Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Dominik Nawrocki

Dominik Nawrocki – dwa opowiadania

Dzidek

Na piecu płonął słomiany strach na wróble. Dzidek siedział w kącie izby i niewzruszony palił papierosa. Rozkoszował się bijącymi falami gorąca, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy w środku upalnego lata wystawiał swoją chudą, trójkątną twarz na słońce i trwał w bezruchu, przypiekając skórę niczym traszka na kamieniu.

Ogień z wolna ogarniał całe pomieszczenie. W oddali słychać było syreny. Ktoś zawiadomił strażaków, prawdopodobnie sąsiad Marek, który był człowiekiem o wyostrzonym zmyśle obserwacji. Przekopywał sztuczne góry w swym ogrodzie, gdy dostrzegł dym wydobywający się z okien Dzidka. Marek – artysta wizualny, ciągle przy czymś grzebał. Tworzył dniami i nocami, a gdy opuszczało go natchnienie, pił ile wlezie. Miał wówczas w zwyczaju spacerować nocą nago po ogrodzie, by chłonąć energię dostarczaną przez księżyc. Dzidek nieraz obserwował potajemnie ten osobliwy rytuał z okien swojej sypialni, aż pewnego dnia zdecydował się go sfilmować. Zgromadził w ten sposób sporą kolekcję nagrań nagiego sąsiada, które odtwarzał w zaciszu swej chaty, na projektorze zakupionym niedawno przez internet. Któregoś wieczora Marek, wracając ze wsi, dostrzegł projekcję przez okno. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Docenił wrażliwość sąsiada i od tamtej pory częściej się upijał. Jego nocne spacery stały się spektaklem. Zaczął tworzyć awangardowe choreografie, które podsycały chęć Dzidka do filmowania. Rozluźnione alkoholem mięśnie Marka pozwalały na wykonywanie niezwykłych figur. Stanie na rękach ze szpagatem w powietrzu stało się jego popisowym numerem. Pewnej nocy, wiedziony artystycznym instynktem, ruszył nago w stronę rzeki. Droga prowadziła przez podmokłe pastwiska rozciągające się z tyłu domu. Dzidek, podświadomie zachęcony prowokacją, filmował z bezpiecznej odległości spacer sąsiada. Co rusz musiał ukrywać się w leszczynie – pełnia była tej nocy bezlitosna i wszystko widoczne było jak na dłoni. Gdy obaj dotarli w okolice rzeki, Marek niespodziewanie zawołał:

– Nie wstydź się, Dzidku, pokaż się!

Przestraszony Dzidek upuścił kamerę, roztrzaskując ją z hukiem o polny kamień. Nie miał wyjścia, musiał się ujawnić. Zawstydzony wychylił się zza krzaków. Marek, srebrząc się blaskiem księżyca, wyciągnął rękę w przyjaznym geście i zaprosił Dzidka bliżej siebie.
– Mam nadzieję, że nagranie nie uległo zniszczeniu. Szkoda by było. – dodał.
Dzidek milczał speszony. Rozglądał się niepewnie dookoła, bojąc się, że ktoś z wioski ich dostrzeże. Gdy upewnił się, że nie są obserwowani, podszedł do Marka, ukląkł przed nim i spróbował włożyć sobie jego członek do ust. Marek odruchowo odskoczył.
– Dzidku, nie o to mi chodziło. Przepraszam, ja tylko chciałem porozmawiać o naszym wspólnym dziele.

Dzidkowi zrobiło się gorąco, poczerwieniał na twarzy. Jeszcze raz z przerażeniem rozejrzał się dookoła. Na skraju pola kukurydzy dostrzegł dziwną postać majaczącą w cieniu drzewa. Zerwał się na równe nogi i podbiegł do niej. Silnym uderzeniem powalił ją na ziemię i, szarpiąc z całych sił, zaciągnął do swej chaty.

 

Nie Przystoi

Działka, na której mieścił się skromny domek Mieczysława, miała kształt trójkąta. Mieczysław zawodowo kopał groby – był grabarzem. Pewnego razu odwiedził go sąsiad Marian. Stali razem pośrodku działki, spoglądając na punkt, w którym zbiegało się jej ogrodzenie. Marian – w brązowej skórzanej kurtce i spodniach od garnituru – wysunął ręce przed siebie, przymknął oko, przechylił głowę i rzekł: „Ale ci się, Mietek, ta działka zwęża”. Grabarz na te słowa odwrócił się w przeciwną stronę, rozłożył ręce i powiedział, uśmiechając się do siebie: „Jak zwęża? Rozszerza!”. Taki właśnie był. Gdy widział pustą szklankę, cieszył się, że można ją napełnić — najchętniej wódką darowaną przez krewnych nieboszczyka. „Za fatygę” – tak zwykli mówić żałobnicy, wręczając najczęściej litrową butelkę, wypełnioną przejrzystą cieczą, od której bił śmiertelny chłód. Mimo tej słabości grabarz zawsze wykonywał swoją pracę sumiennie i tylko przy użyciu siły własnych rąk. Miał jednak w zwyczaju pogwizdywać przy tym beztrosko melodię skoczną i radosną, może nawet trochę zabawną. Zostało to dostrzeżone. Także to, że podchodził do kwestii śmierci pragmatycznie, ba, nawet cieszył się – czemu trudno się dziwić – z kolejnych zgonów. Był zdania, i mówił o tym głośno, że każda śmierć przyczynia się do zmniejszenia naszego śladu węglowego. Nieboszczyk nie potrzebuje przecież ogrzewania ani nie musi jeździć samochodem. No i to nie on konsumuje, lecz jest konsumowany. Te nieortodoksyjne opinie trafiały do świeżo emerytowanych mieszkańców uroczej wioski, ukrytej pośród sosen pachnących leczniczym syropem. Wyglądało na to, że agenda grabarza im nie odpowiadała, szczególnie podejrzane zainteresowanie ekologią. No a poza tym – „wesoły grabarz”!? To był gruby nietakt. Pojawiły się pierwsze głosy niezadowolenia. Krytyczne opinie dryfowały w spożywczaku wzdłuż półek z majonezem; fruwały pośród włosów u fryzjera; rozlewały się po kontuarze w miejscowej gospodzie. Mdły swąd plotki rozchodził się sukcesywnie i wnikał we wszystkie zakamarki niewielkiej społeczności. „Kto to widział?”, „Jakże to?”, „To nie przystoi” – tak osobliwe argumenty stanowiły koronny dowód winy Mieczysława.

W końcu stężenie niechęci osiągnęło odpowiedni poziom, by zebrała się miejscowa starszyzna i przekonała proboszcza do zwolnienia wesołka. Ksiądz Teofil nie chciał się wdawać w niepotrzebne dyskusje z mieszkańcami; był człowiekiem ugodowym i usłużnym. Martwił się o finanse parafii, której dochody opierały się niemal wyłącznie na datkach od wiernych. To oni stanowili miejscową radę nadzorczą. Duchowny nie zwlekał. Obrywając sobie ukradkiem skórki przy paznokciach, przekazał smutne wieści grabarzowi. Ten, pogodzony z losem, pomyślał z radością o zmniejszonym śladzie węglowym i bez słowa sprzeciwu, w rzęsistym deszczu, ruszył kopać dół na swojej trójkątnej działce.

 

Dominik Nawrocki ’86 absolwent ASP w Warszawie (Sztuka Mediów) i Dziennikarstwa na UJ. Stały współpracownik miesięcznika „PISMO. Magazyn opinii”, gdzie ilustruje artykuły i tworzy okładki. Finalista Literackiego Połowu 2026 Biura Literackiego w kategorii Proza. Współprowadzi berlińską galerię POV, promującą polskich młodych artystów. Członek kolektywu „Umysł Biedaka”.

Dominik Nawrocki ’86 absolwent ASP w Warszawie (Sztuka Mediów) i Dziennikarstwa na UJ. Stały współpracownik miesięcznika „PISMO. Magazyn opinii”, gdzie ilustruje artykuły i tworzy okładki. Finalista Literackiego Połowu 2026 Biura Literackiego w kategorii Proza. Współprowadzi berlińską galerię POV, promującą polskich młodych artystów. Członek kolektywu „Umysł Biedaka”.