Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ewa Wyrembska – Lato Anny

Chłopaków zobaczyła w spożywczym. Powiedzieć: zobaczyła, to jak nic nie powiedzieć. Wpadli na siebie z naręczami butelek – ona: sześciopak mineralnej niegazowanej, oni: apa, ipa, porter. Najpierw zdziwił ją bogaty wybór alkoholi w wiejskim sklepiku, zaraz później zlali się w kłębowisko ciał, szkła i chlupoczącego plastiku, a to wszystko w scenerii odrapanych laminatów i nadtłuczonych szyb, zaklejonych plakatami z Żubrem.

– Wy stąd? – zapytała nieśmiało, próbując ukryć włosami płonące policzki. W rękach trzymała ciepłe piwo, oni nałęczowiankę, ślizgali się w gęstym porterze, odruchowo szukając kapselka. Kasjerka ruszyła w ich kierunku z mopem, gromiąc ich spojrzeniem spod krzaczastych brwi. Przy kasie twardniały bułki i chleby, osa wyżerała ser z drożdżówki, a lodówki nie nadążały chłodzić kolejnych dostaw piwa.

– My z miasta, ale mieszkamy przez lato u babki.

Przywitali się przesadnie grzecznie, podali imiona, ścierając gazowane kropelki z jej opalonych nóg na przełamanie lodów, szukając odłamków szkła w paskach sandałków, a skoro nie protestowała, chwycili ją za ręce i chronili przed poślizgnięciem. Parę chwil później całowali się na tylnej kanapie starego nissana.

Dokładnie tak Anna wyobrażała sobie swoje pierwsze dorosłe lato. Jeszcze nigdy się nie całowała. Wplątując ręce w ich włosy zastanawiała się na głos, czemu się nie krępują. My z jednej dzielnicy, a co moje, to i twoje – odpowiedzieli gdzieś spod jej pachy, uśmiechając się do siebie. Ona jedna, skąd wziąć drugą. Pytali, czy ma siostrę i naciskali jej brzuch. Pytali o kuzynkę i kręcili jej loczki. Pytali o przyjaciółkę i wsuwali języki w dołeczki. Gruba kasjerka popalała u wejścia z kpiącą miną, lustrując terenówkę, która blokowała wejście do sklepu. Anna zaczerwieniła się, ale nie było wiadomo, czy bardziej ze wstydu, czy z podniecenia.

Popołudnie spędzili w lesie. Im bliżej byli celu, tym chłopcy stawali się bardziej podekscytowani i nachalni. Mech napinał się z każdym krokiem, ręce smagały ją jak gałęzie drzew, wśród których szli na jagody. Owoce były cierpkie i twarde, słońce nie docierało do niskich zagajów, co się płożyło u ziemi, nie pięło się w górę. Opierali ją o drzewa, przytulali, miała wrażenie bycia  r o z c h w y t y w a n ą. Dziwne i ekscytujące jednocześnie. Uważała się za zupełnie zwyczajną, jedyną zaletą, jaką w sobie zauważała, była szczupłość jej ciała, którą teraz mogła się pochwalić, kiedy stopniowo odsłaniali jej skórę. Stawała się częścią lasu – smukła, wyprostowana, milcząca. Pod ich dotykiem gięła się jak brzoza na wietrze.

Późnym popołudniem przywieźli ją do walącego się domu. Chałupa położona była tuż przy najstarszych drzewach, mur zdawał się wrastać w las. Wychodząc z auta, zatrzymała się w pół kroku, jej stopa jeszcze nie dotknęła zapuszczonego podwórza, instynkt podpowiadał cofnąć się do wnętrza terenówki. Przed oczami zamachała jej wielka czerwona flaga, ale ona zbyła ją machnięciem ręki, a raczej ręka oparta o jej biodro pomogła zdusić nagły impuls: to czerwienią się kiście jarzębin, liście klonu, drobne czereśnie ze starego sadu, to lato w późnym lesie się rumieni, a las by ci krzywdy nie zrobił.

Każdy dom tu tak wygląda, tłumaczyli jeden przez drugiego, od kiedy wieś zalało. Po powodzi o niej zapomnieli. My tu u babki grzecznościowo, za wikt i opierunek opatrujemy dom, rąbiemy drwa, dogrzewamy chałupę, co by wyschła przez lato – paplali, prowadząc ją zarośniętą ścieżką do wnętrza. Nie przyznała się, że stąd pochodzi i wie to wszystko od dziecka, że przez tę powódź się wyprowadziła, jednak teraz była już obca, jej rodzinne strony zdawały się jakimś odległym, mitycznym miejscem z nową, zmienioną historią. Zdecydowanie była tu teraz nowa. Z niepokojem weszła do zacienionej chaty.

* * *

Nie wie, co myśli babka, gdy kładzie się z nimi spać. A może babka już wtedy śpi? Oczy ma zawsze zmrużone, głowę spuszczoną, chustka zasłania szczelnie twarz, a po domu przemyka bezszelestnie jak duch. Obowiązuje niepisana zasada, że babki nie wolno pytać o zdanie; babka jakby nie miała języka w gębie i słów nie potrzebuje. Kiwnie głową, machnie ręką, obróci się bokiem, a oni rąbią drewno, piłują deski, wycinają tyczki do prania. Narzędzia z tartaku są jak przedłużenie ich rąk – radzą sobie z nimi sprawniej niż z jej ciałem. Za dnia piłują, ostrzą, rąbią. Wracają do niej nocą, a jej wydaje się zupełnie naturalną rzeczą, że ich jest dwóch, a ona jedna, a skoro babka nic na to nie mówi, to i ona nie zastanawia się nad swoją moralnością.

Chłopcy mówią, że na podwórzu były kiedyś zwierzęta – wyobraża sobie kaczki, kury i gęsi, które biegały za niskim ogrodzeniem. I że ogród pełen był lwich paszczek i róż, tak mówi babka. Teraz podwórze zarosło mierną trawą, stodoła chyli się złowieszczo przy większym wietrze, a nadto: gliniasta ziemia, kamienie, przywleczone skądś głazy. Wszystko, co pnące, szuka uziemienia, pąki chabrów i maków chylą się nad dawnymi grządkami, czerwone płatki zaścielają liche ścieżki.

Chałupa jest większa niżby się wydawało z zewnątrz. Wszystkie budowane były kiedyś według tego samego projektu, więc Anna liczy pokoje: jeden, drugi, trzeci… Wydawało jej się, że przy spiżarce powinien być jeszcze jeden, ale drzwi są zamknięte na głucho i nawet babka omija je szerokim łukiem. Pod drzwiami zieje dziura, a za dziurą pustka. Czasem wydaje się Annie, że widzi przesuwający się cień. Niekiedy słyszy jęk, kiedy indziej sapanie. Wtedy któryś z chłopców pojawia się obok i bierze ją za rękę, oddalając wątpliwości. Gdy dziewczyna pyta o ten pokój, to jakby się zmówili: kładą palec na jej ustach i szepczą: ciiii. Nie udaje się im zagłuszyć tej obecności, ale nie pisną ani słowa. Z czasem Anna uznaje, że ktoś tam jest, ale nie chce się pokazać. Może druga babka, której nie wystarczy chustka, aby się schować.

Wkrótce Anna nie pamięta już, dlaczego przyjechała, ani ile minęło, odkąd wysunęła stopę z auta. Z  czasem z paznokci stóp odpadł płatami lakier, począwszy od małego palca aż do dużego palucha wszystkie paznokcie stały się niezdrowo pomarańczowe, a z drzew spadły prawie wszystkie liście. Co było czerwone, jest bure i złowieszcze, co było słońcem i latem, jest mgłą nad rzeką. Codziennie piją zioła przygotowane przez milczącą babkę, ipę, portera, a potem wieczór jest intensywny, ciągnie się jak guma, a gdy nie ma siły, bo ich jest dwóch, a ona jedna, to pije szklankami, by było lżej ich w sobie pomieścić. Wszystko staje w miejscu nabrzmiałe jak dojrzałe czereśnie, albo się leje, leje jak z węża, nic pomiędzy.

* * *

Tego ranka babka bez pukania wchodzi do pokoju, w którym śpią. Anna od razu wyczuwa jej obecność. Otwiera oczy i widzi, że kobieta nie ma na głowie chustki. Dziewczyna wyraźnie widzi jej skołtunione, siwe pasma. Patrzy na nią bystro, zupełnie nie jak staruszka, którą dotychczas była, raczej jak napastnik na pochwyconą zdobycz. Oblizuje się i mlaska.

– Już pora – rzuca w przestrzeń, jakby do nikogo, na co z dwóch stron pochwytują ją silne ręce, które dotychczas ją pieściły, teraz są stanowcze i bez słowa sprzeciwu ściągają z niej kołdrę. Ubierają jak lalkę. Całus tu, całus tam, utulić albo raczej: o z n a c z y ć  jej ciało, sprawdzić raz jeszcze miękką, cienką skórę, sprawdzić, jak pachnie, jak zachowuje się pod dotykiem. Anna trochę się śmieje, a trochę niepokoi, to wszystko wygląda bardzo dziwnie. Czy to się dzieje naprawdę, czy tylko jej się śni? Czy to zła wiedźma przyszła po Śnieżkę, czy las się o nią upomniał?

Okryli ją chustą babki, poczuła kwaśny odór niemytego ciała, ale nie zaprotestowała. Robiła, co jej kazali, jak od samego początku, gdy ją przyprowadzili. Zna każdy ich grymas, ulubione miejsca do łaskotania, zapach ich ciała po pracy w tartaku i wiele więcej, tyle chyba wystarczy, by zaufać człowiekowi. Podrzucają ją po drodze jak małe dziecko, raz, dwa, trzy!, na trzy podskakuje jak mała dziewczynka, aż kolejne trzy kończy się lekkim wgłębieniem terenu.

To wilgotne, ciche miejsce, zauważa, gdy ją kładą w zieleni. Widzi jak przez mgłę, trawy miękko otulają jej twarz, pachną pleśnią i skrzypią pod jej ciałem. Wydaje jej się, że zza chłopców wychodzi babka. Rejestruje błysk wyciąganej zza pleców siekiery, tej, która była przedłużeniem ich rąk przez całe lato. Chwilę później widzi czerwone i srebrne, widzi krew, to nie krew, to dorodne czereśnie, jesienne liście, głóg i jarzębina, płyną czerwone strużki i można je wypić jak malinowy sok, a smak mają słony. Gdy pije, oni się uśmiechają, a babka, jednak jest tu z nimi babka, cierpliwie kiwa głową, zdaje się mówić: dobra dziewczynka.

* * *

Z samego rana chłopaki kupują reksie i maczugi. Babka lubi pochrupać do myślenia, a teraz znów ma o czym myśleć. Po południu wracają do sklepu, by przekleić odręcznie wypisane ogłoszenie: „wolne pokoje” z mapą dojazdową. Mapa jest zielono-czarna, tylko drzewa i ziemia, jedyne przełamanie stanowi czerwony krzyżyk oznaczający chałupę. Kasjerka liczy utarg i patrzy na nich spode łba. Nie pyta o dziewczynę. Ani o tę, ani o inne. Woli nie wiedzieć. Babka sekunduje z przedniego fotela, zagryzając ogórkiem kanapkę z mięsem, je także podczas drogi powrotnej. Przygląda się jedzeniu. Lubi odkrawać. Mięso i kości. Udka, piersi. Ręce, nogi. Tłuste i chude. Albo lepiej tylko chude.

Ciągle głodna, je w domu chleb ze smalcem, je mięso ze słoika, wyjada do ostatniej kosteczki mięso z rosołu. Nic nie może się zmarnować. A im więcej je, tym czuje się silniejsza. Gdy chłopcy wchodzą po robocie do chałupy, z zamkniętego od dłuższego czasu pokoju wyłania się potężna postać. Schyla się, aby przejść przez drzwi. Ciiii – szepcze babka chłopcom, w których oczach jest tylko strach. Zostawia ich w chałupie, a sama wychodzi, przekluczając drzwi. Zza drzwi dociera jęk.

Ewa Wyrembska – rocznik 1990. Uczestniczka zajęć warsztatowych pracowni realizowanych w ramach festiwalu TransPort Literacki w Kołobrzegu. W 2024 r. debiutowała książką poetycką Tu był las (Wydawnictwo Fundacja Duży Format), w 2025r. wydana została druga książka poetycka pt. Lodowce (FONT). Nominowana do Nagrody Głównej w konkursie na najlepsze opowiadanie podczas Międzynarodowego Festiwalu Opowiadań, czego efektem jest publikacja opowiadania w antologii pokonkursowej Na wczoraj (2025). Publikowała w „Trytytce”, „Zakładzie”, „Piśmie” oraz „e-Elewatorze”.

Sonia Jaszczyńska – absolwentka filozofii i prawa na UW oraz grafiki na warszawskiej ASP. Koordynatorka projektów kulturalnych i wystaw, pracuje w Muzeum Literatury w Warszawie. Inicjatorka grupy „Matki twórczynie”.