Mateusz Cioch – Bociany
Nie chcę mieć dzieci i chuj. Dokładnie to pomyślał za którymś razem, gdy jego ówczesna dziewczyna za każdym razem, gdy szli do łóżka, zaczęła powtarzać, że gdyby wpadli, to wcale nie byłaby taka tragedia. Gdy jej o tym powiedział, oświadczyła, że teraz może nie widzi siebie w roli matki, ale tak ogólnie, to nie wyobraża sobie życia bez dzieci, niech się więc lepiej zastanowi, czy rzeczywiście jest tak radykalnie na nie. Wtedy z nią zerwał i jeszcze tego samego dnia zarezerwował sobie termin na zabieg wazektomii. Tak na zaś. Żeby jego stanowisko w tej kwestii dla każdej było jasne. Żeby żadna wpadka, choćby ta wspomniana w żartach, nie spędzała mu więcej snu z powiek.
Nie chciał mieć dzieci i już mniejsza o to, że z nimi na karku przestałby mieć czas dla siebie, że musiałby dwa razy tyle zapierdalać, żeby te brzydkie istoty miały się czym i w co wysrać. Bardziej chodziło o ich dobro. Od ludzi często słyszał, że nie mieć dzieci to egoizm. Ale gdy ci sami ludzie opowiadali, dlaczego decydują się na dzieci, mówili tylko o sobie, o tym co czują i jaki wpływ to na nich wywiera. On sam dopiero wydobył się z czarnej depresji, w której ugrzązł na lata, więc może nie był obiektywny, ale myśl, że mógłby skazać kogoś na choćby cień podobnych doznań, kazała mu trwać w swoim postanowieniu. W zasadzie odkąd tylko doszedł do wniosku, że spłodzić kogoś znaczy tyle, co skazać go na cierpienie i śmierć, myślał o tym, by klinicznie pozbawić się tej możliwości. Jednak dopiero ostatnie wydarzenia stały się bezpośrednim impulsem, by przekuć myśli w czyn.
Zaufanie wzbudziła już pierwsza strona, jaka wyświetliła się po wpisaniu hasła „wazektomia”. Słowa, które poznał, gdy jako nastolatek oglądał serial „Californication” i już wtedy zapadło mu w pamięć, jakby podświadomie od zawsze tego pragnął. Zapoznawał się z kolejnymi zakładkami na stronie, w międzyczasie czytał opinie o klinice, ale decyzję intuicyjnie podjął od razu. Tym samym padło na Warszawę, co wiązało się z wycieczką, ale raz, że bez problemu mógłby zgrać termin z jakąś konferencją, na które regularnie wysyłali go z roboty, a dwa że choć z bólem to przyznawał przed samym sobą i pewnie było to naiwne założenie, to lekarz ze stolicy odruchowo budził w nim większe zaufanie. Raczej mało prawdopodobne, że pierwszy wynik z wyszukiwarki okaże się znachorem, który zardzewiałą piłą urżnie mu jaja.
Na miejscu okazało się, że sam zabieg trwał nieporównanie krócej niż mentalne przygotowania do niego. Lekarz sprawiał wrażenie, jakby miał wszystko w dupie, dzięki czemu paradoksalnie roztaczał aurę niebywałego fachowca, który nie musi nikomu nic udowadniać. Przez całe pięć minut uwagi, jakie poświęcił pacjentowi, niemal nieprzerwanie rzucał kąśliwe uwagi na temat katolickiej mentalności, co rodziło pytanie, jak zareagowałby na nie ktoś, dla kogo te wartości byłyby jakkolwiek ważne. To, że robił to kilka centymetrów nad kutasem pacjenta, pozwalało wziąć całą sytuację w cudzysłów.
Zalecenia po zabiegu, wydane również na piśmie, obejmowały unikanie wysiłku fizycznego przez pierwsze siedem dni i zrobienie dwóch testów płodności. Pierwszy po ośmiu tygodniach, w profesjonalnej klinice, drugi dla pewności, choćby na własną rękę, przy użyciu zestawu z apteki – na przykład Accusperm. Dopiero po przesłaniu obydwu wyników z powrotem do lekarza, zabieg można było uznać za oficjalnie zakończony powodzeniem. W ten sposób pięć minut dosłownego w chuja cięcia rozciągało się do kilku miesięcy niepewności. To wszystko w cenie dwóch tysięcy złotych. Niemniej jednak miał poczucie dobrze spożytkowanych pieniędzy.
Gdy przyszedł czas, zadzwonił do kliniki Bocian, by umówić się na badanie. Kobieta z rejestracji dopytywała, na czym polega problem i czy przyjdzie z partnerką. Wyjaśnił krótko, że chce się jedynie upewnić, czy zabieg wazektomii okazał się skuteczny. Ale zdał sobie wtedy również sprawę, że być może, jeśli chodzi o ich klientelę, przypadki takie jak jego pozostają w mniejszości. Potwierdziło się to, gdy w wyznaczonym terminie stawił się na miejscu. Poczekalnię wypełniały tłumy młodych par, niektóre stały, bo nie było gdzie usiąść, choć może nawet wtedy musieliby nerwowo przebierać nogami. Kobiety sprawiały wrażenie, jakby miały się zaraz rozpłakać, mężczyźni grobowymi minami okazywali im wsparcie. Dotarło do niego, że gdyby dowiedzieli się, z jakiego powodu tu przyszedł, rzuciliby się na niego całą chmarą jak w filmach o zombie i rozszarpali żywcem.
Dlatego też, gdy odstał swoje w kolejce, odruchowo ściszył głos. Na recepcjonistce jego sprawa nie zrobiła większego wrażenia. Chyba nic już jej nie dziwiło. Dała mu papiery do wypełnienia, pobrała opłatę w wysokości dwustu złotych. Kazała czekać. Po dłuższej chwili zjawiła się pielęgniarka, która zaprowadziła go pod drzwi pomieszczenia, pod którym wręczyła mu plastikowy kubeczek. Przypomniała mu się wtedy scena z „Nagiej broni”, gdy Frank Drebbin trafia w podobne miejsce. Zawsze marzył, by nim też zajęła się filmowa dr Rosenberg w lateksowym wdzianku i z batem. Tymczasem został poinformowany, że po oddaniu próbki, kubeczek ma zostawić w pomieszczeniu.
Znalazł się w niewielkim pokoju, gdzie na środku stał fotel, a naprzeciwko niego na szafce pod ścianą duży telewizor. Obok niego pilot. Podniósł go odruchowo, jednak zanim go użył, przeszukał szuflady. Świerszczyki, całkiem duży wybór. Zawsze zastanawiał się, kto w dzisiejszych czasach kupuje takie rzeczy na papierze. Podejrzewał podstarzałych erotomanów, których ominął postęp cywilizacyjny, ale nigdy wcześniej nie przyszły mu do głowy kliniki płodności. Gazety sobie jednak odpuścił. Zamknął drzwi na klucz i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Panowała tu cisza, która sprawiała, że czuł się tak, jakby brał udział w jakiejś mistycznej ceremonii. To było coś więcej niż zwykłe walenie konia w domowym zaciszu.
Włączył telewizor i zaczął przeglądać ofertę filmową, skromną w porównaniu z tym, co oferują strony internetowe. Może to i lepiej, że wybór był niewielki, bo i tak bardzo dużo czasu poświęcił, nim zdecydował się, który w tej sytuacji najbardziej do niego przemówi. W końcu zdecydował się na produkcję z aktorką ubraną w stylu dr Rosenberg w strój sado-maso ze skórzanych pasków, choć samo to, co wyczyniała ze swoim partnerem, było nader klasyczne.
W pewnej chwili złapał się na tym, że gdy jest już bliski dojścia, zwalnia ruchy ręką, by przyjemność trwała dłużej. Miał ochotę śmiać się z samego siebie. Nie przyszedł przecież do masturbatorium, choć, gdy się tak zapomniał, rzeczywiście czuł się jak w zaginionej świątyni Onana. Sam musiał sobie tłumaczyć, że przecież personel doskonale wie, kiedy tu wszedł i mogą się cokolwiek zaniepokoić, że mijają kolejne godziny, a on nie wychodzi. Z dużym żalem i niemal walcząc ze sobą jak narkoman, dokończył swoje dzieło. Kubeczek zostawił na blacie pod telewizorem, umył ręce w umywalce i opuścił klinikę, zamykając tym samym ten etap w swoim życiu. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Minęło pół roku. Wynik testu na obecność plemników okazał się negatywny, czyli jak najbardziej pozytywny. Zarówno ten oficjalny w klinice, jak i ten w domowym zaciszu, przy użyciu zamówionego przez internet Accusperm i Sashy Foxxx, również z internetu. Tym razem nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to nie to samo. Podniósł sobie masturbacyjną poprzeczkę i nie był w stanie do niej doskoczyć, robiąc to tak jak dotychczas. Dlatego zbawienny okazał się algorytm, który po przeanalizowaniu historii jego przeglądarki wyświetlił mu reklamę kliniki w mieście, do którego już od dłuższego czasu regularnie przyjeżdżał. Stwierdził, że procedura z całą pewnością jest identyczna, a przecież nikt się nie zorientuje, że badał się już w innej. A nawet jeśli, to kto może mieć do niego pretensje o to, że chce zasięgnąć drugiej opinii. Zresztą po co w ogóle próbował się tłumaczyć, są ludzie, którzy płacą dwieście złotych za wizytę u prostytutki, a chyba daleko bardziej akceptowalne etycznie jest przeznaczenie tej kwoty na zapewnienie sobie optymalnych warunków do masturbacji.
Dlatego już bez żadnych kompleksów czy wyrzutów sumienia zapisał się na wizytę. Na miejscu nic już nie było dla niego nowe. Wszystko niby inne, a jednak dobrze znajome. Powtórzenie rytuału, który zapewniał najbardziej rozkoszną z możliwych chwilę dla siebie. Wystrój wnętrza, obsługa, procedura. Inne filmy, bardzo dobrze, przy tak niewielkich zbiorach gdyby się powtarzały, już przy drugim podejściu mogłaby się wkraść tu nuda. A tak, mimo powtarzalności, nie miał poczucia rutyny. Po wszystkim wyszedł zrelaksowany jak po najlepszym masażu. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, jak dziwnie to brzmi i nikomu nie zamierzał o tym opowiadać, ale już teraz doskonale wiedział, że na tych dwóch razach się nie skończy.
Kolejne wyjazdy służbowe w miarę możliwości łączył z wizytami w kolejnych klinikach. Była to miła odskocznia i sposób na relaks. Później tylko machinalnie kasował kolejne e-maile informujące go o jego bezpłodności. Nic jednak nie trwa wiecznie, również i ta rozrywka z czasem stała się coraz mniej ekscytująca i coraz rzadziej jej się oddawał. Raz dla eksperymentu i w przypływie nostalgii odwiedził nawet tę pierwszą klinikę. Mimo że był tam już zarejestrowany, z twarzy personelu nie wyczytał żadnych oznak zdziwienia. Miło było znowu spędzić przyjemną chwile w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Ale po wyjściu doszedł do wniosku, że chyba nie chce już tego powtarzać. Może od wielkiego dzwonu, przy okazji urodzin albo coś.
Długo się później zastanawiał, dlaczego akurat po tej wizycie sprawdził mejla od kliniki. Może tak desperacko pragnął znowu poczuć się jak za pierwszym razem, że podświadomie starał się powtórzyć jeden do jednego cały tamten proces. Ale wiedział też dobrze, że nad przyczyną tego jednego kliknięcia zastanawia się tak bardzo, byleby tylko nie poświęcać uwagi jego konsekwencjom. Dość powiedzieć, że w całym swoim życiu nie był tak zaskoczony, jak wtedy, gdy pospiesznie przeczytał treść wiadomości, w której jak byk stało, że jego wynik testu na obecność plemników jest pozytywny. Gonitwa myśli. Co właściwie się wydarzyło. Zwykła pomyłka? Oby. Ale czytał przecież, że po wazektomii płodność może niespodziewanie wrócić. W ułamku procenta przypadków, ale dobrze przecież znał swoje szczęście. Jeśli kogoś miałoby to spotkać, to właśnie jego. Teraz było już oczywiste, że tamta wizyta nie będzie ostatnia. Trzeba to zweryfikować. Dotarło jednak do niego, że mija się to z celem. Zawsze będzie miał z tyłu głowy, że a nuż, widelec. Koniec końców, nie zaoszczędzi na kondomach, chytry traci dwa razy. No, chyba że dojdzie kiedyś do wniosku, że gdyby wpadł, to wcale nie byłaby taka tragedia.
Mateusz Cioch – ur. 1988, magazynier i filozof. Pochodzi z Augustowa. @dziejaszek
Pisarka, artystka, kuratorka wypoczynku, pasjonatka cukiernictwa oraz fanatyczka czipsów duszków. Autorka książki prozatorskiej „girl dinner” (wydawnictwo Cyranka, premiera wiosną 2026); publikowała między innymi w magazynie Helikopter, Tlenie Literackim, Szajn, zinie „Fire” kolektywu Girls and Queers To The Front. Jej ulubiony cytat to „wszystko wszędzie naraz”. W rozkroku pomiędzy wsią a miastem; obecnie, na chwilę, w Warszawie.