Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu

Justyna Hrycyk – wywiad (rozmawia Kinga Skwira)

Kinga Skwira: W podstawówce mieliśmy zabawę, że jesteśmy skazani na śmierć i musimy wybrać swój ostatni posiłek. Jaki byłby Twój?

Justyna Hrycyk: chyba lody jakieś. strasznie kocham lody. lody to jest coś, co mogę jeść zawsze i wszędzie, jak się źle czuję, jak mi niedobrze, jak boli mnie brzuch czy głowa. oprawiają mi humor. jak jeszcze miewałam kace, to też jadłam lody, nie rozumiałam wpychania w siebie jajek na maśle, samobójstwo.
no i lody mają mnóstwo smaków, więc to też odpowiedź typu „mam problem z
decyzyjnością”. ostatnio jadłam lody o smaku gorgonzoli z gruszką, były super. strasznie lubię dziwne lody, koncept wytrawnych mega mnie jara. choć czasem lubię też prosto: dobrej jakości lody śmietankowe, oliwa z oliwek i sól w płatkach. WSPANIAŁE. kocham lody.

KS: Tak! Ja ostatnio jadłam o smaku tzatzików, pychota. Mam nadzieję, że przyjdzie moda na słone lody. Chciałam zacząć pytaniem o jedzenie, bo jest ono ważnym bohaterem Twojej debiutanckiej książki girl dinner (Cyranka 2026). Na początku dostajemy definicję zwrotu użytego w tytule:
girl dinner – popularny trend zapoczątkowany na tik toku w roku 2023: szybki
posiłek skomponowany z tego, co akurat jest pod ręką. Czym jest dla Ciebie girl dinner? Jak to jest jeść, kiedy jest się dziewczyną?

JH: ojej, życiem? w sensie, że ten posiłek to życie. oklepana metafora, na szczęście ratują nas przed nią trendy z social mediów xd
„girl dinner” to posiłek uwspółcześniony i upłciowiony, taki późnokapitalistyczny obraz gastrofeminizmu. I te dwa wykładniki są tutaj bardzo istotne: konkretny czas i miejsce tego posiłku oraz bohaterka, która próbuje go ulepić właśnie z tego, co ma pod ręką, bo tym się musi najeść. innej opcji nie ma i nie będzie. a jeść jest cudownie. chociaż, oczywiście, w dziewczyńskim świecie jedzenie, poza tym bazowym, biologicznym wymiarem pożywienia, ma wiele warstw. jest formą opieki, okazywania troski, sposobem na celebrację, na przyjemność. bywa też narzędziem regulacji, musztrowania: zarówno głowy, jak i ciała. ostatecznie nie chodzi przecież o to, co robimy, ale o to dlaczego, w jaki sposób i w jakim celu. czy jemy same czy w towarzystwie, z umiarem czy zachłannie, z apetytem czy bez niego, z głodu czy z emocji.
czy jemy to, na co mamy ochotę, czy to, co powinnyśmy lub co nam każą. czy karmimy czy jesteśmy karmione. w każdej z tych sytuacji jedzenie spełnia inną rolę, ma inny smak, inny wymiar, inne znaczenie.

KS: Jaki jest związek pisania z gotowaniem? Czy gotujesz tak, jak piszesz? Albo na odwrót?

JH: że czasem smacznie, a czasem obrzydliwie? xd myślę, że coś w tym może być, ja nigdy nie używam przepisów w kuchni, więc wychodzi różnie. najbardziej lubię robić coś z niczego, czyli: wielkie czyszczenie lodówki. albo znajdowanie tak zwanego darmowego jedzenia, czyli: wczesno jesienna wycieczka do lasu i zrobienie obiadu z tego, co się znajdzie. jakiś zupełnie inny rodzaj satysfakcji to odpala, taki totalnie pierwotny, archetypiczny. sos grzybowy jako ekwiwalent wiedzy, sprytu, spostrzegawczości oraz oczywiście fantastycznego wyczucia smaku. fajne jest też to, że to jedzenie trzeba oczyszczać, sprawdzać, że czasem tam są robaki, że czasem nie jest się pewnym… czyli chyba tak, gotowanie ma z pisaniem trochę wspólnego. aha, no i gotuję też konkretne rzeczy na konkretne okazje i sytuacje. jedzenie jest u mnie symboliczne, jak w baroku. ma swoje konkretne znaczenie. jest komunikatem.

KS: W girl dinner czasami jest pysznie, czasami obrzydliwie. Łatwo zjeść za dużo. Piszesz o swoich wspomnieniach i relacjach poprzez jedzenie i ciało. Ale czy można myśleć o tej książce jak o autobiografii?

JH: na pewno są tam wątki autobiograficzne, ale termin „autobiografia” jest chyba za duży. to raczej autofikcja zlepiona ze wspomnień, historii i po prostu w jakiś sposób atrakcyjnych dla mnie obrazów. chciałam, żeby na pierwszym miejscu w tej książce było ciało i jego sposób doświadczania rzeczywistości. stąd wybranie działającego na wszystkie zmysły jedzenia jako pewnego kanału narracji – bo jedzenie nie jest tutaj, wbrew pozorom, głównym bohaterem, a raczej kontekstem. jest użyte pragmatycznie, jako narzędzie pozwalające odkodować sensorykę emocji i wspomnień. ponazywać je, ulokować w ciele, ustrukturyzować. lepiej je zrozumieć.

KS: Przywołująca wspomnienia magdalenka Prousta zmienia się u Ciebie w barszcz amino, cheetosy flamin hot, czipsy duszki, ale także w kiełbasę polską, mielonego z buraczkami, rosół. Z jednej strony mamy więc całe to śmieciowe jedzenie, za które kochamy supermarkety, z drugiej sielską polską kuchnię tradycyjną. Skąd to zestawienie?

JH: z życia chyba xd bo takie jest: czasem sielskie, czasem śmieciowe, czasem sielskie w swej śmieciowości i śmieciowe w sielskości. jest wiele dróg spełnienia, wiele strategii szczęścia – i oczywiście, ważne jest, żeby odżywiać się zdrowo, dbać o mikro i makro, podaż białka, witamin i kalorii ale… czasem wygrywa impuls, popęd. to jest też o kontroli, o tym ciągłym napięciu pomiędzy funkcjonowaniem w jakiejś strukturze, tradycji właśnie, zupa drugie danie i kompot, a pójściem do żabki o 22:55 po dwie paczki czipsów i kolkę. jakiś smak istnienia w tym jest – w różnych momentach różne rzeczy nas karmią. i to jest
okej.

KS: Masz swoje ulubione przedstawienie jedzenia w sztuce?

JH: bardzo lubię barokowe cytryny, miałyśmy taką grę z przyjaciółką na wakacjach – znajdź najdłuższą obierkę cytryny w galerii. polecam, super fun. może to nudne trochę, ale ja naprawdę lubię te barokowe martwe natury, ich symbolikę, grę świateł, kontrasty, to przeplatanie sacrum i profanum, martwe ciała zwierząt, egzotyczne owoce, wymyślna porcelana… albo te prostsze, typu nie wiem, gruszka i ser, talerz ze śledziem. jest taki obraz Clary Peeters „martwa natura z serami, migdałami i preclami”. no totalny girl dinner.
belgia, XVII wiek. wszystko już było, możemy tylko reinterpretować, zmieniać  konteksty.

KS: Jadłaś lub czytałaś ostatnio coś, co chciałabyś polecić?

JH: teraz jest sezon na żółciaka siarkowego, taką fajną hubę, co smakuje jak kurczak. to polecam. tylko trzeba jechać za miasto, bo w mieście chłonie spaliny jak gąbka. a z książek: skończyłam właśnie wydrąż mi rodzinę w serze oli kasprzak. strasznie dużo mamy wspólnych spożywczych metafor, oczywiście inaczej doprawionych. mi smakowało
🙂

KS: Jaką pizzą jesteś?

JH: cztery sery z hot honey ;)))

*fot. Julia Lignarska

Justyna Hrycyk

Pisarka, artystka, kuratorka wypoczynku, pasjonatka cukiernictwa oraz fanatyczka czipsów duszków. Autorka książki prozatorskiej „girl dinner” (wydawnictwo Cyranka, premiera wiosną 2026); publikowała między innymi w magazynie Helikopter, Tlenie Literackim, Szajn, zinie „Fire” kolektywu Girls and Queers To The Front. Jej ulubiony cytat to „wszystko wszędzie naraz”. W rozkroku pomiędzy wsią a miastem; obecnie, na chwilę, w Warszawie.

Kinga Skwira – redakcja