Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Jola Kikiewicz – Dziad

Zaczęło się o piątej rano, jak wszystko się zaczyna.

Z osnutego pigułkami snu wybudził mnie domofon, ale przytępiony mózg uznał, że lepiej zignorować go na rzecz snu. Rzeczywistość nie dała się zepchnąć na drugi plan: po chwili w mojej kawalerce rozległ się łomot u drzwi i ustawiczne naciskanie dzwonka. Tego zlekceważyć nie mogłam – tym razem zalękniony mózg podpowiedział, że to z pewnością włamywacz sprawdza, czy w mieszkaniu ktoś jest. Z drżącym sercem wstałam, doczłapałam się do łomotanych drzwi i zajrzałam przez judasza. Widok, który mnie przywitał, nie pozostawiał żadnych złudzeń: u drzwi była policja w pełnym rynsztunku. Szybko odziałam ciało w szlafrok, żeby nie witać pana władzy w starej, podziurawionej koszulce i gaciach.

Z mózgiem wciąż otępionym lekami nasennymi wyjrzałam przez drzwi.

– Dzień dobry, czy nie zgubiła pani tego jegomościa? – zapytał policjant. Towarzyszyła mu trójka innych policjantów w pełnym rynsztunku, mężczyzna i dwie kobiety.

Razem z nimi na korytarzu stał dziad. Był zaniedbany, ale nie skrajnie i wyglądał na bardzo zagubionego.

– Nie, nie zgubiłam jegomościa – odpowiedziałam strapiona.

– Ale czy na pewno? – dopytywał policjant.

– Na pewno.

Policjant zmierzył mnie wzrokiem. W tym momencie poczułam, że nieprzespane leki nasenne dają o sobie znać, a mnie kręci się w głowie i wkrótce stracę przytomność.

– Tutaj jest Dąbrowskiego trzydzieści? – zapytał policjant.

– Tak.

– W dowodzie ma pan Dąbrowskiego trzydzieści C przez osiemnaście – zwrócił się do dziada.

– Osiem! – wykrzyknął zagubiony dziad.

– Tutaj jest klatka A – dorzuciłam w chwili przebłysku.

Pan władza zmierzył mnie niezadowolonym spojrzeniem.

Wtedy wyjął z kieszeni pęk kluczy, wybrał jeden i zaczął dopasowywać je do zamka moich drzwi. Przekręcił klucz i zasuwka zamka wysunęła się na zewnątrz.

– Klucz pasuje – orzekł policjant. – To oznacza, że jegomość mógłby tu wejść, co oznacza, że zapewne tu mieszka. Zapraszam – policjant wykonał zapraszający gest w stronę dziada.

– Ale… chwila – wyjąkałam. – Ten pan tu nie mieszka, ja tu mieszkam, to jakaś pomyłka.

– Proszę pani, klucz się nie myli – orzekł policjant, potrząsając kluczem. – Ten jegomość musi być mieszkańcem tego lokalu. Proszę, proszę – zachęcił dziada kolejny raz.

Zachęcony dziad zrobił dokładnie to, czego oczekiwał policjant – wszedł do mojej kawalerki, popychając mnie w drzwiach. Obejrzałam się za siebie, ale wtedy policjant odezwał się po raz ostatni:

– No, to do widzenia. I powodzenia – uśmiechnął się szelmowsko. – Szanowni, zawijamy się – skinął do pozostałego policjanta i policjantek i ruszyli po schodach. Tyle ich widziałam.

Zawroty głowy zwiększały się, wiedziałam, że jeśli szybko nie usiądę, zemdleję tak, jak stoję. Poczłapałam do wnętrza kawalerki i doturlałam się do łóżka z rozwalonymi betami. Usiadłam i przymknęłam oczy.

Dziad stał na środku pokoju. Był ubrany w zmiętą jesionkę i przechyloną na głowie czapkę uszankę, mimo że był środek lata. Patrzył na mnie, jakby nie wiedział gdzie się znajduje i dlaczego się tu znalazł.

– To nie jest pana mieszkanie – wydukałam, ale czułam, jak wzbiera we mnie złość.

– Numer osiem! – wykrzyknął dziad.

– To nie jest numer osiem.

Dziad patrzył strapiony. Westchnęłam, poddając się wewnętrznie.

– Jak się pan nazywa? – zapytałam.

Odpowiedziała mi cisza. Musiałam wypróbować inną strategię.

– Od dawna pan tu mieszka?

– Ooo, będzie już z czterdzieści lat! Numer osiem! – zawołał rozentuzjazmowany.

Pokiwałam głową. To była dobra strategia.

– Widzi pan, ja dopiero pięć. Ale to dobre miejsce, wygodna lokalizacja, balkon jest, a od czasu remontu podłogi w kuchni nie ma na co narzekać. Pan też miał takie problemy z tą podłogą?

Spojrzał na mnie skonfundowany i poprawił spadające z nosa okulary. Musiałam opracować jakiś plan. O tej porze nic nie załatwię, a gdzieś trzeba z tym pójść. Pierwszy strzał – policja, odpada. Opieka społeczna? Warto spróbować. Trzeba też będzie pójść pod ten numer osiem, może ktoś tam na niego czeka. Może ktoś zgubił tego jegomościa.

Wiedziałam, że muszę położyć się i odespać resztę proszków nasennych. Trzeba by też zaoferować jakieś miejsce jegomościowi, ale jak to zwykle w kawalerce, miejsca nie było. Nie miałam drugiego łóżka, kanapy czy nawet dobrego fotela. Pozostało plastikowe krzesło z Ikei, jedno z tych, które można wstawić pod prysznic w przypadku niepełnosprawności.

– Pan zdejmie kurtkę i czapkę, gorąco jest.

Dziad pokręcił głową. Czyli będzie mi się tu pocił.

Przesunęłam się na łóżku na jedną stronę i rozłożyłam kilka poduszek na dwóch miejscach.

– Może pan usiądzie? Ja muszę położyć się spać.

Dziad dalej patrzył na mnie, jakby próbował coś wykoncypować, ale najwyraźniej widok łóżka go zachęcił, bo ruszył w jego stronę.

Ale nie usiadł na nim – zaczął się kłaść. Tym razem to ja byłam skonfundowana. Ale byłam też wykończona i sen morzył mnie tak mocno, że było mi wszystko jedno. Wyciągnęłam z boku łóżka dodatkowy koc i podałam go dziadowi – wziął go bez słowa. Umościł się na połowie łóżka. Czułam, że moje oczy się zamykają. Zasnęliśmy w ciszy.

***

Obudziłam się rano i powitały mnie szeroko otwarte oczy dziada, który wpatrywał się we mnie z zestawem oczekiwań. Nie byłam w stanie odpowiedzieć na żadne z nich, chociaż coś we mnie próbowało się wyrwać, żeby tym oczekiwaniom sprostać.

– Pójdziemy dzisiaj pod osiem – wymamrotałam zaspanym głosem.

Dziad wykonał pierwszy responsywny gest od czasu, kiedy wczoraj go poznałam: kiwnął głową. Machnęłam na niego ręką, żeby wstał z zewnętrznej strony łóżka, a ja mogła się z niego wygrzebać. Desperacko potrzebowałam kawy i zbliżała się pora przyjęcia leków.

Dziad wstał i stał, patrząc na mnie przeszywająco. Wciąż się nie odzywał.

– Czy jesteś w stanie powiedzieć mi, jak masz na imię? – spróbowałam ponownie.

Cisza, tym razem akompaniowało jej ruszenie głową. Czyli wie, że nie wie, to już coś.

Poczłapałam do kuchni, żeby zrobić kawę. Powinnam coś zjeść, dziad z pewnością też. Postanowiłam porzucić myśl o owsiankach i gryczankach na rzecz uniwersalnych kanapek z żółtym serem i pomidorem, które były międzypokoleniowym mostem.

Wróciłam do pokoju z talerzem kanapek i dzbankiem wody.

– Powinniśmy coś zjeść – powiedziałam.

Dziad pokiwał głową i sięgnął po kanapkę. Zaczął powoli przeżuwać chleb. To mnie uspokoiło – zostanie nakarmiony i odżywiony, moja wewnętrzna matka nie zniosłaby tego, gdyby chodził głodny.

Powoli przeżuwałam swoją kanapkę, zastanawiając się nad kolejnym krokiem w opiece nad taką osobą.

– Może chciałbyś się umyć? – zapytałam. – Niestety nie mam dla ciebie ubrań na zmianę.

Dziad pokręcił głową. Czyli prysznic odpadał, to niezbyt dobrze, bo czułam, że nie mył się już od jakiegoś czasu, co było zresztą widoczne.

– W takim razie możemy iść pod ósemkę – wygłaszanie prostych komunikatów może pomóc mu zrozumieć, co się z nim dzieje. To pomagało również mnie zrozumieć, co się teraz ze mną dzieje.

Wyszliśmy na korytarz i nacisnęłam przycisk windy. Wtedy dziad zdecydowanie pokręcił głową i zaczął wydawać głośne dźwięki zaprzeczenia. Wyruszyłam więc w stronę schodów, ale dziad stanął na ich szczycie i nie chciał się ruszyć.

Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Przyjął ją i zrobił pierwszy krok na schody w dół.

W ten sposób doszliśmy powoli na drugie piętro, ścisk dłoni po ścisku, krok po kroku.

Pod drzwiami numer osiem znajdowała się wycieraczka z napisem „Czuj duch! Tego domu broni pszczoła”, a obok napisu nadrukowano grafikę pszczoły, która przez strukturę wycieraczki wydawała się bardzo włochata.

Zadzwoniłam dzwonkiem. Za drzwiami słychać było niespokojne szuranie stopami i chwilę ciszy.

Po chwili rozległ się szczęk otwieranego zamka.

Przez otwarte drzwi wychyliła się kobieta, na oko około czterdziestki.

– Dzień dobry, czy nie zgubiła pani tego jegomościa? – wskazałam na dziada.

Oczy kobiety się powiększyły, zlustrowała mężczyznę od góry do dołu.

– Nie, ale miałam kiedyś prawie identycznego jegomościa – wydukała jakby w zachwycie. – Miał na imię Zbigniew, chociaż czasem mówiłam na niego „mój dziadu”.

– W tym przypadku nie wiem, jak ten dziadu ma na imię – wskazałam na dziada. – Zostawiła go policja wczoraj w nocy. Chyba nie wie kim jest i skąd przyszedł.

Kobieta pokiwała głową.

– Nie pomogę pani, ja czekam tylko na Zbigniewa – wygłosiła zdecydowanym tonem, wsunęła się z powrotem do mieszkania i zamknęła drzwi. Słyszałam, jak zamyka je na klucz.

Odwróciłam się do dziada.

– Czyli numer osiem też odpada – stwierdziłam strapiona. Musiałam opracować kolejny krok strategii, ale najpierw wróciliśmy do mojego mieszkania.

– Może napijesz się więcej wody? – zapytałam. Bardzo chciałam zadbać o dziada, im dalej w las, tym większa była ta potrzeba. Moja wewnętrzna matka rosła nieproporcjonalnie do mojego naturalnego wzrostu.

Kolejnym krokiem wydawała się być opieka społeczna. W mojej głowie był to najbardziej opiekuńczy i matczyny krok, jaki mogłam wykonać.

Zadzwoniłam do najbliższego oddziału.

– Dzień dobry, ktoś zgubił dziada. To znaczy mi przypadł, a ktoś zgubił. To znaczy, policja mi go przypadła. W nocy konkretnie.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła chwila ciszy.

– Kim konkretnie jest dziad? – zapytał kobiecy głos.

– Tego nie wiem, on sam chyba nie wie. Nie wie też gdzie mieszka, a ja jestem tylko w kawalerce. Nie mam specjalnie miejsca na dziada – powiedziałam, chociaż czułam, że ostatnie stwierdzenie nie jest do końca prawdą, bo w środku mnie rosła przestrzeń w kształcie dziada.

– Proszę pani, my tu nic nie zrobimy. Wszyscy opiekunowie są dziś zajęci, najbliższy termin na wizytę domową jest za miesiąc. Może pani dziada odstawić do domu opieki na Zeylanda, tam jest poznański punkt przyjmowania dziadów bezimiennych.

To brzmiało jak idealne rozwiązanie dla mnie. Podziękowałam kobiecie po drugiej stronie słuchawki i wyciągnęłam telefon, żeby zamówić przejazd na Zeylanda.

– Pojedziemy na Zeylanda, tam będą w stanie ci pomóc – powiedziałam do dziada, mając nadzieję, że mój ton jest pocieszający.

Wyszliśmy z domu i powtórzyliśmy powolny spacer po schodach, a ja cały czas trzymałam go za rękę, tym razem nieco mocniej. Jego dłoń była sucha i ciepła, jak obietnica komfortu.

Spodziewałam się, że dziad zawaha się przed wejściem do samochodu, ale wsiadł pewnie, jakby to była jego maszyna i władował się na miejsce obok kierowcy. Ponownie skonfundowana zajęłam miejsce z tyłu.

– Do punktu oddawania dziadów na Zeylanda? – zapytał kierowca. Wydawało się, że wszyscy wiedzieli o punkcie oddawania dziadów, tylko ja słyszałam o nim pierwszy raz w życiu.

– Tak – pokiwałam głową.

Jazda nie zajęła dużo czasu. Po kilkunastu minutach wygrzebaliśmy się z samochodu, a ja wystawiłam kierowcy pięć gwiazdek za programowe przewiezienie dziada z przodu pojazdu.

Dziad wyciągnął do mnie rękę i chwyciłam ją.

Dotarliśmy do punktu oddawania dziadów bez problemu.

– Dzień dobry, mam dziada do oddania – powiedziałam do mężczyzny w okienku.

Odłożył gazetę i spojrzał na mnie beznamiętnym wzrokiem.

– Jak nazywa się dziad?

– Nie wiem.

– Demencja – wymruczał pod nosem mężczyzna, zapisując coś w pustym formularzu. To słowo było jak strzał z nieba. Przestrzeń w kształcie dziada wewnątrz mnie urosła. – Ile ma lat?

– Nie mam pojęcia. Policja zostawiła go w moim domu wczoraj w nocy, dziad nie odpowiada na większość pytań, nie wiem, czy nie wpadł w jakąś katatonię.

Mężczyzna odchrząknął i wyszedł zza okienka.

– Proszę przekazać dziada, zajmiemy się nim.

Poczułam w sobie jakiś opór. Wciąż trzymałam dziada za rękę.

– Tak będzie dla ciebie najlepiej – zwróciłam się w stronę dziada.

Dziad tylko patrzył na mnie wzrokiem pełnym oczekiwań.

– Już, już – powiedział pracownik punktu i machnął ręką w swoją stronę.

Wtedy dziad odchrząknął.

– Jerzy – zaskrzeczał.

Poczułam, jak moja wewnętrzna matka podskoczyła z radości. Postanowiłam jej posłuchać.

– Dziękujemy – powiedziałam do pracownika punktu. – Myślę, że tego dziada nie trzeba oddawać – ponownie zwróciłam się do dziada.

Jerzy pokiwał głową. Ścisnęłam jego dłoń i zwróciliśmy się w kierunku powrotnej drogi. Było tylko jedno miejsce, do którego mogliśmy się udać.

Ponownie zamówiłam przejazd, tym razem na Plac Wolności. Dziad – Jerzy – wsiadł do pojazdu jak do siebie.

Kiedy dojechaliśmy na Plac, stoisko ze słuchawkami na silent disco już funkcjonowało. Trzymając dziada za rękę, zamówiłam dwie pary słuchawek. Ostrożnie założyłam jedną z par na głowę dziada, a ten nie protestował, wydawał się być zaciekawiony. Ustawiłam mu ten sam kanał muzyki, który był włączony w moich słuchawkach. Teraz mogliśmy dzielić piosenki.

W słuchawkach rozległ się pulsujący rytm. Mój towarzysz zaczął uginać nogę i tupać stopą w rytm piosenki, po chwili zaczął poruszać biodrami. Moje ciało dołączyło do tańca.

– Jerzy! – wykrzyknął dziad.

– Jerzy! – odkrzyknęłam do niego. Nasze krzyki zagłuszała muzyka słyszana tylko przez nas.

– Jerzy! – zawołał entuzjastycznie, podskakując.

– Jerzy! Jerzy! – odkrzyknęłam co sił w płucach.

Przestrzeń w kształcie dziada wypełniła mnie w całości.

Jola Kikiewicz jest autorką opowiadań, esejów i prozaiczką. Publikowała w „Viridine Literary” i „Eloquentia”. Prywatnie copywriterka i tłumaczka, absolwentka filologii polskiej. Aktualnie pracuje nad powieścią soft sci-fi utrzymaną w założeniach solar punku.

Emilia Mariańska – ilustruje. @_.emiliya_