Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Paulina Mitek

Piotr Oprządek – opowiadanie

Szkoła dla skurwysynów

Misja Szkoły winna odpowiadać:
Czasowi: przełomowych zmian, przewartościowań, tempa życia, dynamiki wyzwań – charakterystycznych dla konfrontacji XX i XXI wieku.
Miejscu: królewsko-stołecznemu miastu Kraków, ze względu na historię zobowiązującemu do wysokiej rangi i pieczołowitego charakteru działań; dzielnicy Nowa Huta, która stanowi symbol postępu, nowoczesności i demokracji.
Ludziom: Uczniom, ich Rodzicom, także Nauczycielom odpowiedzialnym i predestynowanym do jej realizacji.

Dwa parterowe baraki ginęły pośród mrówkowców z wielkiej płyty. Mieszkańcy brali je za garaże, ewentualnie niedofinansowaną przychodnię pediatryczną. Taksówkarz się zniesmaczył.
– I za to się tyle płaci?
Wnętrza też nie zdradzały wysokiej rangi i pieczołowitego charakteru działań. Ciasny korytarz, kameralne salki i gipsowe ściany, w zasięgu dziecięcych dłoni pomalowane na ślisko placówkową emalią. Kiedy czekałem z rodzicami na rozmowę, oblał mnie pot od podkręconych kaloryferów. Był czerwiec.
Dyrektor sprawiał wrażenie profesjonalisty, takiego młodego, ambitnego dyrektora z 2002 roku. Miał krzywą twarz. U większości ludzi linia ust biegnie równolegle do poziomu brwi – dyrektor miał usta po skosie. Nie przez paraliż, tylko profesjonalny grymas. Jego drobna żonka, słodka jak lukier roześmiana kobietka z artystycznym zacięciem i dużymi zębami, prowadziła taniec i kółko plastyczne i była naprawdę przemiła. Rozpytali mnie z zainteresowań, wymienili grzeczności z rodzicami i ciągle się uśmiechali.
Zapadła decyzja. Szkoła mnie zaakceptowała. Mama promieniała. Dwa lata pomstowała na wielicką podstawówkę.
– Niski poziom nauczania! Dzieci zaciągające gwarą! Jeszcze sobie znajdzie dziewczynę w Wieliczce i wyrośnie na „chłopoka” z Wieliczki.
Ostatecznie pogrążył mnie wysoki wynik testu na inteligencję.
– Ale ja nie chcę zmieniać szkoły!
Tata nie zawetował. Nie rozumiałem dlaczego. Przecież też musiał wstać o piątej, żeby bez prawa jazdy przetransportować mnie dwadzieścia kilometrów od domu.

Szkoła uczy życia społecznego: stanowienia i respektowania praw, odpowiedzialności za grupę, troski o wspólne dobro, budowania i podtrzymywania więzi, umiejętności okazywania pomocy słabszym, biedniejszym i pokrzywdzonym.

Na pierwszej lekcji we wrześniu dziewczynka nie wiedziała, jaki ciepły kraj odwiedziła w wakacje.
– Plaża, palmy i tata narzekał, że drogo.
Wychowawczyni kazała jej się dowiedzieć, a dziewczynka wyciągnęła Motorolę z klapką i zadzwoniła do mamy. Jako jedyny na wakacjach byłem tylko na Podkarpaciu.
Na wuefie każdy dzieciak musiał udowodnić, że przez lato nie wyszedł z formy. W wielickim nauczaniu początkowym WF prowadziła staruszka. Baba w dresie nie kryła niezadowolenia, że zamiast szkolić czempionów, musi nadrabiać z niedorajdą. Stawiała na wyniki, a ja miałem dwa lata w plecy. Wystarczyło czterdzieści pięć minut, żebym został underdogiem.
Po wuefie Damiankowi zginął z szatni zegarek. Nowy i drogi. Na pewno nigdzie nie upadł cała klasa szukała na podłodze i w zakamarkach. Wychowawczyni stukała pulpitami.
– Lepiej, żeby się znalazł.
Następnego dnia w ostatnim autobusie znalazłem w kieszeni sportowy zegarek. Podziękowałem tacie, ale był zaskoczony nie mniej niż ja. Zgłosiłem znalezisko wychowawczyni.
– To przez stres związany z nowym miejscem.
– Ale ja go tam nie włożyłem!
– To twój pierwszy dzień, jesteś w okresie ochronnym. Ze stresu nawet dorośli robią różne rzeczy, więc możemy o tym, ekhm, „zapomnieć”.
– Pierwszy raz zobaczyłem ten zegarek dzisiaj rano w autobusie.
– Nie brnij, bo nie musisz. To przez stres.
Na forum klasy zwróciła zegarek Damiankowi.
– Złodziej… Nowy ukradł zegarek!
– To była reakcja stresowa. Pomóżcie Piotrusiowi poczuć się swobodnie.
Wychowawczyni, pani Cholerska, była języczkiem u wagi, który przeważył, że trafiłem akurat do Szkoły. Wychwalana za swoje zaangażowanie, nie otrzymywała od interlokutorów mamy referencji niższych niż „cudowna”. Że empatyczna, z indywidualnym podejściem. Że wyrozumiała, ale stanowcza. Że wszystko wytłumaczy tak, że dzieci zrozumieją, a omawiając znaki przestankowe, przebrała się za pytajnik. Nie rozpoznałbym jej na ulicy. Niewysoka, z niedługimi włosami, ubrana na czarno… Lepiej zapamiętałem żołądkowy niepokój, że właśnie dzieje się coś złego, tylko tego jeszcze nie zauważyłem. Nie opuścił mnie ani na sekundę aż do ostatniego dnia spędzonego w Szkole.

Szkoła kieruje uwagę na wartości i idee duchowe, a nie na przedmioty stanowiące jedynie środek, lecz nie istotę w rzeczy samej.

Większość uczniów stanowili potomkowie nowobogackich rodów. Drugim gatunkiem były wychuchane pociechy skromnych rodziców, liczących, że kilka stów miesięcznie zwróci się w przyszłości sukcesem potomstwa.
– Pięć złotych to nie pieniądze.
Dziewczynka nie schyliła się po monetę. Chłopcy demonstrowali status, ustawiając przed sobą katridże do Game Boya.
– On nie ma w domu komputera! Pewnie ich nie stać.
Dzieci wypominały sobie zarobki ojców i modele aut, jakimi odwozili je pod elitarny barak. Żadne lambo czy ferrari, nawet nie bety ani merole. Same rodzinne kombi wybrane przez żony.
– Jego starzy nie mają samochodu! Nie stać ich!
Matki konkurowały dziećmi, jakby kierowały mechami. Moja podjęła wyzwanie. Jej antagonistkami stały się dwie panie dysponujące Damiankami, klasowymi faworytami w każdej dziedzinie. Przyjaźnili się tak bardzo, że poza imieniem mieli wspólne dwie pierwsze litery nazwiska, więc dla rozróżnienia pani Cholerska zwracała się do nich „mniejszy Damianku” i „większy Damianku”. Pasją mniejszego były komputery, większego samoloty.
Większy to ten od zegarka. Z pociągłą twarzą, oschły, chłodny i skupiony na celu. Mniejszy, blady wymoczek wyszczerzony zza okularów, oscarowo grał uroczego chłopca. Tylko czekał, aż nauczycielce upadnie długopis, żeby go podnieść i z uśmiechem położyć na jej biurku. W autobusie ustępował miejsca nawet młodym osobom, żeby rozczulić dorosłych niewinną nadgorliwością. Przechwałki okraszał pokorą, „nie jestem żadnym omnibusem, tylko zwyczajnym chłopakiem z trzeciej klasy i wiem, że są lepsi ode mnie, ale przygotowałem na dzisiaj małą prezentację…”, i cyk, odpalał z dyskietki plik z PowerPointa, nad którym widać było, że siedział, siedział i siedział, żeby wykosić w pień całą konkurencję.
– To są, proszę pani, misie łakomczuszki.
Też narysowałem misia i mu go pokazałem.
– Pffff, co to za kulfon? Ty byś w życiu nie namalował ładnego misia.
Jego mama, niska, myszowłosa, o czaszce w kształcie księżyca w nowiu, z wydatnym czołem, wysuniętą brodą i miniaturowym noskiem na granicy zaniku, z zaciętymi ustami i słusznie oburzonym spojrzeniem uzupełniała się niczym jing z jang z mamą większego, również z zaciętymi ustami, ale wyższą, wysuszoną i ciemnowłosą, posępną fanatyczką swojego Damianka.
– Mój Damianek to to, kiedy inne dzieci tylko tamto.
– A mój Damianek to to to to.
– Mmm, mój Damianek.
Były przepotężnymi pilotkami swoich synalków. Oliwiły ich, konserwowały i udoskonalały, wyposażały w najlepsze podzespoły i oprogramowanie, pielęgnowały, optymalizowały i turbodoładowywały, by swoimi osiągami przyćmili resztę dzieciarni. Ojcowie pozostawali w cieniu. Tatuś mniejszego, blondyn, na ile go pamiętam, nawet się uśmiechał i niemal nie angażował w życie Szkoły, tylko dzwonił klaksonem, że już jest i kurtuazyjnie pojawiał na co którejś wywiadówce. Z kolei stary większego wyglądał na wczesny prototyp niedopuszczony nawet do próbnych lotów. Bieżył ze zbyt dużą głową za swoją żoną i powtarzał po niej całe zdania, a łepetyna kiwała mu się na szyi jak u niemowlęcia lub ośmiornicy. Byle przeciąg mógł przetrącić mu kark.

Szkoła, ufając tradycji, ucieka przed modą i niebezpiecznymi sloganami, takimi, jak: „bezstresowe wychowanie” i „wyścig szczurów”, przeciwstawiając im refleksyjność i analizę błędu oraz szlachetną rywalizację przypominającą olimpijskie założenia sportowe, to jest zmaganie z sobą, a nie z przeciwnikiem.

Żeby nie dojeżdżać, zaczepiliśmy się z mamą w pracowni plastycznej w starej Nowej Hucie. Co drugi blok ma na ostatnim piętrze taki lokalik, dożywotnio przyznawaną półkawalerkę do pracy twórczej. Tata pilnował domu w Wieliczce. Na środku pomieszczenia mama ustawiła sztalugę, ale przeze mnie nie mogła się skupić na malowaniu, a ja dusiłem się w ciasnocie.
Żeby ratować honor na tle Damianków inni rodzice sami rozwiązywali zadania domowe, ale moja mama jako artystka zaatakowała kulą moralnej wyższości, która przeniknęła przez pole ochronne obu pań, rażąc ich pychę sugestią, że na horyzoncie istnieje coś prestiżowego, do czego nie mają dostępu. Tym silniej odpowiedziały bronią konwencjonalną. Rankingi, zawody i konkursy, kółka pozalekcyjne, wyniki sportowe, tenis i rowery górskie. Gazetki ścienne.
– Przygotuj swoją gazetkę tak, żeby im w pięty poszło, że tak ładnie przygotowałeś.
Uznanie Cholerskiej nazajutrz ustąpiło miejsca zaskoczeniu, że moja gazetka zniknęła. Znalazła się w śmieciach.
– Pewnie spadła na podłogę i pani sprzątająca niechcący wyrzuciła.
Oraz podarła i opluła.
Mniejszy Damianek ostentacyjnie pominął mnie przy rozdawaniu całej klasie zaproszeń na urodziny. Ustanowił trend. Większy skleił całą kolekcję modeli. Dostałem od mamy model do sklejenia, ale wyszedł jak z warsztatu podkarpackiego spawacza. Przysporzył mi tylko kolejnych kpin. Żebym nie odstawał, dostałem największy zestaw żelopisów. Na pierwszej przerwie wszyscy zazdrościli. Po drugiej znalazłem je połamane. Nie rozkradzione. Zniszczone. Nikt nie miał z nich pożytku. Oczywiście nikt się nie przyznał.

Szkoła dba o swój prestiż poprzez jawność intencji, prawość relacji międzyludzkich, racjonalne rozwiązywanie potencjalnych konfliktów, co dotyczy wszystkich członków szkolnej społeczności.

Matki realizowały się w samorządzie rodzicielskim. Wywiadówki przybierały formę forum. Albo sabatu. Z okazji większych afer urządzano apele na sali gimnastycznej.
– Okres ochronny już się kończy, a ty się wciąż nie przystosowałeś.
– Już nie mogę dłużej przymykać oczu.
– Okres ochronny już się dawno skończył. Co ty sobie wyobrażasz?
– Okres ochronny już cię nie ochroni.
I się zaczęło, afera za aferą.
Chłop za oknem grał z wnuczką w koszykówkę.
– Michael Jordan dwadzieścia lat później!
Padaliśmy na podłogę, by nie zobaczył twarzy. Wściekł się i wleciał do budy.
– Jeżeli pani tu bydło trzyma, to niech pani nad tym bydłem panuje!
Pokrzyczał, pokrzyczał i poszedł. Do dzisiaj nie podejrzewa, jakiej rangi aferę wywołał. Wyławianie krzyczących, przesłuchania w gabinecie, szantaże i straszenie.
– Ja mam dużo czasu, nikt stąd nie wyjdzie, dopóki wszyscy się nie przyznają.
Sypanie przez oskarżonych kolejnych, by samemu się oczyścić, wzywanie rodziców, płomienna mowa dyrektora, a na końcu wisienka: wskazanie prowodyra.
Krzyczeliśmy na przerwie „aaaaeeeeaaaeeeeaaaaoooo”. Cholerska zbladła.
– Jak bandyci stadionowi!
Nie poznała swoich podopiecznych. I znowu to samo. Afera, reprymenda, mowa dyrektora, wzywanie rodziców i uznanie mnie za prowodyra: nie dość, że sam krzyczałem, to jeszcze zaszczepiłem chamstwo w normalnych chłopcach. Przecież zanim się pojawiłem, przez dwa lata żaden tak nie krzyczał.
Rzuciłem pustym Tymbarkiem do kosza na szkło: większy Damianek poskarżył się, że rzuciłem w niego szklaną butelką, tylko nie trafiłem. Afera! Wzywanie rodziców, mowa dyrektora, konfrontacja z Damiankiem i świadkami. Z segregacji odpadów zrobili zamach, a jego mamusia tak biadoliła o utracie oka, jakby wypłynęło mu już ze dwa razy.
Dziwni ludzie. Nie działo się absolutnie nic, co wymagałoby interwencji dorosłych. Tym bardziej mów dyrektora. Ani takich emocji. Matki angażowały się w utkane z pustki afery jak w brazylijski serial. Baraki trzymały się na chorej ekscytacji. Cholerska przeżywała. Fakt, byłem niezdyscyplinowany, rozkojarzony, śmiesznie ubrany i wychowywany inaczej niż większość uczniów. I co z tego?

Szkoła, uwzględniając wymogi czasu i dążąc do rozwoju ucznia we wszystkich dziedzinach nauki, pragnie zapewnić mu bogaty horyzont humanistyczny, wrażliwość na sztukę i umiejętność wyboru ekspresji artystyczno-estetycznej zgodnej z jego osobowością i tendencjami szeroko pojętej kultury. Zgodnie z szacowną ideą renesansowego światopoglądu Szkoła pragnie kształcić wszechstronność ucznia przez sztukę.
Zaczytywałem się w szarych blokach. HUTNIK PÓŁ WIEKU WALKI. Przy saneczkowej górce na Kazimierzowskim SKINHEADS z kanciastymi S. Na Bohaterów Września punkowa odpowiedź: SKALP SKINA MOIM BERETEM. W nocy PASY ASY ewoluowały w PASY KUTASY, ale następnej wracały do formy, a domalowana obok WISŁA okazywała się ZWISŁA. JŻS mogło znaczyć JEBAĆ ŻYDÓW SKURWYSYNÓW lub JESTEŚMY ŻYDOWSKIMI SKURWYSYNAMI, zależy kto pisał. Wnioskując po toporku obok, w JŻŚ musiało chodzić o śekierę. Najbardziej zagadkowe pozostawały jednak intencje ŁOWCÓW ŻYDOWSKICH NAPLETKÓW.
„Symbol postępu, nowoczesności i demokracji” cieszył się złą sławą. Dla oszczędności na protetyce normalsi po zmroku jeździli taryfami nawet z osiedla na osiedle.
– Nie oglądaj się, udawaj, że nic się nie dzieje, idą za nami, miej się na baczności, przyśpieszają kroku, o nie, chyba biegną, nie oglądaj się, żeby nie zwracać uwagi….
Mama ściskała mi nadgarstek do białości, a wszędzie dookoła bujały się chłopy w kapturach, szelestach i lustrzankach, albo hałasując, albo w napięciu tuż przed lub po akcji. Monitoring jeszcze nie istniał, nowohuckie przełączki ułatwiały lawirowanie. Szkoła histerycznie reagowała na wszelkie przejawy „chuligaństwa”. Panował absolutny zakaz noszenia „bandyckich” marek w rodzaju Pit Bull lub Pretorian. Obejmował nawet typowo sportowe Everlast czy Lonsdale. Dyrektor tropił u gimnazjalistów smyczki i wygłaszał mowy. Z dziką chęcią bredził na dowolny temat. I się uśmiechał.

Szkoła opiera sw model wychowawczy na tradycyjnych zaウoソeniach moralno-etycznych: dekalogu chrze彡ijakim, patriotyzmie, poszanowaniu historii i dr kultury, umiウowaniu p麑na obecnego w sztuce i 忤iecie przyrody, humanizmie rozumianym jako prawo do samodzielnego my徑enia, jako odwaga poszukiwa・, otwarto懈, mケdra tolerancja i empatia.

Żeby poprawić moje notowania, mama zorganizowała charytatywną aukcję na dziewuchę na wózku inwalidzkim. Jako ostatni dowiedziałem się, że to mój pomysł. Do powszechnej niechęci doszła zawiść. To musiało zaboleć. „Nigdzie nie pracujący” dziwacy bez prawa jazdy ot tak skołowali kilkadziesiąt tysięcy podczas szumnego eventu, na którym pojawiło się wiele szych w garniturach, żeby nabyć poniżej ceny rynkowej prace artystów, których mama zbajerowała przez telefon, by dali je za darmo na chore dziecko. Rodzina dziewuchy pojechała na wakacje, na jakich my nigdy nie byliśmy. A ona naprawdę nic, ale to nic mnie nie obchodziła.
Wypracowania i rysunki pastelami dawały mi wytchnienie podczas powstawania, ale też nie poprawiały notowań. Skupiałem tylko więcej uwagi. Zamiast po prostu pochwalić dzieciaka, Cholerska wybałuszała oczy jak na sawanta, a później teatralnym szeptem roztrząsała sensację z innymi nauczycielkami.
Wspaniały pan od plastyki, malarz starej daty, funkcjonował poza głównym nurtem Szkoły. Od razu zaprzyjaźnił się z rodzicami. Dyrektor trzymał go ze względu na wyniki. Prace jego podopiecznych wygrywały wszystkie konkursy. Żonka musiała zagryźć zęby. Kolegowałem się z poczciwym Łukaszem oraz z Magdą, która marzyła o osiedlowej rejonówce i też była na cenzurowanym. Szkoła nie zasługuje, bym wspominał o nich w jej kontekście.

Jest bezpieczna, wspiera w trudnych sytuacjach życiowych, także pozaszkolnych; jednocześnie sprzyja naturalnemu prawu do spontaniczności, radości i zabawy przy zachowaniu wrażliwej proporcji pomiędzy oryginalnością treści i konwenansem kultury osobistej.

Pięćdziesiąt JUŻ NIGDY NIKOMU NIE PODŁOŻĘ NOGI. Sześćdziesiąt. Siedemdziesiąt. Zapełniałem kolejne zeszyty. Słuchałem mów dyrektora. Parowała mi głowa.
– Słyszałam, że na urodzinach, na które cię nie zaprosili, matki Damianków obgadywały cię z Damiankami przy całej klasie z innymi dziećmi i matkami, że „wysoki jak topola, a głupi jak fasola”, albo „jak brzoza, a jak koza”, taką sobie zabawę urządzili, a ty się teraz nie chcesz uczyć, jutro dostaniesz najwyżej tróję i tylko dasz satysfakcję im wszystkim, tym wstrętnym matkom i durnym dzieciom. Tego chcesz? Dać im satysfakcję? Nie? Więc się teraz ucz, dostań piątkę, to im pójdzie w pięty, zobaczysz, Piotruniu, nie dawaj im satysfakcji, tylko się ucz.
Mama uczestniczyła w publicznym zawstydzaniu. Rozmawiając przy asyście innych dzieci z Cholerską, wyciągała, co się dało.
– A ty też tak robisz?
– Nie, proszę pani.
– Widzisz, Piotruniu, to czemu ty tak robisz?
Cholerska mnie przedrzeźniała.
– Teraz już nie masz nic do powiedzenia?
Ale także się troszczyła.
– Skoro on tak lubi tego psa, tą Gerdę, to może powinna pani za karę oddać ją do schroniska?
Dziwna postać. Niby zaangażowana, niby otwarta, niby myśląca, wtedy poza wszelkim podejrzeniem, ale po latach, na chłodno, ręce opadają. Czołganie, zawstydzanie, wszystko publicznie, na forum klasy, wszystko udramatyzowane, z podziałem na role, stawianie oczu, roztrząsanie, afery. Faworyzowała Damianków. Kolaborowała z ich matkami i karmiła je pochwałami. Stawiała tych dwóch podstępnych kujonów za przykład. Latami ją wybielałem, bo później było tylko gorzej. Dzisiaj przeklinam każdego, kto czynnie uczestniczył w małości tej skurwysyńskiej placówki. Niech płonie do nagiej ziemi. Niech zostanie zasypana solą, żeby nawet źdźbło trawy nie wyrosło na glebie skażonej skurwysyństwem. Niech między gruzami przez wieczność snują się duchy skarłowaciałej ambicji tych dziwnych ludzi.
Te lepsze dzieci się nie biły, tylko poniżały i snuły intrygi. Za to się płaciło. Damiankowie urobili mojego kolegę Łukasza. Brali go na stronę, szeptali na ucho, zapraszali do swoich zabaw, częstowali Laysami i pożyczali gry. Wreszcie w trójkę podeszli do mnie.
– Łukasz teraz będzie zadawał się z nami, a ty zostaniesz sam… Bo tylko na to zasługują tacy jak ty.
Łukasz patrzył jak cielę, obco, ale z poczuciem winy. Zaraz znowu siedzieliśmy razem, ale powidoki zostały. Idąc rano z mamą, trawestowałem w głowie mijany codziennie napis: WASZE MATKI SĄ KURWAMI JEBAĆ DAMIANKÓW SIEKIERAMI.

Szkoła stwarza szansę rozwoju dzieciom i młodzieży o zróżnicowanej skali zdolności, także tym, które dopiero oczekują na sukces, jednak w formie aktywnej, tzn.: pragną się uczyć, rozwijać horyzonty, pokonywać słabości charakteru, czemu dają wyraz w bieżących działaniach.

W czwartej klasie wraz z budynkiem zmienił się układ sił. Mamusia przeniosła większego Damianka do placówki jeszcze wyższej rangi, o jeszcze bardziej pieczołowitym charakterze działań. Mniejszy Damianek solo mógł mi naskoczyć. Przestałem mieć kłopoty z rówieśnikami. Wreszcie zamieszkaliśmy znowu w trójkę w wynajętym mieszkaniu! Za to Szkoła objęła mnie rozszerzonym pakietem sankcji. W rocznicę niemieckiej agresji obiecałem tacie, że nie dam matkom pretekstów do afer, a nowym nauczycielkom pokażę się z najlepszej strony, ale od pierwszej lekcji wiedziały, czego się po mnie spodziewać.
Najchętniej nie opisywałbym żadnej z tych bab, bo i po co, lecz niestety, bez polonistki i zarazem nowej wychowawczyni, pani Bardaszyńskiej, obraz skurwysyństwa byłby niepełny. Ona cała była skurwysyństwem. Uosabiała je tak doskonale, że wystarczyłaby tylko ona jedna, by zatruć mi szczenięce lata. Niewyobrażalnie odrażające babsko. Z twarzą wsuniętą w szyję, farbowana na czarno, z fryzurą ułożoną na lakierze w kask żołnierza Wermachtu, cała w pretensjach marszczyła czoło, wertując „Newsweeka”, nowość na rodzimym rynku tygodników opinii. Drażniło ją nawet, kiedy zbyt szybko rozwiązywałem zadania z gramatyki.
– Nie popisuj się i czekaj cicho, aż reszta skończy.
Byłem przyzwyczajony do jedynek. Jedynka to nic w porównaniu z piątką wpisaną do dziennika z pogardliwym uniesieniem brwi.
– Tym razem ci się udało.
Nie mogła mi wybaczyć, że nie jestem kretynem. Gdybym był głupi, przynajmniej wiedziałaby, co jest ze mną nie tak. A tak musiała się wysilić, by znaleźć pretekst. Każdego dnia, na każdej lekcji, przy każdej okazji oraz bez okazji dawała mi odczuć, że jestem niepożądanym elementem w jej klasie. Niecierpliwiła się, kiedy próbowałem się wykazać. Piętnowała każde potknięcie. Żałowała mi nawet spojrzenia, tylko patrzyła z góry kawałek obok. Macosze traktowanie narastało przez kilka miesięcy, pełnych lekceważenia, pozbawionych chociaż jednego ciepłego słowa, jakiegokolwiek docenienia, czegokolwiek, póki czara goryczy nie przelała się, kiedy przy całej klasie podarła i wyrzuciła do śmieci moje dwudziestostronicowe opowiadanie, ponieważ „zawierało nieodpowiednie treści i było nie na temat”. Oto moje następne zadanie domowe z polskiego:

„Pewnego dnia w pokoju Piotra panowała cisza i pustka. Jedynie szczur biegał od swojej klatki do szafy, gdzie miał ukryte kawałki chleba i krakersów. Piotr siedział pochylony nad zeszytem. Miał napisać opowiadanie, lecz był ogołocony z pomysłów. Być może wydobyłby z siebie ciekawy temat, gdyby nie pewna blokada. Była nią Magdalena Bardaszyńska – polonistka. Uważała, że przemocą jest opisywanie brutalnego świata i darła wypracowania o półświatku, gangach i agresji. Niestety, sama nie była lepsza. Zachowała się jak inkwizytor lub cenzor z okresu komuny, drąc jedyny rękopis i wyrzucając go. Dla Piotra była to główna przeszkoda. Zdawał sobie sprawę, że jeśli tego nie zrobi, jutro będzie miał problemy, ale jedyną myślą, która wypierała inne, było ignoranckie zachowanie swojej nauczycielki. Nie mógł o tym zapomnieć. Takiej blokady nie da się przełamać. Poczuł beznadziejność. Dwie jedynki na jednej lekcji. I to wszystko przez brak tolerancji swojego nauczyciela. Takie zachowanie to przejaw ignorancji i głupota – i tak właśnie zachowała się pewna polonistka.

***

Piotr niczego nie napisał. Uczucie beznadziejności rosło. Jedyne co mógł zrobić, to zasnąć. Może pomysł mu się przyśni?”

Co na to „pewna polonistka”? Zapomniał dodać, że o napisaniu wiedział od tygodnia. Przynajmniej niechęć stała się odtąd bezpośrednia i pozbawiona zbędnych ogródek.

Szkoła posiada ludzką twarz, wdrażała dyscyplinę, nie rygor; kieruje się porządkiem i czytelnymi zasadami, m.in. prawem do przywrócenia zaufania i stworzenia szansy rehabilitacji, jeśli proces ten służy rozwojowi ucznia i nie degraduje wartości nadrzędnych.

Jeszcze we wrześniu otrzymałem obligatoryjny zakaz uczestniczenia w szkolnych wydarzeniach i przed każdą wycieczką musiałem dopiero ubiegać się o łaskawe zawieszenie na to konkretne wyjście z resztą klasy. Kiedy w maju Polska weszła do Unii Europejskiej, Szkoła urządziła fetę na sali gimnastycznej. Krzywousty dyrektor promieniał, jakby to on osobiście wstępował do Wspólnoty. Ubrali się z żonką na galowo i chodzili wzruszeni. I się uśmiechali. Oba baraki całe w gwieździstych flagach, program artystyczny, turniej szermierki – bo w Szkole można było trenować szermierkę – obrusy i poczęstunek. A mnie Bardaszyńska kazała stać przed salą gimnastyczną. Co więcej, zabroniła klasie przynosić mi jedzenie. Gdy Łukasz próbował, dostał uwagę. Później wszyscy o mnie zapomnieli. Stałem jak ciul, oparty o zamknięte drzwi, zza których dochodziła Oda do radości, mowa dyrektora, przedstawienie gimnazjalistów, wystąpienia samorządów rodzicielskiego i uczniowskiego, a następnie śmiech, taniec, zabawa.
Niespodziewanie wyjrzał do mnie mniejszy Damianek. Żałował, że nie może mnie niczym poczęstować, bo sam miałby problemy, ale przynajmniej opowiedział o specjałach, jakie zaserwowano na uroczystości. Tknęło go i chciał się pobratać. Nagle zaczął szukać mojego towarzystwa. Wkrótce tak się akurat złożyło, że zostaliśmy sami w sali lekcyjnej. Z tajemniczą miną zainicjował zakazaną zabawę: narysował kredą kreskę na tablicy, po czym wytarł ją chomikiem. Następnie kiwnął, że teraz moja kolej. Odłożyłem chomika i pogoniłem Damianka, a on poskarżył się, że wycierałem chomikiem tablicę, a gdy próbował mnie powstrzymać, zaatakowałem go.
Afera! Wzywanie rodziców, mowa dyrektora, konfrontacja z Damiankiem oraz interwencja pedagożki, przeflądry uwielbianej przez dziewczynki. Była jeszcze słodsza od żonki dyrektora, aż do zemdlenia.
– Jeśli teraz się przyznasz, uznamy to nie za kłamstwo, tylko odświeżenie pamięci.
Milutkim tonem wmawiała mi przy rodzicach, że to ja wycierałem chomikiem tablicę, tylko: albo boję się przyznać, albo tego nie pamiętam, bo byłem tak wzburzony. Gdy broniłem się, że było dokładnie na odwrót, wszyscy obecni oprócz rodziców niecierpliwili się, że w ogóle chce mi się próbować. Damianek publicznie mi wybaczył. Nie miał żalu i chciał polubownie rozwiązać tę nieprzyjemną sytuację. Byłbym zapomniał – okazało się, że poczęstunek z okazji wstąpienia do Unii był o wiele skromniejszy niż opowiadał.

Tamtego popołudnia podjąłem decyzję: skoro i tak jestem zły, to przynajmniej będę najgorszy.

Na dobry początek wymęczyłem u mamy na placu Bieńczyckim bluzę Pit Bull z napisem BEWARE OF DOG. Była za duża i wcale nie stałem się w niej groźniejszy, ale spełniła funkcję. Dyrektor wygłosił mowę i zabronił przychodzić w niej do Szkoły, więc przynosiłem ją w plecaku i zakładałem na przerwach. Grałem z nim w kotka i myszkę. W policjanta i złodzieja. Zacząłem robić bydło, jak tylko potrafiłem. Teraz już naprawdę i z premedytacją.
Rodzice spóźnili się dwa miesiące z czesnym, więc wyleciałem za kopnięcie starszego chłopca. On mnie szarpnął, ja go kopnąłem, on się złapał za brzuch, a dyrektor wezwał pogotowie, żeby karetka zabrała „poszkodowanego” na obserwację. Nawet dla dzieci kotłujących się wokół nowej afery było oczywiste, że to hucpa. Zadzwonił do rodziców, żeby natychmiast przyjechali.
– Gdybym był chirurgiem, to też by mnie pan odciągał telefonami od stołu operacyjnego? Powierzyłem panu mojego syna za grube pieniądze, a pan nie potrafi zapanować nad dwoma dziesięciolatkami? Co z pana za pedagog?! Przyjadę, jak się skończą lekcje i ani chwili wcześniej.
Przez resztę dnia siedziałem pilnowany przez sekretarkę jak mały Trynkiewicz. Dyrektor zobowiązał ją nawet do odprowadzania mnie do ubikacji i czekania pod kabiną, aż skończę, żebym „nie zrobił nikomu krzywdy”. Ani przez sekundę nie przestał się uśmiechać.

Dzisiaj wiem, że nie zaserwowałem im promila z tego, co powinienem. Mogłem zgotować im piekło na ziemi. Miałem dziesięć lat. Nawet gdybym pociął Bardaszyńskiej mordę, nie mogliby mi zrobić nic, czego konsekwencje odczuwałbym dłużej niż, powiedzmy, rok. Wciąż byłem jednak grzecznym dzieckiem, a zabrakło przewodnika, który uświadomiłby mi, jak daleko sięga bezkarność. Nie potrafiłem nawet nazwać nowego uczucia, które kłębiło się w jelitach i stamtąd rozlewało po całym ciele, dając siłę, by rano wstać z łóżka i przez resztę dnia nie przejmować się knowaniami matek, synków i dyrekcji. Bywało pozbawione obiektu, demokratyczne, bo obejmujące wszystkich po równo, zdarzało się również, że ogniskowało się na konkretnej osobie. Potrzebowałem go. Bez niego czułem się słaby. Z nim wchodziłem do Szkoły z podniesionym czołem.

Po kilku godzinach dotarli rodzice. Standard w wersji premium, z elementem nieodwracalności w bonusie: afera, mowa dyrektora, podniesione głosy, machanie nawet nie obdukcją, tylko potwierdzeniem wizyty, prośba o zabranie papierów, bo inaczej zostanę dyscyplinarnie skreślony i „zaważy to na mojej przyszłości”.
Po negocjacjach, zawieszeniu i publicznym potępieniu pozwolili mi chodzić na lekcje do końca czerwca, żebym zaliczył klasę. Pani Cholerska płakała, że cała ta sytuacja jest jej wielką porażką pedagogiczną. Dobry Niemiec płakał, jak strzelał. Służyła skurwysyńskiemu systemowi, uczestniczyła w aferach, odwracała wzrok i waflowała się z Bardaszyńską. Że sama akurat nie miała złych intencji i ze swojej perspektywy postępowała słusznie, w przeciwieństwie do degeneratek z drugiego budynku, które mnie po prostu nie lubiły i dawały temu popas – na pewno zapunktuje w dniu Sądu Ostatecznego. Dla małego mnie różnica była jednak abstrakcyjna.
Pozostałe nauczycielki syczały i nie słyszały moich pytań. Za to uczniowie zaczęli odnosić się z pewnym respektem, jakby moja odmienność nagle stała się walorem. Chcieli się napatrzyć, zanim odejdę, a przy tym zaczęli się mnie odrobinkę bać. Po raz pierwszy zasmakowałem w tym uczuciu.
Na koniec roku nie było wiadomo, co zrobić z chomikami. Dziewczynki zaproponowały, żeby je „wypuścić na wolność”. Kilkoro innych dzieci, żeby uśpić. Damianek się wyszczerzył.
– Zostawmy je na wakacje, niech wyschną!
W ostateczności jednego przygarnęliśmy my, a drugiego pani sprzątająca. Samorząd upominał się o kasę za klatki i pół worka ściółki.

W okolice Szkoły pierwszy raz od opisywanych wydarzeń zapuściłem się dopiero dziesięć lat później. Pamiętam dokładnie. Dwa ogrodzone siatką baraki z betonowym wybiegiem pomiędzy, takie same, jak na początku dekady. Jedyną różnicą był nowy placyk zabaw przy nauczaniu początkowym. Rodzice odbierali dzieci, zupełnie normalne, małe dzieci, sami też wyglądali normalnie, wręcz sympatycznie, budyneczki w porównaniu z otaczającymi je blokami sprawiały rozczulające wrażenie, a ja stałem, dumałem, wspominałem, aż sięgnąłem po kamień i wybiłem okno. Niesamowite, że nawet teraz, po upływie ćwierć wieku, kiedy po drodze tyle innych osób i instytucji zaszło mi później za skórę i dawno należą już do przeszłości, wspomnienie Szkoły wciąż potrafi zmącić mi perspektywę, jak odłamek diabelskiego zwierciadła w kąciku oka.
Nigdy później nie zetknąłem się z równie dwulicową hołotą jak dwaj Damiankowie. A jednocześnie skuteczną. Obaj zrealizowali dziecięce marzenia o karierach w konkretnych zawodach i dzisiaj funkcjonują na wysokim poziomie. Nie wiem tylko, czy utrzymują ze sobą kontakt, czy wspólnie pokazują się już tylko w mojej pamięci, a dla siebie są tak samo odlegli, jak dla mnie. Dyrektor z żonką wciąż się uśmiechają. O Bardaszyńskiej i Cholerskiej internet milczy.
Tamte dwa lata składały się z samego listopada i nocy. Za oknami Szkoły zawsze było ciemno i padał deszcz ze śniegiem.
Jedyne, czego nauczyła mnie Szkoła, to gorzka, nieutulona Nienawiść.

Piotr Oprządek

absolwent scenariopisarstwa w PWSFTviT w Łodzi, publikował w lampie, Twórczości, Stonerze Polskim i Zakład.Magazyn. Jest w trakcie pracy nad debiutem książkowym.

Paulina Mitek mitekjpg.tumblr.com