego odszedł. David? Damiano? Nieważne, w każdym razie śpiewał coś o tym, że urodził się ze złamanym sercem i może atmosfera w samochodzie ugruntowała ich w tym kryzysie małżeńskim. Chwilę zanim wysadziłem ich pod katowicką kamienicą, telefon wybrzmiał znajomym dźwiękiem, proponując kolejny kurs.
Monika, ocena 4,73. Odbiór dwie ulice dalej. Przejazd do Świętochłowic. Niecałe dziesięć kilometrów za 24 złote. Nic szczególnego, ale byłem na miejscu, to co mi tam. Pojechałem. Dziewczyna nie wyróżniała się niczym szczególnym. Na oko miała maksymalnie dwadzieścia lat, włosy do ramion, dosyć niska. Wyglądała jak większość młodych kobiet w tym wieku.
– Dzień dobry. Pani Monika, zgadza się? – zadałem rutynowe pytanie, które miało potwierdzić, że do samochodu wsiada odpowiednia osoba.
– Tak. A panu jak na imię? – odpowiedziała.
– Sergiej. – Pytanie klientki nie wydało mi się szczególnie dziwne. Często zdarzało mi się jechać z osobami wygadanymi bardziej od siebie. – To na Wyzwolenia jedziemy. – Powiedziałem bardziej do siebie niż do niej. David Damiano dawno skończył swoją balladę, a w jego miejsce wskoczyła prognoza pogody na weekend.
Wow, are you from Ukraine?
– Tak, ale mówię po polsku
It’s nice to meet you!!!
Spojrzałem w lusterko wsteczne, tym samym pierwszy raz dokładnie widząc jej twarz. Szukałem wskazówki, z której mógłbym odczytać, że coś z nią jest nie tak. Obłędu w spojrzeniu, paranoicznego uśmiechu. Nic takiego nie zauważyłem.
– Thank you, but really, We can speak Polish.
– Oh, you have amazing english accent!
Wziąłem dwa głębokie wdechy i wróciłem do śledzenia drogi. Żadna dyskusja nie miała większego sensu. Pogłośniłem radio. Spiker kończył poranne wiadomości informacją o tym, że w dzisiejszym losowaniu jest do wygrania pięćdziesiąt tysięcy, jeżeli tylko odpowiesz na pytanie, jaki jest główny składnik bigosu, a tymczasem w radio poleci Kizo.
I tak w tle zabrzmiała znana, lekka melodia.
– Kocham ten kawałek! – Do pasażerki, nagle wróciła do języka polskiego, dołączył niski, nosowy głos: NIE MAM ZAMIARU SIĘ SMUCIĆ, TYLKO ZATRACIĆ W TYM, CO NAJLEPSZE.
– …CHCĄ SIE KŁÓCIĆ, CHCĄ NAS DUSIĆ, JAKBY TO BYŁO KONIECZNE. – Zawtórowała raperowi pasażerka. Myślałem, że się przesłyszałem.
Ponownie spojrzałem na młodą kobietę przez przednie lusterko, upewniając się, że dźwięk naprawdę wydobywa się z jej ust, a nie rozlega się w mojej głowy, przy okazji dostrzegając przerażenie we własnych oczach. To nie to, że postrzegałem ją jako realne zagrożenie. Po prostu uczucie zażenowania często było dla mnie szczególnie dotkliwe. Zdarzało mi się miewać ciarki na całym ciele, a w głowie odczuwałem coś w rodzaju mrowienia, szczególnie w okolicy skroni.
– …NIECH TRWA JESZCZE HOTELOWA DOBA W APARTAMENCIE.
– Aha, czyli… lubi pani tę piosenkę? – Chciałem powiedzieć cokolwiek, próbując przebić się przez jej skowyt, żeby tylko zamilkła. Tyle tylko, że Monika ewidentnie była srogo pierdolnięta.
…ONA MI UFA, DAJE MI RĘKĘ, WSZYSTKO ZAMIENIA W BAJECZNE.
Czułem, jak świat zaczyna wirować. Już nie tylko głowa mrowiła. Powierzchnię mojej skóry zaczął przechodzić dreszcz, jakbym leżał w mrowisku. Kizo zaczynał kolejną zwrotkę, a Monika naprawdę kochała ten kawałek, bo ani na moment się nie zamykała.
Spojrzałem w telefon, który wyświetlał mapę. GPS, który przed chwilą sugerował 12 minut trasy, nagle pokazywał 13,5 godziny. Spojrzałem jeszcze raz. Coś się zepsuło.
– Przepraszam, to miała być ulica Wyzwolenia, tak? – zapytałem, ale tamta laska była we własnym świecie, a i ze mną zaczynało dziać się coś niepokojącego. Własny głos słyszałem, jakby wydobywał się spod pokrywy akwarium, a każde kolejne drzewo za oknem spuszczało na samochód coraz dłuższe gałęzie, których przecież jeszcze przed chwilą nie było. Spostrzegłem, że nie tylko otoczenie się zmieniło. We wstecznym lusterku zobaczyłem, że Monika nie ma już młodej dziewczęcej twarzy. Nagle była łysa, miała zarost, a na jej nosie opierały się ciemne okulary. A Kizo dalej śpiewał, że chce się zatracić w tym, co najlepsze. Wziąłem głęboki wdech i spojrzałem na drogę, wyobrażając sobie, że to tylko dziwy sen, w którym muszę po prostu dojechać na miejsce. Szybko jednak tego pożałowałem: dookoła nas już nie było drzew, tylko setki sobowtórów gdańskiego rapera. I co jak co, ale na pewno nie byliśmy w żadnych Katowicach. Przejeżdżaliśmy przez bramę Disneylandu. Jeden Kizo wpuszczał nas na wejściu, drugi Kizo stał przy stoisku z popcornem, inny Kizo machał do nas w stroju Myszki Mickey. A ona mi ufa, daje mi rękę i wszystko zamienia w bajeczne. Zaczynam prowadzić jedną ręką, bo drugą muszę machać do mojego ulubionego rapera. Mrówki przechodzące moje ciało relaksują mnie jak nigdy wcześniej. Nie zauważam, kiedy zaczynam tańczyć. Tylko Kizo z tyłu jakoś tak nagle posmutniał. Nie rozumiem, dlaczego, bo nie mam zamiaru się smucić, tylko zatracić w tym, co najlepsze.
– Przepraszam, pan się dobrze czuje? – zapytała Monika z tylnego siedzenia.
– NIECH TRWA JESZCZE HOTELOWA DOBA W APARTAMENCIE – odpowiadam jazgotliwym głosem. W sekundę zniknęły sobowtóry Kiza, magiczne drzewa i bajkowy park rozrywki. Staliśmy samochodem na poboczu ulicy, którą zamierzałem jechać do Świętochłowic.
– Pan jest jakiś pojebany. – Odpowiedziała przerażona dziewczyna, po czym wyszła, trzaskając drzwiami, zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć. Przełączyłem stację. Ktoś akurat wygrał dwieście złotych, bo potrafił wymienić pięć czerwonych rzeczy w dziesięć sekund. Ciekawe, jakie podał.

Patrycja Klimek – studentka Uniwersytetu Śląskiego na Wydziale Humanistycznym. Recenzentka wewnętrzna magazynu Szpol. Publikowała w m.in. Szajnie, Tlenie Literackim, papierzewdole. Lubi surowe ziemniaki.

Paulina Mitek mitekjpg.tumblr.com