Agata Szulc-Woźniak – Mydło marsylskie
Były sobie dwie siostry. Starsza brała rzeczy do siebie, a młodsza od siebie. Starsza przyjmowała wszystko z jednakim bolesnym zapałem: dres z bazaru, co kupiła go przed laty dla nieboszczyka ojca, a teraz przerobiła na czapkę, albo opryszczkę u kota, albo że do matki list przyszedł niepodpisany i bez znaczka. To wszystko gryzła dokładnie i żuła z namysłem, to właśnie przepuszczała przez układy – pokarmowy, krwionośny, oddechowy – niebaczna na ich wydolność i przepustowość. Zgrzytało więc w niej, bulgotało cały czas jak w starej instalacji wodno-kanalizacyjnej. A jak wydalała, to z głębokim jękiem, tak że wszyscy wiedzieli dookoła, że wydalić próbuje, a nie może. Błonnik nie pomagał ani jogurt, ani prośby-groźby, dopiero specjalistyczne leki apteczne, które przynosiła jej druga siostra.
A właśnie ta druga siostra inaczej. Nic do siebie wziąć nie brała, odrzucała, co kto podał, jak piłkę w grze w dwa ognie, jakby myślała, że rzecz właśnie w tym, aby rzeczy trwonić i oddawać, i nie trzymać nic wtedy, kiedy cię złapią za rękę. Gdyby prała brudne pieniądze, to efekty miałaby może i dobre, ale o to nie chodziło i efektów innych oczekiwano. A tak było z nią od lat najwcześniejszych. A za mamusię krupniczek, a za tatusia? – nie i nie, i zaciskała usta, i odsuwała łyżeczkę. Młodsza nie brała w siebie, bo – o tym nikt nie wiedział, nawet matka, choć ciało jej dała z własnego ciała – wnętrze miała gładkie i nieprzepuszczalne jak żelbet, a przy tym mocno różowe i zbite, i nic tam, nic po prostu się nie mieściło, a choćby wejść próbowało, odskakiwało zaraz z krzykiem, odbijało się jakby od napiętej membrany. Brak tej siostrze było kanałów w środku, przewodów czy też rur i tych wszystkich drobnych ścieżek, którymi rzeczy – już rozdrobnione – można by po ciele pędzić z jednej na drugą stronę. Uśmiech miała nieobecny, a ulicą szła zawsze tak już wymijająco, że nie można się było napatrzyć i choćby w ostatniej chwili ktoś przed nią wyrósł, to go obchodziła zręcznie, jak gdyby nigdy nie istniał. Ludzie w oknach wystawali, żeby siostrę oglądać, a mówili przy tym w podziwie: „Patrz no tylko. Patrz, to ta młodsza. Ale idzie”. Starsza szła inaczej, nieustępliwie, a drżąco, gubiąc buty i łamiąc palce. Wchodziła w każdy jeden słup czy śmietnik na drodze, potykała się i padała, i powstawała, i szła jak w amoku. Ale ludzie też patrzyli, bo lubili tę odmienność sióstr kontemplować, zwłaszcza przez okno: „Patrz no tylko. Teraz starsza, ale w niej skacze, ale buzuje”.
Nikt nie wiedział, dlaczego te siostry takie różne w środku, bo z zewnątrz to bardzo podobne: oczy śliwkowe, brwi modnie wyżelowane, nosy wydłużone na końcach. I mogły się podobać, nie ma co. I podobały się niektórym, ale mało kto wiedział, jak do tych sióstr w ogóle podejść, jak do środka się dostać tak, żeby wejść można i żeby nie bolało.
*
Matka rozumiała, że łatwo nie będzie, więc kiedy nadszedł dla sióstr czas zamążpójścia, udała się w podróż, jak jej radzono w sąsiedztwie: Tu, kobieto, nie znajdziesz mężów dla swoich córek, tu ludzie prości i nierozumni, a tylko patrzą, jak waszą biedę wykorzystać. W podróż matka wzięła tobołek i zapakowała do niego dwie tylko rzeczy. Jedną – mydło rumiankowe do pielęgnacji ciał wrażliwych i delikatnych, a przy tym skłonnych do przetłuszczania się i nadmiernego wysychania. Drugą rzeczą w tobołku było mydło marsylskie uniwersalne do wszystkich powierzchni, litr, hurt.
Wędrowała kobieta długo, a przysiadała tylko czasem na kamieniach przy rozstajnych drogach, by westchnąć nad losem nieszczęsnych córek i dawała do powąchania te mydła każdemu, bo wiedziała, że jak kto powącha i mu przypasuje, to siostrę za żonę chętnie weźmie.
Po mydle rumiankowym odgadywał każdy niezawodnie zapach niewieściej skrupulatności – nakładanie żelów chłodzących na zagojone rany i czapeczek na zgrzane główki niemowląt. I rozmarzali się, wąchając, starsi i młodsi, i oczy mgłą wzruszenia im zachodziły. Ale matka mydło im odbierała i szła dalej, a czasem nawet musiała biec, bo ją gonili, oczadzeni obietnicą w mydlanych oparach się unoszącą. Szukała bowiem nie takiego, co roztopi się i spłynie ściekiem, a takiego do szczęścia i do nieszczęścia.
A zdarzyło się raz, że kobieta zawędrowała do chaty, gdzie mieszkało dwunastu braci. I jak każdy po kolei bełkotał i mgłą zachodził, tak najmłodszy brat wziąwszy powąchawszy nakrętkę, werdykt wydał stanowczy: „Oj, ta wysrać się nie może”. Matka na te słowa aż zarumieniła się z radości i młodszego brata obejrzała od stóp do głów. Był to młodzian rosły i potężny, rozmiarem obojętność niejako deklarujący i zdrowy opór wobec czczych rozrzewnień. Wszystkie części ciała zdawały się u niego sklejone mocno – głowa osadzona na grubej szyi, palce przytwierdzone do potężnej jak łopata dłoni, żadnych widocznych zwichnięć, urazów i luzu w stawach, brzuch napięty i okrągły; nic, co można by odczepić i łatwo wziąć do siebie, nic, co rozdrobnić by można i na czworo małym nożykiem dziabać.
Poprosiła więc matka najmłodszego na stronę i zachęcać go poczęła do ożenku. Śmiał się młodzian tubalnie, no bo co też, nowoczesność, UFO też czasem ląduje, jak się okazuje z odtajnionych dokumentów, a tu takie swaty, może jeszcze napar miłosny mu podadzą, ale że podejrzliwy nie był i przyjmował, co go spotkało bez awantur, do narzeczonej zaprowadzić się pozwolił.
*
Starsza siostra przyjęła chłopca z błyskiem w oku i nie stawiając warunków wstępnych, od początku wziąć w siebie próbowała. A nagabywała, a pieściła, a dopytywała, a umizgiwała się, a rozdrapywała drobne otarcia na jego łokciu. W oczy zaglądała mu czujnie i w zęby, a nawet do uszu za pomocą wziernika. Łapała to za rękę, to za nos, to za przyrodzenie, to za włochaty palec u nogi. Szukała siostra jakiejś szczeliny, bo za duży był, żeby w całości go przełknąć. Ale chłop był na schwał, młody, sążnisty i jednorodny, i nawet to oglądanie, od którego inny rozpadłby się na kawałki, nic mu nie szkodziło. Próby i zabiegi od siostry przyjmował z jakimś rozleniwieniem, jak bzyczenie uporczywej muchy w sierpniowe popołudnie, gdy na ogniu dochodzi już mięso i zaraz do stołu podadzą. Co go do dziewczyny przekonało, tego nie wyjawił – zresztą nikt nie pytał.
Ślub był pospieszny i w biegu, a przy pierwszym tańcu starsza siostra miała zadyszkę i pluła jeszcze niestrawionymi pokrowcami na krzesła, co miały być gładkie, a przyjechały z haftem. Młodzieniec tak ją jednak w tańcu przyciskał i ugniatał, że wycisnął z nowo poślubionej żony, co tego dnia zdążyła wziąć do siebie, a była to, oprócz pokrowców, kąśliwa uwaga o jej włosach, przekazana wymownym spojrzeniem ciotki babki od strony nieboszczyka ojca.
Bawiono się do rana, orkiestra przygrywała do hulanek, a jedenastu braci pana młodego spoglądało jedenastoma parami łakomych oczu na młodszą siostrę. Ta wywijała ramionami niby to w zabawie, ale tak się jakoś działo, że przypadkiem wszystkich dookoła tańczących raz po raz, równo i sprawiedliwie dzieliła po pyskach, żeby miejsce mieć wolne. I choć dostać po pysku nie było przyjemnie, przez całą noc z grzeczności nikt nie poruszył drażliwej kwestii – że to dla rumiankowego mydła jest zabawa. Że uniwersalne nikogo do młodszej siostry nie przywiodło.
Jedna matka tylko o niepowodzeniu marsylskiego mydła pamiętała i lewym okiem na szczęście starszej córki łypiąc, z prawego łez nie nadążała wycierać.
*
Kiedy starsza siostra małżeńskiego szczęścia próbowała, młodsza zwyczajnym życiem żyła. Chodziła po matczynym gospodarstwie wespół z kurami i drobnym inwentarzem, nauki kończyła, a kiedy pracę jakąś jej dali, to pracowała dość uczciwie. Matka zaś, za cel obrawszy zamążwydanie dziewczyny, jak kurs statku na niepewnym morzu (taką podstępną wodą samo życie jej się jawiło), z raz ustalonego kierunku rezygnować nie chciała. Nie ustawała więc w próbach rozpuszczenia córczynych wnętrzności i nie dość, że za plecami jej chytrze listy wysyłała (a śliniła kopertę z półuśmiechem tak wymownym, że niejednemu włos na głowie mógł się jeżyć), to jeszcze potajemnie dolewała jej do krupniku a to kwasu octowego, a to winnego, a to obu naraz. Nic dziwnego, że młodsza niestrawności się nabawiła i z toalety często wyjść nie mogła. A matka, podsłuchując ją pod drzwiami, zacierała ręce.
I stopniowo, czy to od kwasów matki, czy to z wiekiem, który kruszy w człowieku rzeczy najbardziej stałe i niewzruszone, w dziewczynie rzeczywiście coś zaczęło się zmieniać. Czy były to jednak zmiany, których by oczekiwano, to nie można powiedzieć. Nocami wychodziła na podwórze, chwilę nasłuchiwała nie wiedzieć czego, a potem, jakby na sekretny sygnał, przełaziła przez płot i szła, chwiejąc się, aż do lasu między domem matki i siostry. Tam rozbierała się, koszulę nocną składała i właziła na stary buk. Kaleczyła przy tym palce, łokcie i kolana, ale wszystko to w milczeniu znosiła, aż usiadła na grubej gałęzi przy wierzchołku. Siedząc nago i płosząc nocne ptaki, do wydawania dźwięków się zabierała. Wypuszczała z siebie coś pomiędzy zawodzeniem a żałobnym śpiewem, a odgłos był to jękliwy, powolny i narastający, w żadne słowa nie ubrany. Czy brzmiała tam skarga na los, czy opowieść jakaś diabelska, długo o tym później dyskutowano i nikt nie wiedział.
Nie trzeba było czekać, żeby ludzie zaczęli gadać. Chłopcy od sołtysa, którzy jeden za drugim wracali nocą przez las, usłyszeli hałasy i obłąkanej ptaszycy śmiertelnie się zlękli. Zaraz też zaalarmowali całą okolicę. Niektórzy się zaśmiewali i pukali w czoło, inni buk z daleka obchodzili, a jeszcze inni młodszej siostrze dobrze radzili, żeby opamiętała się, zaprzestała i od dziwactw wszelkich serce odwróciła. Pamięć ojca przy tym przywoływali, bo użyteczną im się zdawała, jak nigdy wcześniej i przed oczy jej rzucali. Ale ojciec nieboszczyk, jak obraz ulotny, chwilę tylko przed nosem dziewczyny igrał i zaraz w dzikim pląsie umykał.
A wydawało się tym prostym ludziom, że to brak starszej siostry młodsza śpiewa. Że to tęsknota za ukochaną o brwiach modnych, z którą w matczynym domu wspólnie dnie przepędzały, wsparciem sobie będąc i na smutek lekarstwem. „Im bardziej starsza, tym mniej młodsza”, powiadali. „Zawsze razem i wobec siebie, jak słońce i księżyc. Więc skoro zabrakło starszej, to młodsza na drzewo”.
Mówiły tak ludziska i przychodziły nocą pod buk, białe ciało na ciemnym niebie oglądać i w jego dźwięki tajemne się wsłuchiwać. Nie brała siostra do siebie tego gadania i patrzenia, jakby wiatrem były, co potarga ją tylko i zaraz leci dalej. Nie zaprzestała więc nocnych wędrówek także jesienią, choć ciągnęło już tak, że na gałęzi niełatwo było się utrzymać i siedzenie jej marzło. Nie nadążała wręcz kupować rozgrzewających maści i trwoniła matki oszczędności. Ale matka hojnie na leki apteczne przyzwalała i obserwowała tylko córczyne wycieczki przez okno. „Wreszcie coś z dziewczyny wychodzić zaczęło”, notowała w listach. „Nie wiadomo jeszcze – pies czy bies – ale znak to nieomylny, że jakaś możność w niej rośnie, że miejsce sobie znajduje”.
*
Kiedy młodsza siostra od śpiewów na drzewie głos traciła, starsza w życiu małżeńskim potykać się zaczęła. Skoro bowiem chłopa zgryźć nie mogła i zębów czymś pożywnym zająć, skoro matczynej opieki od niebezpieczeństw ją chroniącej nie zaznawała, brała w siebie, co popadło: a to zastawę stołową po babci, co przypaść miała kuzynce, a to dziurawe ręczniki, a to męża marudzenie na zimną kawę, a to śmiech jego bezrozumny, a to chleb, a to miód, a to inne jeszcze rzeczy. I tak ciało jej w końcu buntować się zaczęło i gromadzić w sobie uparcie wszystko, co do niego włożyła i co samo z siebie wyjść nie chciało. Brzuch jej wypełniały rzeczy różnych kształtów, a siostra coraz to inny obraz przyjmowała: raz kanciasty od nogi od krzesła, raz obły od misek z drugiej ręki, raz fikuśniejszy jeszcze, z uchem fajansowego kubka, co wyrastał jej spod żebra. I nie było starszej łatwo, o nie, kiedy sama nie wiedziała już, gdzie się zaczyna, a gdzie się kończy, co w sobie karmić, a co głodzić.
Najgorsze jednak, że w do siebie braniu i przetrzymywaniu spraw wbrew ich woli upatrywać zaczęła konieczności świętej i sensu. Co dziewczęcą płochością i drżeniem w niej było, odparte zostało miotłą i ściery wyżęciem przypieczętowane. Mina starszej nabrała nowego wyrazu – cienkie brwi podjechały w górę, a w uśmiechu, starannie z radości obranego, łysego jak pomidor bez skórki, błyskać zaczęły ni to znajomość życia, ni to święta powaga niewieściego znoju.
Chłop przybór żony brał ze spokojem z rozmiarów swoich płynącym, a trafnie przez teściową przewidzianym. Półki w chacie zamontował, by tam poustawiała rzeczy, co wrzucała je na razie w głębie swe nieprzeniknione, a własne skaleczenia opatrywał pieczołowicie, by starsza go nie dostała, w bliznach dłubiąc mu palcem. Tłumaczył jej także dość cierpliwie jednorodności i wydalania niewątpliwe przymioty, ale dziewczyna uśmiechem krzywym do niego milczała, bo wiedziała swoje.
*
Skoro starszej doszły słuchy o młodszej nocnych wędrówkach, nie chciała zwlekać. Żeby jednak dobrze się w sprawie rozeznać i na wieści się nie zawieść, zawezwała najpierw matkę i pytania uprzednio umyślone jej zadała: Czy nie zimno siostrze na buku? Czy nie potrzeba koców i pledów? Czy nie drapie kora w delikatne siostry siedzenie i czy drzazgi jej nie dokuczają? Czy ludziska się nie naprzykrzają, czy siostrze godności ująć nie próbują? Dlaczego matka siostrę wypuszcza? Czy nie matczyną rzeczą jest trzymać, choćby się wyrywało?
Kobieta na córczyne troski głową tylko pokiwała i nie wracając już do siebie, od razu się w podróż udała. A usta zacisnęła tak, że starsza już wiedziała, że mydła marsylskiego w matczynym bagażu nie brakuje. Potem zaraz starsza posłała po młodszą, ale dowiedziała się, że dziewczyna nogami przebierała, tak czekała matki wyjazdu i tylko co na drzewo pobiegła, nie oglądając się nawet na zmrok. Odtąd miała urządzić się na gałęzi – zejść stanowczo odmawiała, a jak wziąć ją chcieli dymem i ogniem, to z buku ku ludziom spluwała i pożogę ugasiła.
*
Tydzień starsza trawiła sprawy siostrzane na buku, a upchnąć ich w sobie nie mogła, bo wyłaziły wciąż bokiem, jak z ciasnego kufra, aż chłop musiał usiąść na niej, ażeby się pod jego zadkiem ułożyły. Wtedy dziewczyna pod drzewo pospieszyła, zbrojna w uśmiech gorzki, a życie znający. Uśmiechu jednakże nie użyła ni spraw znajomości, w takie zdumienie wprawiło ją w lesie zbiegowisko. Choć bowiem godzina była poranna i do pracy bardziej niż do zgromadzeń stosowna, ludzie stali wokół drzewa, w kolorowym pierścieniu. Uszami strzygli przy tym jak króliki: dzieci, starcy, żony i mężowie, kierownicy, doradczynie i dostawcy. Znać było po ich wzroku zamglonym, że obecność siostry na buku przyjęli, a nawet nabożnie się do niej odnoszą.
Zza łysiejących gałęzi drzewa głos młodszej płynął zaś jednostajnie: „…pył się od wiatru zanosi z pyłem słowo piach karmi ptak śpiewa co za dużo to oddaję co ze mnie we mnie zostaje na piórach popiół i rysy pył się…”. I dalej, i znów to samo.
Strach starszej po plecach przebiegł od słów tak powagą zaprawionych, a że mądrości w młodszej nikt się nigdy nie doszukał, tym bardziej osobliwym zdawało się to pouczenie. Nie mogła też siostra wziąć go do siebie, bo zamiast na przeżuwanie, raczej na wymioty jej się zbierało.
Rozejrzała się wokół i spostrzegła, że na gałąź młodszej dźwignia zmyślna z platformą prowadzi, liną dobrze umocowana. Za pomocą tego wyciągu lud prosty posyłał siostrze jedzenie i figurki z kasztanów, a zwoził nieczystości. Wszystko zaś tak płynnie się odbywało, jak gdyby nic innego nikt tu nigdy nie robił. Zmartwiła się starsza, że młodsza całkiem rozum straciła, więc na platformę weszła i wciągać się ludziom kazała. Ale choć ludziska próbowali, za nic dziewczyny na górę nie szło poprowadzić. Młodsza zaś z drzewa krzyczała: „a kysz, a kysz”, samotni swojej strzegąc.
*
Tak to trwało tygodniami. Starsza pod buk podchodziła, wwozić się próbowała różnymi sposobami, ale nie mogła, a niemożność ta zamiast się zmniejszać, wskutek usiłowań coraz skuteczniejszych, tylko rosła. I zdawało się, jakby odległość jednej od drugiej ustawicznie się zwiększała. Starsza, z drzewem pojedynkując się w rozpaczy, poobgryzała korę, ale pyłu się przy tym nawdychała i kaszlała, a od kaszlu tak osłabła, że wkrótce spod buku już odejść nie mogła. Leżała pod siostrzaną gałęzią blada i ogłupiała, a chłop jej trzymał głowę na kolanach. Młodsza zaś uporczywie słowem bełkotliwym pluła, ale głos jej cichł i z przyśpiewki swojej coraz więcej wyrazów wypuszczała. Spadały z niej razem z liśćmi, a co zostawało, szeptem było ochrypłym: „…karmi na piórach rysy od wiatru popiół śpiewa we mnie irysy”. Ludziska, niedawno nabożne i usłużne, teraz las opuściły w trwodze, bo znać było, że zły los nad bukiem krąży, a co się tu dokona, gwałtem będzie i kpiną z ludu dobroci i prostego serca.
Aż któregoś dnia od gościńca rozbrzmiewać zaczął tętent kopyt. Młodsza widzieć musiała pierwsza, jak jedenaście białych rumaków pędzi drogą przez las z jedenastoma rosłymi młodzianami na grzbietach koni rozpostartymi. Znać, że matka do chaty braci wróciła i mydło marsylskie umiejętnie im pod nosy podsunęła, a może zresztą to nie mydło, a wspomnienie młodszej pod buk chłopów przywiodło. Jeźdźcy stanęli wkrótce pod drzewem, oddech łapiąc, a ich złote włosy, bo mieli jednakie, lśniły wyczekująco.
„Matka wasza wyzionęła ducha” – zawiadomił wreszcie najstarszy – „a życzeniem jej było ostatnim, ażeby młodsza z buka zlazła”. Mówiąc to, ręce wyciągnął, chcąc dziewkę złapać, ale ta, zamroczona i senna, słowo ostatnie tylko z ust upuściła, a było to „zostaje”, tyle że nie sposób powiedzieć, czy odnosić to należało do zimowania na buku, czy przypadkowo tu akurat urwała jej się pieśń, nim w sen zapadła.
Skoro młodsza zamilkła, młodzieńcy usta otworzyli w kształt okrągły, zdumienie światu ukazując, a może krzywdę niezawinioną, a chłop starszej żonę nakrył pledem.
*
Dwunastu braci czekało wiosny i spodziewanej od słońca odmiany, a dni spędzali razem, zagrzewając się do czekania braterskim słowem i poklepywaniem. Sprawy niewieście objaśniali sobie jeden przez drugiego, a im dłużej rozprawiali, tym bardziej wiadomym im było, że sprawy te zawiłymi być nie mogą.
Potem listy od nieboszczki matki przychodzić zaczęły, a nie miał ich kto odpieczętować, bo obie córki jej spały, przyprószone śniegiem, jedna pod drzewem, druga na gałęzi. Skoro wiadomości tych nagromadziło się więcej, chłop starszej w końcu list otworzył pierwszy. „Witam!” – w liście stało, a dalej: – „Życzeniem moim jest świętym, ażeby młodsza z buka zlazła”.
I tyle. I nic więcej.
Agata Szulc-Woźniak – literaturoznawczyni, edukatorka filmowa, nauczycielka języka polskiego. W 2022 roku obroniła z wyróżnieniem doktorat na UAM w Poznaniu. Praca została nagrodzona I miejscem w Konkursie im. Inki Brodzkiej-Wald oraz wyróżniona w konkursie Narodowego Centrum Kultury na najlepszą pracę doktorską. Publikowała m.in. w „Ruchu Literackim”, „Narracjach o Zagładzie” i „Polonistyce. Innowacjach”.
@zaklad_rysunkowy @aga_dybowska