Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Akvilė Kavaliauskaitė – opowiadanie (tłum. Dominika Jagiełka)

Wnętrze

Pięciuset Norwegów przez pięć lat obłupywało skały, aż w końcu jeziora połączyły się w stukilometrowy kanał Telemark, przez który przepływają statki turystyczne i handlowe. Lars Madsen wychował się w Lunde, w jednym z miasteczek wzdłuż wody. Mieszkał z rodzicami w budynku, który sto lat wcześniej postawili robotnicy budujący kanał. Wiosną, gdy tylko robi się trochę cieplej, na łąkach zatrzymują się kampery. Ich mieszkańcy wędrują po górach, grillują, łowią ryby i skaczą do jeziora ze stopnia, na który można wejść tylko przez podwórko Madsenów.

Dzieci w kamperach przyjeżdżały i odjeżdżały, a Lars zostawał i pisywał do nich listy przy oknie w swoim pokoju. Gdy z kasztanowców spadną liście, widać stamtąd jezioro, a za nim widnieją góry, które bledną wraz z przyjściem zimy. Zimą w Lunde mało się dzieje, więc niektóre przygody trzeba było stworzyć albo naciągnąć, by opowiedzieć historię, której dałoby się słuchać. Żeby nie zapomnieć swoich kłamstw, a później nie zacząć się w nich plątać, Lars pisał listy przez kalkę. Kopie przechowywał w metalowej puszce po ciastkach. Trzyma ją do dziś.

Lars uważa, że jego wspomnienia są pełne błędów właśnie przez te listy. Przez około dziesięć lat skrupulatnie rejestrował swoje życie, ale wszystko się pomieszało. Niektóre fantazje są tak realne, że mogłyby być prawdą, a w niektóre prawdziwe wydarzenia aż trudno uwierzyć. Na przykład, raz, gdy wieszał na szybie świąteczną girlandę, wybuchła jedna lampka i tak podskoczył ze strachu, że aż wypadł przez otwarte okno. Ocknął się na śniegu pomiędzy dwoma kasztanowcami, poruszył rękami, nogami, głową i zrozumiał, że właściwie nic mu się nie stało, więc wrócił do domu kontynuować pracę.

– Nie zauważyłem, że wyszedłeś, Lars – powiedział ojciec, unosząc wzrok znad gazety.

Gdy Lars wrócił do pokoju, spojrzał w dół. Tam, na śniegu, pomiędzy kasztanowcami, zobaczył siebie, którego już nie ma.

To zdarzenie, choć trudno w to uwierzyć, wydarzyło się naprawdę. Nie tak jak jego dwunaste urodziny, o których pisał aż w kilku listach. Tego wieczoru nie grał na gitarze Stairway to Heaven, bo wciąż nie tylko nie miał gitary, ale i nie umiał na niej grać. Uczęszczać na zajęcia zaczął rok później. Przypomina o tym zeszyt do nut z odpowiednimi datami przy każdym z nowych utworów.

Ludzie wspominani w listach też często nie odpowiadają rzeczywistości. Kolegom i rodzinie Lars przypisuje zbyt wiele dominujących cech. Są bardzo uprzejmi albo zupełnie surowi, tak wysocy, że rozmawiając z nimi, czujesz się zupełnie niezauważony, albo tak albo niscy, że ubierają się na dziale z ubraniami dla dzieci. Tylko Ida Almen. Ona – jedyna osoba uczciwie opisana osoba w listach Larsa. Jest pewien, że niczego nie przekręcił, bo właściwie nie musiał.

Bergen. Lars Madsen siedzi przy stole w swoim gabinecie. Ma czterdzieści cztery lata. Niechlujnie podwinięte rękawy koszuli dodają nonszalancji jego wyglądowi. Dzięki ciemnoniebieskim grubym oprawkom okularów wygląda wiarygodnie, ale nie nudno. Na stole nie ma żadnych prywatnych przedmiotów, ponieważ przestrzeń biurową dzieli na zmianę z kilkoma innymi kolegami. Jedyny ślad umyślnie pozostawiony przez człowieka – oprawiona w ramkę fotografia starego miasta. Lars ściągnął ją od razu, nie chcąc by utożsamiano go z tym dziełem. W miejscu fotografii pozostał ciemniejszy prostokąt oraz gwóźdź. Lars wsunął gwóźdź do kieszeni spodni.

Nagle prostuje się na krześle. Gdyby był tu jeszcze jeden człowiek, wzdrygnąłby się od tak nagłego ruchu. Teraz, gdy Ida Almen lada moment przekroczy próg, Lars przypomina sobie szczegół, o którym nie myślał przez dwadzieścia osiem lat. Dziwne, że akurat teraz przyszło mu to do głowy.

Nikt nie potrafił skupić się tak głęboko jak Ida Almen. Lars pierwszy raz dostrzegł to w szkole. Zainspirowany tematem testu z biologii – droga pokarmowa od ust do odbytu – postanowił w minutę zjeść pięć bułek i w środku lekcji wyjść do toalety, bo właśnie proces trawienia dobiegał końca. Ostatni kęs przełknął w sześćdziesiątej sekundzie. Gdy po zakończeniu występu się pokłonił, rozległy się oklaski. Powoli szedł  w stronę swojej ławki, machając fikcyjnym kapeluszem, co wywołało kolejne owacje. I wtedy zobaczył Idę Almen. Czytała podręcznik i była tak głęboko skupiona, jakby siedziała w klasie sama. Tydzień wcześniej dostała pracę bez żadnego podkreślonego błędu. Lars wiedział, że w domu Ida się nie uczyła – spędziła weekend na festiwalu tańca nowoczesnego w Oslo i pożyczyła komuś książkę. Nie wyobrażał sobie, jak można w takim chaosie nauczyć się całego rozdziału – i to w dziesięć minut. On potrzebował przynajmniej godziny. Był drugim najlepszym uczniem w szkole. Wiadomo, po Idzie Almen.

Jeszcze jedno wspomnienie. Siedzą na moście w Lunde, przekładając nogi przez szczeliny balustrady. Przed nimi widać kanał Telemarku, obstawiony kolorowymi domkami niczym pudełkami. Ida opowiadała artykuł, który rano przeczytała w czasopiśmie. Wtedy Lars po raz pierwszy usłyszał o owieczce Dolly – o „pierwszym żywym, oddychającym klonie dorosłego ssaka – eksplozji naukowej tak ważnej jak bomba atomowa czy lot na Księżyc”. Powiedział, że może kiedyś, kiedy będzie miał czterdziestkę, będzie mógł wysłać swojemu klonowi piwo. Czekał, aż Ida się roześmieje, ale ona tylko zmrużyła oczy – tak miała w zwyczaju robić, gdy chciała sformułować myśl.

–  Niektórzy sądzą, że człowiek nie powinien stawiać się w roli Boga. Zachowujemy się jak twórcy, choć jesteśmy tylko tworami.

Jeśli chodzi o urodę, Ida nie wyróżniała się niczym szczególnym. Kiedy Lars wysłał jej zdjęcie korespondencyjnemu koledze, ten w odpowiedzi na list, nie napisał nic na temat jej wyglądu. Wysoka, zbyt szczupła piegowata blondynka – stereotypowa dziewczyna ze Skandynawii. Kiedy Lars wrócił do domu, na stole znalazł gazetę z owcą na okładce. Czytając, słyszał jej głos. Trudno to dokładnie wytłumaczyć. Żałował, że nie ma nagranej jej opowieści, by porównać jej historię z artykułem i dokładnie przeanalizować podobieństwa i różnice.

I jeszcze jedno. Choć nigdy wcześniej nie miała w ręce instrumentu strunowego, w tydzień nauczyła się grać na gitarze Stairway to Heaven. Wyszła od Larsa z jego gitarą akustyczną na plecach, a gdy wróciła, zagrała wszystko od początku do końca bez żadnej przerwy. Lars chciał ją wycałować i uderzyć w tym samym momencie. Ida otworzyła dłonie, pokazując ranki pozostawione przez struny. Lars spuścił wzrok, jakby chciał ukryć zadowolenie. Podobało mu się, że przynajmniej ta jedna umiejętność wymagała od niej bólu.

Gdy pierwszy raz kochał się z Idą – a stało się to w jego pokoju, na poddaszu z widokiem na jezioro – było południe. W soboty jego rodzice pracowali w swoim sklepie z narzędziami, żeby sprzedawcy mieli wolne. Lars nie ukrywał przed Idą, że wszystko zaplanował z wyprzedzeniem. Któregoś popołudnia, po drodze ze szkoły, powiedział wprost, że chciałby się z nią kochać, i zapytał, czy zgodziłaby się na sobotnie popołudnie, kiedy jego rodzice będą w pracy, w sklepie. Zgodziła się. Jakiś czas później — może dopiero po roku — w końcu odważył się opowiedzieć o tym kolegom. Zdziwili się, że na swój pierwszy raz Lars wybrał dzień. Dzień, który okazał się wyborem dość niezwykłym, a nawet ryzykownym — czymś, o czym wcześniej w ogóle nie pomyślał.

I właśnie teraz, po kolejnych dwudziestu siedmiu latach, przypomniał sobie dziwny szczegół. A dokładniej — dlaczego z tak ważnego dla każdego mężczyzny momentu w życiu nie pamięta niemal nic więcej. Nie zauważył tego, o co zazwyczaj pytają inni chłopcy, bo przez cały czas patrzył na czoło Idy Almen. Jej ciało nie interesowało go ani wtedy, ani później, za żadnym razem. Chciał widzieć jej połączenia mózgowe, neurony i hormony — wszystko to, co składa się na ten niesamowity umysł. Oboje dorastali w tym samym miasteczku nad kanałem Telemarku. Rodzice obojga byli drobnymi przedsiębiorcami. Nie zauważył, by jej matka wyróżniała się jakimiś szczególnymi zdolnościami, a jego ojciec naprawdę nie miał więcej oleju w głowie niż Ove Almen. Z Idą chodzili do tego samego przedszkola, do tej samej szkoły, do tej samej klasy. Jak, do diabła, ona się im tak udała?

Lars wie, jak Ida Almen dzisiaj wygląda. Widział w internecie, że prowadzi grupę tańca współczesnego w Oslo. Tak samo wysoka i szczupła. Filmiki pokazują ogólny plan, układy choreograficzne, ale niewiele można powiedzieć o tancerzach i ich osobowościach. Sama Ida nie wrzuciła ani jednego zdjęcia, wszędzie jest oznaczana przez innych. Nie wygląda, jakby miała rodzinę albo w ogóle była z kimkolwiek w relacji bliższej niż koleżeńska. Zawsze ubrana w czarne nowoczesne stroje baletowe albo w pokazowe, szyte na miarę kostiumy, z makijażem podkreślającym to samo dramatyczne spojrzenie – ciężko ocenić, jak czas obszedł się z tą twarzą. Oschłe wywiady, w których analizowane są konstrukty w sztuce, afisze spektakli, programy naukowe akademii i nic więcej – nic, co pomogłoby zrozumieć, jak ona żyje: czy wieczorami wychodzi napić się na miasto, czy czuje się szczęśliwa, czy ma dzieci. Lars wie jedynie, że ją boli.

Lars wyciął artykuł o owieczce Dolly i wrzucił do skrzyneczki z listami. Dotąd myślał, że to ten tekst zaważył na tym, że postanowił studiować dziennikarstwo. Lars pragnął wślizgnąć się do głów naukowców, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie, którego nawet nie udało mu się precyzyjnie sformułować. Specjalne pęknięcie, które pozwala innym klonować owce, a w przyszłości – ludzi. Błąd odpowiedzialny na różnice. Interesowały go takie fenomeny, jak na przykład historie bliźniaków, z których jeden brat staje się właścicielem drukarni, a drugi śpi pod mostem na broszurach wydrukowanych przez tego pierwszego. Albo siedmiolatkowie z Chin, którzy bezbłędnie grają na fortepianie Rachmaninową. No i jeszcze, co dzieje się w głowie Idy Alemen.

Gdy na moście w Lunde Ida powiedziała, że będzie studiować choreografię, Lars tak się wściekł, że jego ręce napełniły się siłą i ją popchnął. Barierki chroniły przed upadkiem do kanału, ale i tak się wystraszyła. Podskoczył, poczerwieniał. Patrzyła na niego spod przymrużonych powiek, ale i tak nie sformułowała tego, co chciała powiedzieć. Lars nijak nie potrafił zrozumieć, jak człowiek z tak wspaniałym umysłem może chcieć używać w swoim życiu tylko ciała.

– Gdy tańczę, czuję się szczęśliwa bez powodu.

– Szczęśliwi bez powodu bywają tylko dzieci i psy – odpowiedział cytatem z książki, której nie pamiętał ani autora, ani tytułu. Nawet nie pamiętał, czy to był dokładny cytat, a może nawet nie cytat, a jego własna myśl.

Jesienią Ida wyjechała do Oslo. Lars – do Bergen. Obiecywali, że będą do siebie pisać. W akademiku pisze wiersze do Idy Almen – tak to sobie siebie wyobrażał, ale nigdy tego nie zrobił. Gdy na imprezie integracyjnej dla studentów ktoś go zapytał, czy ma dziewczynę, odpowiedział, że nie. W tamtym czasie sam nie rozumiał, dlaczego tak się zachował. Dziś to rozumie. W Bergen w końcu poczuł, że wysiadł z niewygodnego autobusu, którym jechał całe osiemnaście lat.

Gdy spotykali się w Lunde, robili to samo, co za czasów szkolnych. Butelka wina na moście, kąpiel w jeziorze, wieczory w towarzystwie nowo przyjezdnych. Ida wszędzie chodziła w słuchawkach, słuchając swojej muzyki do tańca – współczesnych interpretacji klasyki czy nowoczesnego jazzu, którego każdy akcent znała na pamięć. W weekendowe popołudnia kochali się w pokoju z jego dzieciństwa. Lars pamięta tylko czoło i potylicę Idy. Trwało to rok, aż rodzice Idy otworzyli w Oslo sklep dla wędkarzy i postanowili się przeprowadzić. Później już nigdy nie napisali do siebie, żadne też nie zadzwoniło do drugiego. Lars długo o tym myślał. Sam dziwił się, dlaczego nie ma ochoty o nic zapytać Idy, ani pochwalić się, jak wspaniale mu się żyje bez niej.

Na e-maila od Idy nie odpowiedział przez cztery dni. Czytał go i czytał, próbował dostrzec w tekście coś więcej, niż było napisane. Teraz sądzi, że to niedobrze. Może trzeba było od razu spotkać się w kawiarni albo gdziekolwiek na mieście. Wiadomo, jak to się mówi, warunki były niesprzyjające. Bergen – najbardziej deszczowe miasto na świecie, tu zawsze pada. A biuro, choć słoneczne, to bardzo małe. Jak ona tu przyjdzie, nie będzie wiadomo gdzie oczy podziać. Lars włożył gwóźdź z powrotem w dziurkę, aby znów powiesić fotografię. Rozległo się pukanie.

Lars był jednym z najlepszych studentów dziennikarstwa. Ma do pisania lekką rękę. Jego najwcześniejsze artykuły i wywiady nie wyglądały studencko. W tematach zawsze odnajdował osobliwą perspektywę, potrafił coś napisać, nawet gdy inni sądzili, że się nie da. Rozmówcy mówili Larsowi więcej, niż innym. Gdy po studiach zatrudnił się w telewizji lifestylowej, w końcu miał okazję codziennie badać wir myśli obcych ludzi. Nawet z tych nieciekawych wywiadów potrafił wyciągnąć coś zaskakującego. Sławny solista operowy, opowiada o karierze i przyznaje, że przez długie lata był niewierny swojej żonie. Matka mordercy ujawnia, że razem z synem planowała zbrodnię. Mer Bergen oświadcza, że ma nowotwór w ostatnim stadium.

Gdy Lars miał trzydzieści kilka lat, zapragnął nie tylko wślizgiwać się w istotę człowieka, ale także trochę ją modyfikować według metod, które sam wymyślił. Swojemu rozmówcy wkładał do głowy słowa, które pasowały do jego historii. Na przykład, gdy rozmawiał z właścicielem gospodarstwa, w miejscu „uśpienia” czy „uśmiercenia” zawsze używał słowa „zabijać”. W końcu rolnik zaprowadził go do komory gazowej i powiedział tak:

– No, tu właśnie zabijamy.

Rolnik nie był głupi, toteż Lars po cichu był dumny z efektu swojej pracy. Ale to nie wystarczyło. Pragnął sięgnąć głębiej. Do wewnątrz. Wiele osób uznało to za żart, ale w wieku trzydziestu pięciu lat Lars zaczął studiować medycynę.

– Wiecie, dziennikarze włamują się do dusz ludzi. Ale ja przedarłem się do tego stopnia, że jestem dosłownie w ich ciałach – powiedział, gdy sam udzielał wywiadu portalowi internetowemu Bergen. – Wiecie, co jest najtrudniejsze? Dziennikarze codziennie wszystko rozdmuchują i tworzą dramaty. Moim zadaniem jest te dramaty eliminować. Gdy pracowałem w telewizji, zwykłem nazywać raka podstępną śmiertelną chorobą. Narośl wielkości kamienia w czyimś brzuchu? Odkąd stałem się lekarzem, to dla mnie tylko „zaburzenia funkcjonowania, które mamy nadzieję zlikwidować poprzez pomyślnie przeprowadzoną operację”. Wiecie, wciąż jestem dziennikarzem i mam czterdzieści pięć lat. Gdy operuję przy znieczuleniu miejscowym, lubię zagadać pacjenta – taki został mi zwyczaj. Raz przed operacją zapytałem pacjentki, czy się nie boi. Odpowiedziała, że ani trochę, bo jestem doświadczonym lekarzem i dlatego jest całkowicie spokojna. To była pierwsza operacja, którą przeprowadziłem bez niczyjej pomocy. Wychodzi na to, że okulary i łysina przydają mi więcej doświadczenia, niż tysiące operacji serca.

Po tym wywiadzie Lars dostał od Idy list z prośbą o przeprowadzenie operacji rekonstrukcji więzadeł krzyżowych. Właściwie tylko tyle było tam napisane. Że długo się nie widzieli, a ona nadal ufa mu jak nikomu innemu.

Lars z powrotem wrzuca gwóźdź do kieszeni. Z jednej strony ma ochotę zerknąć w lustro, ale w sumie… Już chwyta za klamkę, ale się rozmyśla. Wraca do stołu, rozsiada się w fotelu, podwija rękawy i woła, że można wejść. Ida Almen staje w drzwiach ubrana w strój zupełnie niepasujący do jej wieku. Jeansy z wysokim stanem, krótka bluzeczka w motyw z bajek Walta Disneya. Twarz bez żadnego makijażu, zapadła, ale wciąż wystarczająco młoda. Nie dałby jej więcej niż czterdzieści lat. Przytula ją. Na początku delikatnie, potem ściska mocniej. Stara się nie okazywać zbyt wiele emocji, żeby spotkanie nie wyglądało jak niesmaczna drama, jedna z tych pokazywanych w telewizji. Z drugiej strony sam nie rozumie, co właściwie czuje. Tak jak to zazwyczaj bywa w podobnych chwilach, dopiero po czasie do człowieka dochodzi, co to oznaczało.

W jednym momencie Lars staje się niekompetentny w obszarach, na których zna się najlepiej. Zadał ludziom tysiące pytań obnażających duszę, a teraz nie potrafi nawet sformułować zdania. Przebywał w ciałach tysięcy ludzi, a teraz jest jak sparaliżowany. Ona mówi, że on się zmienił. On – że ona się nie zmieniła. Ida kładzie na stole zdjęcie rentgenowskie. Lars podchodzi do okna, żeby lepiej się przyjrzeć.

– Naprawdę jest wielu chirurgów, którzy są bardziej doświadczeni ode mnie.

– Ale nie ma ani jednego, który tak dobrze by rozumiał, do czego jest mi potrzebna ta noga.

– Żaden chirurg nie powie, że nie potrzebujesz nogi.

– Może i tak. Może nie powinnam była do ciebie pisać. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Może po prostu chciałam cię zobaczyć.

– Masz rodzinę?

– Nie. A Ty?

– Miałem.

Ida postanowiła zjeść kolację w hotelowej restauracji. Przed tym chciała się zdrzemnąć i przebrać – lot o siódmej rano dla człowieka sztuki to dość wcześnie. Prowadząc samochód, Lars myśli, że jej tak naprawdę nie jest jej potrzebna noga. Gdyby nie ciało, osiągnęłaby w życiu niesamowite rzeczy. Teraz wszystko, co miała, znikło w środku Idy, zamiast wyjść na zewnątrz. Wciąż postrzega Idę jako średnią tancerkę, a choreografia, którą oglądał na nagraniu, wydawała się nieoryginalna i monotonna. Dla niego przewidziane było bycie drugim, a ona wszystko pomieszała wystąpiła przeciw naturze. To jeszcze można naprawić. Jeden mały błąd podczas operacji i wszystko zacznie się od początku. Mógłby to zrobić. Mógłby nie wykonać porządnej pracy i popełnić chwalebny błąd, by życie Idy w końcu poszło odpowiednim torem.

Lars nie czuje się głodny. Zamówia sobie tylko kieliszek wina i czarną kawę. Wino pomoże się zrelaksować, a kawa nie pozwoli zasnąć. Ida – teraz ma na sobie czarny golf – prosi kelnera o lazanię i butelkę pszenicznego piwa. Kelner przeprasza, nie ma tego piwa. Ona wymienia inną nazwę. Raz spojrzała na menu i już zna je na pamięć.

– Pewnie nie zrobi to na tobie wrażenia, ale trzydziestopięciolakowi dość trudno przychodzi nauka wszystkich kości, a jeszcze trudniejsze jest picie wina z o połowę od siebie młodszymi studentami. Oni byli prawie w wieku mojego syna.

Ida uśmiecha się. Zmarszczki dookoła oczu, lwia bruzda nad piegowatym nosem, pożółkłe zęby, kości barkowe rysujące się pod golfem – to wszystko przypomina mu, jak długo się nie widzieli.

– Pamiętam Twoje urodziny, wydaje mi się, że dwunaste. Grałeś Stairway to Heaven. Było miło.

– Jesteś pewna, że dwunaste? Mnie się wydaje, że zacząłem grać na gitarze rok później.

Ida mruży oczy.

– Na pewno dwunaste. Masz wątpliwości, czy dobrze pamiętam?

Po kolacji idą do jej pokoju. Stamtąd Lars nie pamięta niczego poza jej potylicą.

 


Opowiadanie pochodzi z książki: Kūnai/ Ciała

Akvilė Kavaliauskaitė – litewska dziennikarka, pisarka, scenarzystka i wykładowczyni kreatywnego pisania. Zadebiutowała w 2015 roku powieścią Dwa życia podczas jednego lata, która natychmiast trafiła na listy bestsellerów. Pięć lat później opublikowała zbiór opowiadań Ciała, nagrodzony tytułem Książki Roku 2020 w kategorii literatury dla dorosłych. Tom znalazł się także w finale plebiscytu na najlepszą książkę roku portalu 15min.lt oraz w dwunastce najbardziej kreatywnych książek roku. W 2024 roku wydała kolejną książkę – Uczucia. Jej teksty były tłumaczone na język angielski, polski, słoweński i hebrajski. Obecnie pracuje jako attaché kultury Litwy w Nowym Jorku.

Dominika Jagiełka urodziła się w Stargardzie w 1995 roku.
Absolwentka filologii bałtyckiej na Uniwersytecie Warszawskim, stypendystka Uniwersytetu Wileńskiego (dwukrotna) i LCC International University w Kłajpedzie. Uczestniczka projektów literackich i seminariów translatorskich takich jak m.in Sejmik Literacki czy warsztaty organizowane przez Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury. Rezydentka Kolegium Europy Wschodniej. Specjalizuje się w tłumaczeniu literackim z języka litewskiego. Przekładała na język polski wiersze i prozę takich autorów jak: Gintaras Bleizgys, Ona Jautakė, Akvilė Kavaliauskaitė, Aistis Žekevičius, Indrė Valantinaitė, Sara Poisson, Laima Kreivytė. Publikowała w czasopismach Fabularia i Tekstualia. Tłumaczenia
jej autorstwa znalazły się także w zbiorze „Pauzy w milczeniu. Wybór współczesnej poezji litewskiej” (Pogranicze, 2023). Przetłumaczyła tomik poezji Ievy Toleikytė „Czerwony śliski pałac” (Biuro Literackie, 2024). Aktualnie – finalistka konkursu Europejski Poeta Wolności za tłumaczenie poezji Laimy Keivytė. Wyłonienie zwycięzców nastąpi w drugiej części 2025 roku. Zawodowo związana z marketingiem i pracą w nowych mediach. Obecnie mieszka w Warszawie.

Sandra Sołtyszewska @solteska