Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Kasia Możejko – Emancypantki Girly Pop

[1]

Cz. I Madzia Brzeska

Wprowadzenie

Madzia Brzeska wstępuje do szarytek. Madzia Brzeska funduje sobie rok relaksu i odpoczynku. Madzia Brzeska odrzuca milionera i będzie podcierać tyłki umierającym. Madzia Brzeska nigdy nie urodzi dzieci, co więcej – Madzia przecież nigdy nie oddała się mężczyźnie. Ale co te dziewczątka wyprawiały tam, na tej pensji? Takie wzburzone głosy dudniły kiedyś w Warszawie.

Z perspektywy czasu jednak pochwalano jej wybór wstąpienia do klasztoru. Zaczęto nawet mówić, że było to inspirujące. Ale prawdziwe zrozumienie dla jej decyzji przyszło dopiero po tym, jak Stefan Solski zaczął zdradzać objawy kiły – a może raczej przestał umiejętnie je maskować. Mówiono: no tak, młoda dziewczyna może nie wiedzieć, czym to jest, może nie znać dokładnej nazwy choroby, ale młoda, zdrowa, dopiero co rozkwitła dziewczyna z pewnością poczuje smród zgnilizny, nawet jeśli przykryje się go zapachem milionów.

Nikt zresztą Madzi, poczciwej, dobrej Madzi nie podejrzewał o interesowność. Przypominano przecież sobie, że w Iksinowie odrzuciła oświadczyny innego majętnego syfilityka, Krukowskiego.

Alternatywne wprowadzenie

Wzrosło jej zagubienie wśród ludzi; pojęła, że ludzkość składa się z blagierów i pyszałków. Tak więc utraciła wszelką nadzieję, by odkryć u kogoś z bliźnich „w wolnym świecie” te same dążności i te same odrazy; wszelką nadzieję, by stowarzyszyć się z umysłem, który jak jej umysł znalazłby upodobanie w bezinteresowności; wszelką nadzieję, by sprzyjaźnić się z umysłem celowo niedociekliwym, wzbraniającym się przed poznaniem istoty rzeczy tylko po to, żeby to potem obśmiać, wyszydzić.

I marzyła jej się już spokojna, cicha Arkadia, arka nieruchoma i ciepła, w której schroniłaby się z dala od nieustającego potopu ludzkich obmówień, głupoty ludzkiej, nie wiedząc nawet, że to od niej ucieka, bo nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak jednoznacznie nieprzychylne myślenie o innych.

Twierdzono, że jedyna namiętność – wizja macierzyństwa – mogłaby ułagodzić jej dokuczliwe zagubienie, lecz macierzyństwo również jej obrzydło.

Podtykano jej pod nos różne spełnione i możliwe wizje życia rodzinnego, a ona patrzyła na nie, jakby nie rozumiała. Jej własna matka chciała nazwać ją kapryśną. W czasach pobytu na pensji pani Latter Madzia uczestniczyła w dziewczęcych zwierzeniach: rozgorączkowane koleżanki bez końca opowiadały najdrobniejsze szczegóły, nie chcąc pominąć niczego, co wydawało im się ważne. Poznała więc opisy pierwszych spazmów rozkoszy, zaznajomiła się z historiami wszystkich przypadkowych obłapień i czytała podawane jej liściki miłosne, które, choć adresowane do innych panien, były przeżywane wspólnie przez całą klasę.

A potem zadawała sobie pytanie, dlaczego to wszystko tak potwornie ją nudzi; wtedy jeszcze nie miała podobnych historii do opowiedzenia. A potem, gdy już zaczęła mimowolnie je zbierać – nie chciała, bardzo nie chciała ich mieć.

Sama myśl o tym, co miałoby doprowadzić do trzymania mięciutkiego noworodka na rękach, sprawiała, że miała ochotę krzyczeć, krzyczeć jakby ją obdzierali ze skóry.

Makeover

Teraz czas na przemianę. Trzeba wyobrazić sobie pustą scenę w jakimś małym ośrodku kultury. Dźwięk roznosi się miękko, przez co atmosfera jest intymna. Siedzimy w skupieniu. Zero rekwizytów, może tylko krzesło. Madzia stoi pośrodku sceny. Pojedyncze światło pada trochę z góry, trochę z boku, tak że jej nosek rzuca cień na półotwarte wargi.

Diuk Jan miałby radochę – może tak to sobie trzeba jeszcze wyobrazić, że jesteśmy w jego głowie. On projektuje swoją chimerę, opiekunkę i kochankę idealną. Patrzy na Magdalenę, ale nie widzi tylko czarnej sceny, on ma przed oczami już całą sytuację.

Przechadzamy się więc nie po Warszawie, a po Rouen – najlepiej takiej wersji tego miasta, w którym tli się jeszcze ogień pod stosem Joanny d’Arc. Ale może być też Kraków. Tu zakon, tam kościół, tu kapliczka, kamieniczka. Taki Kraków z Podwójnego życia Weroniki, oniryczny, rozświetlony, taki, w którym co rusz dochodzi do nas skądś dźwięk dzwonów z wieży albo dzwonków mszalnych.

Idzie więc Madzia w stroju szarytki. Nakrycie głowy zajmuje pół metra – tradycyjny kornet głowy szarytek jest jak power dressing lat 80., jak poduszki wszyte w ramionach. Ale Madzia, zamiast patrzeć przed siebie, patrzy pod nogi. Rzęsy – długie, spiczaste jak pajęcze nóżki, jak rzęsy Twiggy. Takie właśnie rzęsy rzucają cień na jej policzki.

 

Dramaty wielkich panów

Stefan Solski oszaleje. Przyjdzie nawet taki miesiąc, że co wieczór będzie wystawał pod klasztorem szarytek na Tamce. Oczywiście zrobi to jeszcze przed tym, gdy go wyślą na leczenie. Wariat, wariat! Tak będzie mówiła o nim cała Warszawa.

Siostrzyczki zmienią sposób traktowania Madzi. Oczywiście nie wszystkie, ale w niektórych dziewczynach ten wystający pod bramą panicz zbudzi zakopane bądź nieodkryte w ogóle emocje i szczególne wrażenia zmysłowe.

Zacznie robić się z tego śmierdząca sprawa. Taka w złym guście. Nikt jednak Stefka nie nagrodzi za taką wierność i oddanie Madzi. Może gdyby nie ta kiła, która zacznie tak dramatycznie o sobie przypominać, ludzie widzieliby w tym zachowaniu coś romantycznego, a nie tylko ostatnie podrygi brzydkiego i zlęknionego śmierci uwodziciela.

Ach, Madziu, zabijasz mi brata! – powie z wyrzutem Ada Solska. Nie, Adzie coś takiego nie przeszłoby przez gardło. Inne ma na głowie zmartwienia przez swojego męża Kazia. Ten też zaczyna trząść portkami. Lekarz powiedział, że i u niego choroba może się rozwinąć. A już miało być w końcu dobrze!

Cz. II Helena

Szybko przyzwyczaiła się do francuskiej wymowy swojego imienia, [e. lɛn]. Dzięki temu była już nie Helenką czy dawną panną Norską, a obecnie panią Korkowiczową, ach jak żałośnie to brzmiało. Chociaż Bronek potrafił być nawet zabawnym mężem, nie przykrzył jej życia. Najważniejsze, że teraz pojechali do Paryża. Tam, gdzie jej mąż nie miał manier, nadrabiał pewnością siebie, którą dawały mu pieniądze i przekonanie o słuszności własnych poglądów na to, jak ułożony jest świat. Czuła też, że we Francji inaczej traktuje się takich, jak on, że jest miejsce dla panów dorobkiewiczów. Nie mówiła mu tego w twarz, ale w myślach nie nazywała go inaczej, oczywiście w tonie specyficznej czułości, która naturalnie wytworzyła się między nimi.

Bronisława dało się namówić na wyjazd dzięki Arnoldom – ojczym przyjeżdżał tu w interesach, nakłaniał Korkowicza do spółki. Pojechali więc.

Zajęli przyjemne mieszkanie w dziewiątej dzielnicy. Helenę zaskoczyło nasłonecznienie tego miejsca, wielkość okien. Bronisław śmiał się, że mieliby niezły kłopot z ogrzaniem się tu w zimę. Ustawione w przestronnym salonie mebelki stały na wyjątkowo cienkich nóżkach. Przy jasnych tapetach i na jasnych kanapkach Helena wyglądała jeszcze bardziej promiennie niż zazwyczaj.

Pierwsze dni w Paryżu były w miły sposób zabiegane. Przechadzali się Bulwarem Haussmanna albo wokół nowo otwartej opery i podziwiali miasto świeżo po wielkiej przebudowie, ale szukali też śladów po komunardach. Helena pragnęła przechwycić i zatrzymać w sobie na dłużej każde silniejsze wrażenie pozostawione w niej przez mijane paryskie damy. Podczas tych spacerów wyobrażała sobie, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby nie była Polką i żoną.

Pod koniec pierwszego tygodnia pan Latter zabrał ich na kolację do przyjaciela jego przyjaciół – Eugène’a Arnoux. Był to młody jeszcze mężczyzna, którego otaczała, z tego, co Helena zdołała się wywiedzieć, kusząca atmosfera tajemnicy, jakiegoś rodzinnego skandalu wywołanego jeszcze przez jego awanturniczego ojca, w którego ślady poszedł.

Mieszkanie Arnoux było urządzone w niespotykany dla Heleny sposób. Nie była w stanie określić, czy meble są stare czy nowe. Dużo porcelany, jak u nich na wsi, ale ta była jakaś wynaturzona, intrygująco ozdobna. Na ścianach w korytarzu, obok nastrojowych, ciemnych pejzaży modnych pół wieku temu, wisiały jakieś szkice na cieniutkim papierze, oprawione w proste ramki. Można było znaleźć nawet akty. A w salonie wielki portret kobiety z miedzianymi włosami, na którym nic do siebie nie pasowało. Nie była to pani Arnoux, więc kto?

Zaproszono łącznie kilkanaście osób i wszyscy zjawiali się o różnych porach. Nawet gdy Korkowiczowie wychodzili, inni goście zjawiali się jeszcze. W momencie największego zamieszania było ich razem może z jedenaścioro. Siedzieli przy stole w swobodnych pozach, część na kanapkach w głębi salonu – między jadalnią bowiem nie było drzwi, a wielki łukowaty portal.

Eugène Arnoux, tak samo jak ojciec, zajmował się różnymi interesami, mniej lub bardziej dochodowymi, które zapewniały mu jednak bardzo zróżnicowane kontakty. Pośredniczył w imporcie materiałów do odbudowy czy też renowacji kamienic czynszowych, którym dostało się w 1871. Próbował sprzedawać marsylskie kosmetyki w sklepiku niedaleko opery.

Arnoux kochał muzykę. Ze swoich wypraw w interesach udawało mu się zwozić ze sobą do Paryża obiecujących grajków i szukać dla nich zajęcia w stolicy. Nudziło go prowadzenie sklepu, myślał o otwarciu operetki. Teraz, kiedy tylko mógł, spraszał towarzystwo na kolacje, z których później przenoszono się dalej, na Paryż. Miał przyjaciół zarówno wśród tych, którzy zarabiali i inwestowali pieniądze, jak i wśród tych, którzy je wydawali, nie przejmując się ich źródłem. Znał też dobrze arystokrację ducha: ubogich i sfrustrowanych artystów oraz literatów, pożądanych na każdym proszonym obiedzie.

Arnold i Bronisław reprezentowali tych pierwszych, jak zauważył ze śmiechem inny gość Arnoux, złośliwy dryblas, dziennikarz z niesamowicie popsutymi zębami i palcami zżółkłymi od tytoniu. Helena miała zresztą ogólne wrażenie, że w tych postaciach było coś nadpsutego, ale po pierwszym odruchu nie mogła powstrzymać się od przyglądania im wszystkim. W wieczornym oświetleniu ich grymasy zdawały się grą świateł na skórze.

Było to inne towarzystwo niż to, do którego przyzwyczaiła się w Warszawie lub spotkała wcześniej za granicą i ta odmiana odjęła jej z początku swobodę, z którą zwykła zachowywać się nawet w nowym towarzystwie. Tym razem musiała poczekać dłuższą chwilę, zanim ktoś w ogóle zwrócił na nią uwagę. Było w tym coś odświeżającego. W końcu, wraz z rozluźnieniem atmosfery, oczy wszystkich coraz częściej zatrzymywały się na niej. Robiła to w szczególności kobieta siedząca naprzeciwko niej, ubrana w coś, co przypominało połączenie wieczorowej sukni i stroju do konnej jazdy, co przyjmowano tu jako rzecz całkowicie normalną. Helena z trudem opanowała osłupienie, gdy zobaczyła ją pierwszy raz. Poza intrygującym strojem ta kobieta miała też bardzo widoczny wąsik, który chyba jeszcze celowo uczerniła? Czy to było możliwe?

Ta kobieta nazywała się Blanche de Kératry. Pochodziła z arystokratycznej rodziny, która nie ucierpiała przez komunardów, a nawet wzbogaciła się w całym tym bałaganie. Tego jednak nikt głośno nie wypominał jej rodzinie. Comtesse de Kératry korzystała z rodzinnej fortuny, niedołęstwa rodziców, oddalenia krewnych i społecznego rozluźnienia, efektu dawnych przewrotów. W efekcie robiła więc, na co miała ochotę. Teraz próbowała malować i weszła w kręgi artystyczne, spędzając czas z kolegami malarzami oraz, co znamienne, z ich osamotnionymi żonami.

Poza wspomnianymi już osobami na kolacji był jeszcze wydawca tygodnika kulturalnego, kupowanego głównie dla zjadliwych recenzji sztuk teatralnych i pikantnych felietonów. Spotkać można było też postawnego i lekko nieobecnego aktora, znanego w środowisku podmiejskich marzycieli. Utrzymywał się z objeżdżania prowincji z jakimiś komedyjkami, a marzył o wielkiej roli. Po znajomości z Arnoux dużo sobie obiecywał. Byli i inni, jacyś ni to urzędnicy, ni literaci; Helena nie dowiedziała się ostatecznie, kim byli. Może byli niedawno komunardami, a może mieli szlacheckie korzenie. Jeden z nich miał na pewno polskie korzenie i próbował rozmawiać z Heleną polszczyzną najeżoną nosowymi francuskimi głoskami.

A Helena, zajęta swoimi obserwacjami, nie zauważyła, że towarzystwo nudziło się. Omówiono kilka bieżących spraw, zasłyszanych wiadomości, plotek. Ożywiono się dopiero, gdy ktoś zaczął mówić o niejakim baronie de Déguissement. Otóż ten zuch – jak go określił złośliwy redaktor – po kilku wzorowych latach w Paryżu, po tym, jak zaspokoił już kilka popularnych w tym kręgu fantazji i zapoczątkował modę na nowe – uciekł w końcu z miasta z tym, co pozostało z jego ogromnego majątku. Osiadł w jakiejś willi pod Paryżem, którą urządził jak niezdobytą twierdzę i tam prowadził teraz swój pustelniczy żywot. Podobno pogrążał się jednak w coraz większej melancholii. Służba miała nosić wełniane kapcie dla stłumienia swoich kroków i nie wchodzić do pokojów pana pod żadnym pozorem.

Każdy miał coś do dodania. Jakiś szczególik, anegdotkę o baronie. Prześcigano się w zgadywaniu, który z jego ostatnich wybryków w Paryżu mógł przeważyć szalę i wygnać go z miasta. Czy była to ta heca z młodziutkim małżeństwem z Hawru? A może te spekulacje giełdowe, na których próbowano go oszukać? Ale przecież, zgodnie przyznawano, Pierre de Déguissement zawsze zdawał się nudzić w większym towarzystwie.

Mówiono paryską francuszczyzną i Helena owszem, rozumiała trzy po trzy, ale got invested all the way anyway. Zastanawiała się, czy właśnie w takim tonie rozprawiano o jej bracie? Nie, Kazimierz nie miałby w sobie tyle fantazji. I zaśmiała się w duchu, zdając sobie sprawę z tego, że ten baron Pierre stał się dla niej kimś godnym podziwu. Zaczęła zazdrościć mu tych historii. Kazio może i rozrabiał, ale nigdy sam przed sobą nie przyznałby się, że to, co robi, jest stratą czasu i pieniędzy. A ten baronik zdawał się cieszyć, przynajmniej do pewnego momentu, gdy udało mu się coś przepuścić, zmarnować i zepsuć. Tak jej go odmalowano.

Arnold robił się cokolwiek nerwowy, bo nie takiego wieczoru się spodziewał. Bronisław też, chociaż on już w ogóle nic nie rozumiał, tyle tylko, że atmosfera robiła się coraz bardziej swawolna, rozpasana, i dziwił się, że mężowie przy swoich żonach – bo były jeszcze jakieś małżeńskie pary – mogą rozmawiać w ten sposób, że żony też maja dużo do powiedzenia. Cieszył się, że Helena milczała.

To prawda, robiła nobliwą minkę, ale słuchała z przejęciem. Nie wiedziała, jak zapytać o więcej szczegółów.

Otóż zdarzyła się okazja do zaspokojenia ciekawości. Comtesse de Kératry poczuła w sobie nieodpartą chęć wzbogacenia swojej kolekcji intymnych przyjaciółek o piękną Poleczkę.

Jakoś drugiego czy trzeciego dnia po kolacji pojawiła się u Korkowiczów z wcześniej zapowiedzianą wizytą. Przełknęła mocną herbatę, którą podali jej wedle rosyjskiego zwyczaju, pomyślała cudownie, coś wspaniałego i znad filiżanki spoglądała na piękną Elenę. Starała się mówić powoli, niepewna, ile zrozumie ta dziewczyna. Ale Helena zaskoczyła ją swoim francuskim i w ogóle, gdy tak siedziały tylko we dwie, to Helena miała w sobie coś dumnego, coś, co kazało podporządkować się tej cudzoziemce.

Blanche podobała się ta atmosfera, to jak czuła się przy Helenie. Zaprosiła ją na zakupy. Zaoferowała swój powóz. Spotkały się kolejnego dnia. Blanche usiadła w karecie obok niej i pod pozorem zaciekawienia jej biżuterią dotykała Helenę po nadgarstkach i szyi. Helena, nawet jeśli poczuła się zaskoczona, nie zdziwiła się zbyt mocno. Była już po Adzie przyzwyczajona, że te bogate panny lubią przytulać rzeczy i osoby wywołujące w nich czułość.   Zresztą potrzebowała swobodnej atmosfery. Chciała jak najwięcej dowiedzieć się o baronie. Blanche oczywiście przyjaźniła się niegdyś z de Déguissementem. Wyobraź sobie – dodała rozbawiona – ciotki chciały nas wyswatać.

De Déguissement miał, jak już dowiedziała się wczoraj, reputację ekscentryka, miary zaś dopełnił swoimi strojami: odziewał się w białe aksamitne garnitury i kamizelki ze złotogłowiu, koszuli pod szyją nie zapinał, zastępując krawat bukietem fiołków parmeńskich wetkniętych w ów dekolt, literatów zaś spraszał na słynne obiady, podczas których można było podziwiać jego dziwaczne paryskie lokum.

Miał na przykład taką salę do przyjmowania dostawców, którą wypełnił kościelnymi stallami, a sam stawał jak ksiądz na ambonie i przemawiał w ten sposób do rozbawionych chłopaków w przybrudzonych ubraniach. Blanche również lubiła tam zasiadać. Zwykła to robić wieczorami, gdy, wracając z jakichś bibek, odwiedzała Pierre’a, żeby powiedzieć mu dobranoc i wymienić się świeżymi plotkami. Ze sposobu, w jaki o nim mówiła, można było wyczuć, że choć wyśmiewa jego decyzję o uciecze z Paryża, tęskni.

Znaną też była historia o tym, jak kazał ozdobić skorupę żółwia kwiatowym wzorem wysadzanym kamieniami: chryzoberylami zielonymi jak szparagi, chryzolitami zielonymi jak pory, oliwinami zielonymi jak oliwki… Żółw zmarł krótko po wykonaniu tej kosztownej operacji.

Blanche nie chciała przynudzać, ale spostrzegła, że Poleczkę interesują hece związane z Pierre’em. Weszły do dwóch magazynów. Blanche nalegała na to, żeby sprezentować Helenie śliczną jedwabną aksamitkę, wykończoną falbanką. Zanim wybrały właściwy model, Helena kilkukrotnie wysuwała do Blanche szyję, pozwalała się prawie na niej wieszać. W końcu hrabina, czując, że do niczego więcej już dzisiaj nie dojdzie, zechciała wrócić do domu. Pożegnały się, a Helena obiecała kolejne spotkanie.

Gdy już wróciła do męża, miała wrażenie, że łapie ją gorączka. Położyła się i zaczęła myśleć to o przedziwnej hrabinie, to o baronie. Pojawiło się też wspomnienie Madzi Brzeskiej, jej odcięcia od świata. Helena zaczynała wyobrażać sobie te proste sypialnie szarytek jako wyraz najwyższej elegancji. Teraz potrafiłaby zobaczyć w nich jakiś wdzięk, jakiś czar, a te wielkie nakrycia głowy…

Potem oddała się rozważaniom o tym, jakimi kolorami przystroiłaby swoją własną samotnię, w której spędzałaby czas tylko nocą, przy świetle świec i lamp.

Cz. III Ada Solska[2] 

A z Adą po prostu spróbujmy od początku.

Ada na pierwszym piętrze zajmuje dwa pokoje. W jednym jest żelazne pensjonarskie łóżeczko okryte białą kapą, przy nim szafka, i tylko garnitur mebli obitych szarą jutą wskazuje, że tu nie mieszka pensjonarka. Drugi pokój z dwoma oknami jest bardzo oryginalny: wygląda bowiem na pracownię naukową. Jest w nim duży stół obity ceratą, kilka stojących półek napełnionych książkami i atlasami, czarna tablica na sztalugach z kredą i gąbką, które widocznie są w ciągłym użyciu, a nareszcie wielka szafa pełna przyrządów fizycznych i chemicznych. Są tam dokładne wagi, kosztowny mikroskop, zwierciadło wklęsłe, kilkucalowa soczewka, machina elektryczna i cewka Rumkorfa. Nie brak też retort, słoików i flaszek z odczynnikami, jest globus astronomiczny, szkielet jakiegoś ptaka tudzież niezbędny krokodyl, na szczęście bardzo młody i już wypchany.

Gust do nauk przyrodniczych obudził w niej stary nauczyciel jej brata. Upodobanie to podtrzymywał brat, sam zapalony wielbiciel nauk dokładnych, a resztę – zrobiły zdolności panny Ady i jej niechęć do życia salonowego. Nic jej nie ciągnęło do liczniejszych towarzystw, od których odstraszała ją wiara we własną brzydotę. Więc kryła się w swojej pracowni, dużo czytała i ciągle brała lekcje od najlepszych profesorów.

Zamożni członkowie jej rodziny uważali Adę za egoistkę, a bogaci za osobę chorą. Nie tylko bowiem oni, ale nawet żaden z ich gości, znajomych i przyjaciół nie mógł zrozumieć tego, że dziewiętnastoletnia bogata panna przekłada naukę nad salony i nie myśli o zamążpójściu.

Dopiero wówczas zaczęto pojmować dziwactwa bogatej dziedziczki, gdy w salonach rozeszła się wieść, że w Warszawie, obok demokracji i pozytywizmu, wybuchła nowa epidemia zwana – emancypacją kobiet. Zaczęto rozróżniać dwa gatunki emancypantek, z których jeden palił cygara, ubierał się po męsku i wyjeżdżał za granicę uczyć się z mężczyznami medycyny; drugi zaś gatunek, mniej zuchwały czy też więcej moralny, ograniczał się na kupowaniu bardzo dużych książek i unikał salonów.

Otóż przed drzwiami mieszkania Ady stoi teraz Madzia Brzeska. Położyła palec na ustach jak uczennica, która przypomina sobie lekcje, nareszcie przeżegnała się i – szeroko otworzywszy drzwi – weszła z wielkim rozmachem.

– Jak się masz, złotko… możeś ty chora?…

I ucałowawszy Adę zaczęła z uwagą przypatrywać się jej żółtawej cerze, skośnym oczom, bardzo wysokiemu czołu, bardzo szerokim ustom i bardzo małemu noskowi. Rzuciła okiem na jej niezbyt gęste włosy ciemnoblond, ogarnęła jej drobniutką figurkę odzianą w czarną suknię i usadowioną na skórzanym fotelu, lecz – nigdzie nie odkryła oznak choroby. Natomiast spostrzegła, że i Ada pilnie się jej przygląda i to ją zmieszało.

– To nie mnie, to tobie coś jest, Madziu! – odezwała się powolnym i łagodnym głosem panna Solska. Na jej twarzyczce odmalował się niepokój; powieki zaczęły jej drżeć, a szerokie usta składać się jakby do płaczu – Bo może, Madziu – odezwała się jeszcze ciszej panna Solska – bo może… obraziłaś się na mnie za to, żem posłała do ciebie mojego brata?… Ja przecie wiem, że sama powinnam pójść do ciebie, ale zdawało mi się, że tu, na dole, będzie ciszej…

Magdalena w jednej chwili odzyskała energię. Pochyliła się na fotel, schwyciła swoją przyjaciółkę w objęcia śmiejąc się tak szczerze, jak tylko ona jedna umiała na całej pensji.

– Ach, niepoczciwa Ado! – zawołała – jak możesz mnie posądzać o coś podobnego?… Czy kiedy widziałaś, ażebym ja obraziła się na kogokolwiek, a tym bardziej na ciebie, taką dobrą, taką kochaną, takiego… aniołeczka!…

– Bo widzisz, ja się boję obrażać… Ja już i tak robię ludziom przykrość moją osobą…

Dalszy ciąg wyznań przerwała jej Magdalena pocałunkami i – wzajemne obawy panien zostały usunięte.

Potem zaczęły rozmawiać o Helenie.

– Bo z Helą już mam zmartwienie. Nie była dziś u mnie cały dzień, choć kilka razy przechodziła pode drzwiami i śpiewała – mówiła z żalem Ada.

– Czegóż ona chce?

– Albo ja wiem. Może obraziła się na mnie, a najpewniej… już mnie nie lubi… – szepnęła Ada.

– Ale, dajże spokój…

Usta Ady zaczęły drżeć i na twarz wystąpiły rumieńce.

– Ja rozumiem, że mnie nie można lubić – mówiła – wiem, że nie zasługuję na żadne względy, ale to przykro… Ja dlatego tylko, ażeby z nią być dłużej, nie wyjeżdżam za granicę, chociaż ciotka nalega na mnie od wakacyj i nawet Stefek wspominał… Ja przecież nic od niej nie żądam, chcę tylko czasami spojrzeć na nią. Wystarcza mi jej głos, choćby nawet mówiła nie do mnie. To tak mało, mój Boże, tak mało, a ona mi i tego odmawia… A ja myślałam, że ludzie piękni powinni mieć lepsze serca aniżeli inni…

A potem Madzia rozmawiała z Heleną, pośredniczyła.

– Nie byłaś dzisiaj u Ady – rzekła zmieniając przedmiot rozmowy.

Panna Helena usiadła na kanapie i bawiąc się koronką niebieskiego szlafroczka przestała śmiać się, a zaczęła ziewać.

– Nudzi mnie Ada swoimi obawami i zazdrością – rzekła. – Oddaliła Romanowicza, że się we mnie kochał, a umawia się z obrzydliwym Dębickim, który wygląda jak żaba.

– Lepiej na tym wyjdziesz, jeżeli zamiast kokietować profesora, będziesz słuchała lekcyj.

– A, także mnie znasz!… Wasza fizyka ani algebra nic mnie nie obchodzą, ale kokietować kogoś muszę, choćby Dębickiego. Zobaczysz, jak będzie na mnie słodko spoglądał, co chyba do rozpaczy doprowadzi Adę.

– Czy ty możesz tak mówić o Adzie? – odparła Magdalena. – Ona, biedactwo, tak ciebie kocha…

– Piękne biedactwo, milionowa panna!…

– Ale ona nie wyjeżdża za granicę dlatego, ażeby dłużej być z tobą.

– Niech mnie zabierze, to będzie ze mną jeszcze dłużej.

Madzia klasnęła w ręce z radości.

– Ona o tym tylko marzy! – zawołała. – Jeżeli zechcesz, pojedzie, choćby jutro, każdej chwili…

– A tymczasem czeka, ażebym ja ją prosiła. Tego nie zrobię. Moje towarzystwo jest przynajmniej tyle warte, ile dochody panny Solskiej.

– Helu – mówiła Madzia ściskając ją za ręce – widzisz, jak ty nie rozumiesz Ady. Ona sama poprosiłaby ciebie, ale nie śmie, boi się, ażebyś się nie obraziła…

– Cha! cha! cha!… a czymże się tu obrażać? Przecie pieniędzy na podróż mama nie odmówi, chodzi tylko o okazję i przyzwoitą opiekę. A że opiekę da mi panna Solska i jakaś tam jej ciotka, więc ja zależę od nich – i dlatego – one powinny wystąpić z propozycją. Ach, wyjadę za granicę!…

– Jeżeli tak, to sprawa skończona – rzekła Magdalena. – Ada poprosi cię… Tylko, Helu, wstąp do niej na chwilę, ona tak tęskni za tobą.

Panna Helena oparła głowę o poręcz kanapki i przymknęła oczy.

– Jaka szkoda – mówiła – że ona tęskni za mną, a nie jest chłopcem. Gdyby równie bogaty chłopiec tęsknił za mną, wiedziałabym, co mu powiedzieć… O Madziu! gdybym ja istotnie mogła wyjechać za granicę, choć na pół roku! Bo tu zmarnuję życie, tu nie ma dla mnie ani towarzystwa, ani partii. Boże, być piękną i… nazywać się córką przełożonej pensji, a co gorsza, całe dnie spędzać na pensji, ciągle brać jakieś niedorzeczne lekcje… Aaa!…

– Więc pójdziesz do Ady…

– Pójdę, pójdę… Zresztą ja wiem, że ona jest dobra dziewczyna i przywiązana do mnie; ale czasami nudzą mnie jej wylęknione spojrzenia i wieczne martwienie się tym, że – ja nie kocham tylko jej jednej… Śmieszni ludzie! Każdy wielbiciel chce, ażebym myślała wyłącznie o nim, i każda przyjaciółka to samo. Tymczasem ja jestem jedna, a ich tyle!…

 

[1] Prezentowany tu tekst jest rozwinięciem słuchowiska o tym samym tytule, które pojawiło się w prowadzonej przeze mnie w Radiu Kapitał audycji Club Classics. Data premierowej emisji odcinka: 21.04.2026 https://radiokapital.pl/shows/club-classics/emancypantki-girly-pop/. Opis odcinka ze strony radia: „Oto eksperymentalny odcinek, w którym głównymi bohaterkami są postacie z Emancypantek Bolesława Prusa: Ada Solska, Helena Norska i Madzia Brzeska. Napisałam tekst, w którym wyobrażam sobie, co stało się z dziewczynami po zakończeniu akcji powieści. Dodatkowo wplotłam jeszcze historie bohaterów ze Szkoły uczuć Flauberta i losy diuka Jana z Na wspak Huysmansa. Usłyszycie więc nie tylko mój tekst, lecz także parafrazy, cytaty i fragmenty rozdziałów przytoczone z lekkimi zmianami”.

[2] Ta część, poza kilkoma porządkującymi wtrąceniami ode mnie, złożona jest z fragmentów pochodzących z powieści Prusa (B. Prus, Emancypantki, t. I, Warszawa, 1976, s. 43–57).

Kasia Możejko Pochodzę z Białegostoku. Uczyłam polskiego w liceum. Interesuję się dziewiętnastowiecznymi powieściami i serią gier The Sims. Piszę poezję i prozę. Zapraszam na instagram @kasixparyz