Krzysiek Tutka – pięć wierszy
M-obrzęk
Zbliżasz się, napełniony, świecisz jakbyś był chudym księżycem,
cela klasztorna numer cztery w Valldemossie. Nie można być bardziej,
niż teraz. Niż – teraz. Skulony przechodzisz pod, starym wiaduktem.
Niepotrzebnym zresztą, Oboje o tym wiecie.
Ochlapany, opluty colą, przez współobcego, podpierasz się na nowych
nogachkarabinach, Wyczekujący, porastasz cały w osteofitach.
Pomarańcze ciekną po kulach, prężą i rdzewieją pod twoim ciałem,
zawór zatrzymują apsydyczne torbiele. Ochlapany, opluty colą,
tańczysz nie zważając, na nierówny klinkier. Oliwa zbarwiła twoją
lnianą skórę, Blai Bonet żłopie białe wino z cinerarium, unikasz
groźnie wyposażonych, w aparaty turystów, z Azji Wschodniej,
ich biała sukienka smaga ci twarz, ona ma na imię George Sand,
wyobnażony czterowers, Oglądasz przydługie, zacięte zdania. Lewy
łokieć odrywasz od ściany, zostawiasz za sobą płat skóry. Rożowy
klimtujesz, sekretnik miętolisz w nieotłuszczonej dłoni. Orteza roz
sadza stopę, odwracasz się. Niedziela. Zamknięto wszystkie apteki.
M-nawarstwienia.
M-śmiech w ciemności, brama jest zatkaną falą,
amplituduje się, latarnia widzi nos, połowę policzka,
ciemną brew oświetla złotym ziarnem. Boże ciało
przypomina kastet, odciski w plecach, zadrapania.
Słońce się skończyło, niegalop, inkłus. MMMMM
M-czwartek. Autobusy i zimne poręcze autobusów,
dziewiąta, rano. Dzieci ewaporują w subekumenach,
zielony znak, biały ludzik, [ ] wyjście. Ciało Hathor
spływa między łopatkami, tańczy|my razem z sistrum,
cętki, monochromatyczne. Dysk zakrywa gałczyńską Izoldę.
M-moment. Westchnięty w cielęcy mikro-kosmos. Niewydarzony,
pominięty, zbieram z elipsy, fragmenty naszych cząstek. Korpusfal
pozostał wyczuwalny, zza wiaty przystankowej wychyla się skan,
mojej twarzy, kończę się na stycznej okręgu drogowego. Wydalony,
odlegam przy latarni, mlaszczę brwiami, Uważaj jak tańczysz.
uwieranie
Twoje przebite igłami sosen stopy maszerują ulicami, gnostycznego
miasta, lata w puszce. Wydaje ci się, mokrość otarłeś z czoła, gdzieś
musiała spaść senna kropla czadu, stajesz się swoim potem, później.
Wyznajesz miłość po angielsku, bo tak mniej boli i lepiej przeważnie.
Odwracasz się. Dowiadujesz, Brytania nie zmaga się z czterdziestoma
wełnianymi idiomami ukropu. Twój ankapistyczny nastrój szybko się
ulotnił myślisz, na szczęście, szybko zweryfikowała cię cicha tyrania.
Holenderski zegar skrzeczy, przypominasz sobie jak trupio opisał go
Dickens. Nieśpieszna aleteia podsuwa ci kości, teraz chodzisz
znacznie płynniej.
Obserwujesz pasyjne zakonnice, jak plują na żebraka,
element krajobrazu, są w swoim czarnym, habitacie. Zamieciona
podłoga błyszczy, ale nie objawia, nie zwracasz uwagi na rozgrzaną
ławkę, wrzucasz monetę. Nie masz więcej, więc nie odpowiadasz, ale
to nieprawda, zauważasz cieknącą ropę. Po namyśle stwierdzasz,
jesteś przykryty dachem nieba i plakatowej pornografii. Suniesz, a
każdy twój stosunek niesie ból.
Czekasz pięć godzin, szaro niebieskie korytarze, pamiętasz
chorowałeś na tyfus kiedy jeszcze nie byłeś polakiem, nie
zakładasz słuchawek, być może ktoś będzie miał sprawę,
podkurczasz kolana i badasz językiem cebulki, krzesło obok
przestaje być pozbawione ciężaru, twoja nieciekawa przyczyny
wodogłowa nie zmienia położenia, na ramieniu czujesz jednak
sękaty, leniwy i lubieżny dotyk, pytasz i otrzymujesz replikę
Dzień dobry, ja też umieram.
umieranie
Kołyszesz słońcem, przemieszczasz nieustający partykularz,
zwracasz uwagę na aksjomat widniejący na okręgu szwedzkiej reklamy,
bieleją ci łydki, grzebiesz w porach skóry, paznokciami wydłubujesz
kanikułę. Macasz, oklepujesz się po udach, przyciskasz
spocone i zimne dłonie do żył, czujesz pod śródręczem mgliste,
cichym głosem pulsujące ciało, ukrop rozwarty na przecięciu arterii.
Czerwienisz na tylnych siedzeniach autobusów,
potrzebujesz wysiąść, odnajdujesz małe, delikatnie oznajmiające się
światło. Śluzujesz się po ulicy południczym byciem, transzeja snów
zygzakiem odmawia wskazania drogi. Zmysłowo doświadczając ziarna
szarego wtulenia jakim jest stacja benzynowa. Wszystko świeci ale nic
nie objaśnia.
Nieadekwatny, rzucasz ciężar na krzesło jak kurtkę,
słyszysz wiele głosów nieskierowanych, korygujesz kolana
żeby nie dotykać się, przez spodnie wyrywasz tuman
włosów, gryziesz się w nadmiar skóry, wstajesz,
a każdy twój krok niesie twierdzenie i niewyobrażalność
spraw wieczności.
Ikea coraz bliżej Ciebie. – reagujesz gwałtownie, racjomorficznie.
Oblekłość gangrenów jest przytłaczająca. Trumna trzeszczy, wydłuża się
stosownie co do twojego określenia się. Wzrastasz, ona urasta. Dla
zewnętrznych jesteś tylko stukotem spod spodu spod spodu spod grobu.
ptak, o którym trochę wiem
Ikea jest coraz bliżej ciebie Oglądam szybę
Liżę szybę Dotykam szybę Szybuję
Słońce chowa się za blokiem Blok ma aureolę
Czy to Chrystus jest tak zablokowany
Wczoraj też ze mną jechała Wysiadająca
Siwa matka komentuje córce wystające zza spodenek pośladki Wysiadającej
Mówi zobacz jaki wstyd Tak się pokazać Wszystkiemu winna jest pornografia
Po co i dlaczego tak chętnie „po godzinach” ją odsłania się
Ikea jest coraz bliżej ciebie Szyldy się realizują
Stwarzają dogodny dla wzroku fotel
Już niedaleko Na autostradzie do nieba snują się kaftany
Latarnie muszą ustąpić na rzecz Eklipsy Słońca
Nocne autobusy są zaskakujące Nie można ich namierzyć
Rozkład jazdy glitchuje gdy próbuję dopaść go rzęsą
Koniec trasy Prosimy opuścić pojazd Czy to Chrystus
drzwi odblokowywują się Zmierzch
Krzysiek Tutka – mam 17 lat, więc być może nie jest to z dystansem napisane. Chodzę do ogólniaka, mam jedynkę z fizyki i piszę wiersze od paru lat. Moi ulubieni autorzy to: Wojaczek, Bukowski, Grzegorz Wróblewski, Nabokov, Świetlicki. @krzysiek.tutka
Konrad Roche – @konrad.roche multidyscyplinarny grafik z Gdańska, z zacięciem do czerni, minimalizmu i typografii. Absolwent PJATK oraz ASP, właściciel studia graficznego ROCHE. Gdy znajduje wolną chwilę, patrzy w gwiazdy i marzy, by ruszyć w kosmos.