Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Oskar Staniszewski – Może być sześć

Musisz zrozumieć, że to nie jest kwestia tego, czy coś istniało, czy nie. Umownie przyjmijmy, że po prostu „było”, a „było” nie musi mieć żadnego związku z „istniało”, dobra? Wychowałem się w czteropiętrowych blokach, ale szóste piętro musiało tam być – inaczej to wszystko nie będzie miało sensu. W moim mieście nie było wyższych bloków niż te czteropiętrowe. Widziałeś kiedyś dziesięciotysięczne miasto, gdzie były jakieś inne wysokie budynki niż kościół? No właśnie. W moim mieście były dwa kościoły, ale tylko jeden był wysoki. Dopiero po latach, dowiedziałem się,      jak to się nazywa: dominanta architektoniczna. Ten wysoki kościół, znaczy się. Kumpel wyczytał w książce. U nas nikt by tak nie powiedział, za dużo sylab. Nie pamiętam, w jakiej książce, to było z piętnaście lat temu, albo lepiej. U nas mówiło się tylko „mały kościółek” i „duży kościół”.

Pierwszy raz spotkałem go, kiedy stałem z kumplem pod blokiem. Było zimno, bo zimy były wtedy jak cholera, właściwie rok w rok po minus dwadzieścia. Śnieg padał, drzwi od klatki się nie domykały od tego śniegu, co wpadał między nie a próg, a my staliśmy tak, bo stanie pod blokiem było jednym z naszych rytuałów. Pewnie, że nie rozumiesz. Jak masz rozumieć, skoro wychowałeś się w mieście, gdzie było kino, kręgielnia, place zabaw i burdele? Przechodzi jakiś typ, patrzy na nas, na te niedomykające się drzwi, podchodzi do nas, delikatnie odsuwa kumpla dłonią i napierdala butem pomiędzy progiem a drzwiami, żeby ten śnieg odgarnąć. Zamyka drzwi, potem patrzy na nas i mówi tylko: „młodzi jesteście”. Tylko tyle. W normalnej sytuacji kumpel puściłby mu wiązankę, ale to nie była normalna sytuacja. Co? Ja nie, ja nie wyzywałem dorosłych, byłem pod tym względem leszczem, niżej w podwórkowej hierarchii. Nie potrafiłem się też bić. To i tak niewiele zmieniało dla tych „z miasta”. W ich spojrzeniu i tak była ta sama ocena dla każdego z nas: „patologia”. Kumpel już dorosłych potrafił zwyzywać, potrafił się stawiać. Moi rodzice mówili, że jest łobuz, nie zdawał z klasy do klasy. A jednak zakumplowaliśmy się. Może nikt tego wtedy tak nie nazywał, bo takich rzeczy się nie mówiło, ale myślę, że się przyjaźniliśmy. W każdym razie tak pierwszy raz spotkaliśmy Doktora, który zrobił coś, potem powiedział coś do nas, ale nie z wyrzutem. My nie byliśmy do tego przyzwyczajeni, więc nie wiedzieliśmy, czy chodzi o ten śnieg, czy co. Jak to do czego? No do tego, że ktoś z dorosłych podchodzi do nas i nam coś spokojnie oznajmia. Jeśli już tak było, to oznajmiał groźbę: że powie rodzicom. Wtedy i tak słyszał „spierdalaj”. Nawet to odsunięcie kumpla dłonią było łagodne, przyjazne wręcz, bo ten nie zareagował. Jest jeszcze coś… po tym, jak to powiedział, popatrzył na nas dwie, może trzy sekundy, a my obaj mieliśmy wrażenie, że patrzy nam w oczy, obydwu na raz. Pamiętam to jak dziś.

Nikt nie wiedział, gdzie mieszka Doktor, nawet kiedy każdy go już rozpoznawał. A ja ci mówię, że to nie było niemożliwe, nie u nas. U nas było siedem bloków i trzynaście klatek, to wcale nie tak dużo. W każdym piętnaście mieszkań. W każdym z tych mieszkań mieszkały rodziny, które wiedziały, czym się interesować, a czym nie interesować. To wtedy była umiejętność jak krzesanie ognia u jaskiniowców, pozwalała ci przetrwać tak jak siedzenie w oknie i palenie szlugów. My nie paliliśmy szlugów. Chyba tylko my ich nie paliliśmy, bo na osiedlu paliły już dziesięciolatki. Graliśmy w gry na kompie i plejaku, każdy wtedy grał, ale kumpel czytał jeszcze CD-Action. I pełno książek fantasy i nie tylko, które pożyczał z tej zapyziałej biblioteki w domu kultury. No i ja zacząłem czytać. To nie było popularne, koledzy z osiedla nie patrzyli na to dobrze, ale kumpel miał szacunek, bo miał twardą łapę i umiał przypierdolić, kiedy trzeba. No to bezpieczny byłem i ja, wiadomo. Teraz wiem, że kumpel w ogóle nie pasował do tych trzynastu klatek. On powinien mieszkać w jakimś domu, przy lesie, z matką pracującą w urzędzie i ojcem, nie wiem, może leśnikiem, kochającą rodziną. Gdy jego stary przychodził do domu pijany i się awanturował, kumpel zakładał wielkie słuchawki na uszy, puszczał coś z discmana i patrzył w sufit. Nikt nie wiedział, że on już wtedy ten sufit chciał przebić. No, ale kiedyś ojcu przypierdolił, tak że ten wylądował w szpitalu i sąd go uznał za „zdemoralizowanego”. Jego, nie ojca.

Doktor codziennie o piątej rano siadał na ławce nad jeziorem i czytał. Prawdopodobnie dlatego tak go nazwali. Gdy się pojawił na osiedlu, ludzie zaczęli plotkować, wiadomo, więc i my mieliśmy jakieś strzępki informacji z tego dorosłego świata, ale niedużo. Jedni mówili, że jest miły, grzeczny, zawsze mówi „Dzień dobry”, ale inni mówili też, że uciekł od baby, wyszedł z więzienia, jest obcokrajowcem, jest Polakiem, jest lekarzem, prawnikiem, naukowcem, mieszka w hotelu, jest księdzem na urlopie, tylko jakimś przedłużającym się, bo pojawiał się przez jakieś trzy miesiące nad tym naszym jeziorem. Słowem, kurwa, nie trafisz. Widzieliśmy go, jak rozmawiał z żulami pod sklepem, zawsze miło, a ci mieli jakąś atrakcję, choć Doktor nigdy nie pił. Widywaliśmy, jak pomaga jednej sąsiadce wnieść zakupy, a raz nawet starej Janeczkowej węgiel zrzucić. Nigdy nie wziął pieniędzy, o tym też ludzie mówili, bo takich co pieniędzy nie chcą, się lubi i podejrzewa jednocześnie. Po miesiącu spowszedniał, plotkować przestali, coś tam ktoś od czasu do czasu powiedział, ale wiadomo było wciąż tylko tyle, że siada nad tym jeziorem i czyta. Kilka razy minęliśmy się jeszcze, ale kończyło się na „Dzień dobry!”.

Razem z kumplem dostaliśmy jakiegoś zajoba na punkcie tego Doktora, często o nim rozmawialiśmy. Na naszym osiedlu nigdy wcześniej nie pojawił się taki ktoś. Był wprawdzie Jurek, ale o nim było wiadomo, że był kiedyś profesorem gdzieś w Szczecinie, od filozofii chyba, chodził z moją ciotką do podstawówki. No i wiadomo było, że to był wariat, zwariował na starość. Siadał na ławkach, kładł koło siebie stos książek, kładł ręce na kolanach, zaciskał pięści i patrzył w ziemię, szepcząc tylko do siebie: „kurwa mać, kurwa mać, kurwa mać…”. Śmiejesz się, a wtedy nikt się nie śmiał z wariatów tak jak ty teraz, bo wszędzie jakiś wariat był. Wariat był częścią krajobrazu. No dobra, nie o to mi przecież chodzi. Śmialiśmy się, ale nie tak jak ty teraz, bo ty się śmiejesz abstrakcyjnie. My się śmialiśmy bardziej jak ze Zbyszka z downem, kolegi z osiedla, takie niewinne, podłe żarty. Może i paskudne, ale niewinne, bo kiedy siedzieliśmy grupą na plaży czy bawiliśmy się w ganianego, Zbyszek zawsze był z nami, nikt go nie wyganiał, chodził przecież do tej samej szkoły, był z tego samego podwórka. No, ale Doktor nie był ani wariatem, ani niepełnosprawnym. Po prostu był inny i my z kumplem stwierdziliśmy, że go poznamy. Nas zawsze interesowało to, czym nikt się tam nie interesował: książki, jak się mówi na jakiś budynek czy taki człowiek, jakiego nie znaliśmy i nie wiedzieliśmy, o co mu chodzi.

Pamiętam, jak nie spaliśmy całą noc, żeby o tej piątej rano być na nogach. Graliśmy w CSa, potem pisaliśmy na GG, coś rozmawialiśmy na TeamSpeaku. O piątej rano wyszliśmy tak, żeby nikogo nie obudzić, a Doktor oczywiście siedział już i czytał na tej swojej ławeczce. Długo kłóciliśmy się, kto ma pierwszy zagadać. Tak było zawsze, bo my byliśmy chłopaki z tego osiedla i zagadywanie, wchodzenie do jakichś pełnych ludzi miejsc, nawet sklepu wędkarskiego, żeby kupić nóż, haczyk czy petardy, to zawsze było wyzwanie, które było poza naszą codziennością. Ja wiem, że to dziwne, ale ty nie wiesz, jak to jest mieć wdrukowany w siebie wstyd. Nikt się nad tym nie zastanawiał, nikt nie pytał, nie czuliśmy się gorsi, ale tak dzisiaj myślę… że to był wstyd, po prostu wstyd. Po kilku szturchnięciach i czułych „zamknij mordę” do siebie, kilku śmiechach, powiedziałem, że po prostu podejdziemy i zobaczymy, a kto się odezwie, ten się odezwie. I tak wiadomo było, że to będę ja. Ja się odzywałem zawsze pierwszy, a kumpel w razie czego potrafił dać w mordę, taki był podział ról. Zaczęliśmy schodzić z górki w stronę jeziora. Kiedy byliśmy z pięć metrów za Doktorem, ten się obrócił i – oczywiście – spojrzał nam w oczy. Obydwu na raz. Powiedział:

– Serwus, chłopaki!

– Dzień dobry – powiedziałem nieśmiało.

– Co wy tak rano na nogach, spać nie możecie?

Doktor ciągle patrzył nam w oczy. Widziałem, że kumpel przestępuje z nogi na nogę. Ja zawsze chodziłem z nogi na nogę, nawet jak stałem w miejscu, ale on nigdy, chyba że się stresował.

– A pan to gdzie mieszka? – zapytał kumpel, nieskładnie jakoś i niemiłym głosem.

Doktor uśmiechnął się i nic nie mówił.

– O co panu chodziło, jak pan do nas ostatnio mówił, że młodzi jesteśmy? Że nie posprzątaliśmy tego śniegu? – próbowałem nawiązać dialog.

– Chodziło mi o to, że jesteście młodzi, tylko tyle.

– Ale co to, kurwa, ma znaczyć i gdzie pan mieszka, bo nikt tu pana nie zna? – kumpel wypalił.

Szturchnąłem go mocno w ramię, tak że aż zrobił krok. Doktor patrzył i tylko się uśmiechał.

– Co pan czyta? – spróbowałem uratować sytuację.

– To Wilk stepowy. Mieszkam u was, na szóstym piętrze.

– W naszych blokach nie ma kurwa szóstych pięter! – odpowiedział, odpyskował wręcz kumpel.
Trochę się dziwiłem, że kumpel tak szybko traci panowanie nad sobą. Ale to był wstyd, plus on nigdy nie lubił obcych, a ten go intrygował, więc miał dysonans. Doktor ciągle patrzył nam prosto w oczy, a to kumpla też musiało wkurwiać.

– To też miałem na myśli, mówiąc, że „jesteście młodzi”. Dla wszystkich innych, starszych, tutaj mogą być tylko cztery piętra. Dla was może być sześć. A teraz przepraszam, ale chciałbym poczytać. Jak chcecie, to siądźcie sobie gdzieś obok, dobra? Tylko nie przeszkadzajcie, jak skończę, to możemy jeszcze pogadać.

Kumpel stał i patrzył mu w oczy. Znałem ten wzrok i wiedziałem, że nie oznacza nic dobrego, więc pociągnąłem go za ramię do tyłu na znak, że idziemy.

 

Nie wszyscy młodzi przeżyli. Czasami to był wypadek na motorze, wypadek samochodowy z nieletnim kierowcą pod wpływem, utonięcie podczas chodzenia po świeżym lodzie, nieudany skok na główkę na mostkach, gdy woda spadła niżej niż ktoś się spodziewał, czasami kosa pod żebrami, wracając nocą przez park. Poszedłem do liceum, zacząłem kolegować się z chłopakami z miasta i okolicznych wiosek, zacząłem spełniać marzenia o dziewczynach, na które kumplowi zawsze brakowało odwagi albo po prostu nigdy nie przestał się wstydzić. Nigdy się nie poróżniliśmy, ale zaczęliśmy patrzeć w inne strony w życiu. Tak przecież bywa z tymi przyjaźniami z dzieciństwa. Może dzisiaj patrzylibyśmy znowu w tę samą.

Ostatnio zapytałem matkę, czy pamięta Doktora. Matka nie pamiętała, nie pamiętał go też sąsiad, więc zacząłem pytać wszystkich, którzy ciągle tu mieszkają. Odpowiedź była zawsze ta sama lub podobna. Doktora nie pamiętał nikt poza mną. No i kumplem. Wczoraj przy obiedzie, moja matka, tocząc nierówną walkę z początkami demencji, zapytała, jak tam ten mój kumpel. Powiedziałem, że skoczył z szóstego piętra. Nie zaprzeczyła, nie powiedziała ani słowa o tym, że nasze bloki mają ich tylko cztery.

Oskar Staniszewski – rocznik 94. Wierszokleta, felietonista oraz członek wrocławskiej grupy poetycko-artystycznej 606. Inżynier Głośnej Pauzy w Absurdalnej Republice Iszkubecji, który dba o to, aby wszystko co między słowami, miało szansę wybrzmieć.

Weronika Gurgul-Kopiec – zawodowo zajmuje się projektowaniem reklam, po godzinach lubi rysować analogowo, inspiruje ją brut art.