Nika Pieszczek – opowiadanie
Na tylnym siedzeniu samochodu bawimy się z Kasią w naszą własną, wymyśloną zabawę. Gdy siedzimy obok siebie, a na styku naszych nóg wytwarza się nieznośny gorąc, zaczynamy pokazywać sobie języki. To jak nasz mały sekret – tylko my rozumiemy jej sens, bo jej zasady zaprzeczają same sobie. Mama Kasi prowadzi jak wariatka i siła odrzutu naprzemiennie zbliża i oddala nas od siebie. Po krótkiej chwili obraźliwe wywalanie jęzorów przechodzi w atak. Kasia próbuje mnie polizać, a ja próbuję polizać Kasię. Gdziekolwiek. Wijemy się w siedzeniach i nurkujemy głowami w swoją stronę, przykładamy ciepłe języki do swoich kończyn, zostawiamy mokre ślady, do momentu, aż splatamy się w uścisku jak dwie pijawki, które żywią się sobą nawzajem. Po treningu koszykówki skóra Kasi smakuje jak dobrze doprawiona pieczeń. Nasze głowy obijają się o siebie w ruchu. Śmiejemy się. Ciepłe oddechy się łączą, lgną ku sobie, języki wirują w tańcu, coraz bliżej, ciepło, jeszcze cieplej, gorąco, parzy. Gdy nasze buzie w końcu natrafiają na siebie nawzajem, a języki spotykają się w ostatecznym mlasku, wtedy wygrywamy i przegrywamy jednocześnie, upokarzamy i jesteśmy upokorzone, dominujemy i jesteśmy zdominowane. Ta chwila trwa długą, mokrą sekundę. Szybko tracimy oddech i natychmiast odskakujemy od siebie z wyciem. Obrzydzone i rozochocone. Triumfujące i pokonane. Wygrane i przegrane. Mama Kasi zerka na nas w wstecznym lusterku, chociaż bardzo stara się nie patrzeć.
Koleżanki mamy przed wyjściem na miasto schodzą się do naszego domu. W oczekiwaniu na moją mamę okrążają mnie i zadają pytania, na które nie oczekują odpowiedzi, głaszczą po włosach, chwytają za ubrania i przyciągają do siebie, a ja chowam na twarzy zawstydzony uśmiech i pozwalam im się miętosić w dłoniach jak plastelinę. Kiedy rozmawiają, mimochodem przytulają mnie do swoich rozgrzanych klatek piersiowych wibrujących od śmiechów i tarmoszą moje poliki. Na buziach mają narysowane nowe twarze. Blade maski, kocie oczy i szklane usta. Papierosowy dym osadza się na ich lakierowanych włosach, które błyszczą w ciemności jak gęsto wysmarowana balsamem skóra. Ukradkiem sunę wzrokiem po ich opiętych obcisłymi sukienkami kształtach, duszących się biustach, rozlewających się na krzesłach udach. Wyglądają jak skórzane, cieliste kanapy, w których można się zapaść. Przed wyjściem stają przed wąskim lustrem wiszącym przy drzwiach wejściowych. Pchają się tak, aby wszystkie naraz zdołały zmieścić się w kadrze, obejrzeć się ostatni raz przed wyjściem. Siedzę za nimi i obserwuję je cicho, gdy z zadowoleniem ogarniają się wzrokiem od góry do dołu, cmokają do swojego odbicia i szczerzą zęby ubrudzone krwistą szminką. W tym lustrze wyglądają jak obrazek, który powiesiłam sobie na ścianie.
Piękne panie przodem, piękne panie pozwolą, że się dosiądę, piękna pani nie powinna za siebie płacić, pięknej pani dłonie nie powinny zaznać ciężkiej pracy, piękna pani leży i pachnie, za piękną panią będę umierać, tak samo jak umiera się za ojczystą ziemię, kobiety i dzieci. Piękna pani nigdy nie powinna wracać sama. Piękna pani nigdy nie jest sama, nawet jeśli myśli, że jest. Mężczyźni wodzą za nią wzrokiem i tracą rozum, podążają za chmurą słodkich perfum, czają się za rogami budynków, w studzienkach i na drzewach, czekają, aż alkohol do końca odbierze im rozum, rozbestwi ich i pozbawi hamulców. Mój ukochany piesek traci rozum, gdy jakaś suczka na osiedlu ma ciekę. Ciągnie na smyczy, wyrywa się z obroży i zapomina, jak ma na imię. Suczki uciekają przed nim z podkulonym ogonem, a on wskakuje na nie od tyłu, zaciska na nich swoje łapy i porusza biodrami oszalały. Suczki stoją wtedy jak zamrożone, a oczy mają wyłupiaste od strachu.
Zamykam książkę i patrzę na zegar, na którym czas płynie najwolniej nocami. Moje powieki robią się coraz cięższe. Przysypiam na chwilę, mając wrażenie, jakbym zapadała się pod ziemię, ale po parunastu minutach wybudzam się z krzykiem uwięzłym w gardle. W krótkich interwałach snu widzę plątaninę rąk, która pożera rzucone im ciała jak ławica piranii. Ich palce penetrują każdy otwór i wszystkie pory, rozciągają skórę, wpychają pięści do gardeł i sięgają aż do odbytu, z którego wynurzają się krwiste piąstki. Wielkie łapy wystają z stosu i w swojej zmasowanej sile są w stanie sięgnąć po wszystko, co pojawi się na ich drodze. Gdy próbuję wyrwać się z gęstwiny ciał sięgających aż po horyzont, one wciągają mnie wprost do środka jak kolejną ofiarę, do ciemnego miejsca cuchnącego mokrością i zgnilizną. Wnętrze potwora pulsuje. Wyciągam ręce ku wolności, ale powietrze jest zimne i obojętne. Teraz to moje dłonie chwytają kolejne ciała jak szmaciane lalki, a ja z przyjemnością miętolę je w dłoniach i wciągam głębiej. Nasze organy splatają się razem i ocierają się o siebie jak mokre, chropowate języki. Tętnią życiem, tętnią krwią, mlaszczą i pożerają się nawzajem.
Chciałabym już zasnąć i uciec przed wizjami, które nachodzą mnie na styku jawy i snu, ale mimo wszystko czekam. Będę czekała do świtu, próbując wyłapać z nocnego szumu szczęk otwieranych drzwi i ciche tupanie mamy. Do momentu, gdy w końcu poczuję zestaw znajomych zapachów – krem nivea, słodki dezodorant w spreju, wódka i męskie perfumy.
Niektórzy z nich nie mają imienia. Są tylko wspomnieniem twarzy, zapachu, obawy lub nadziei. Niektórzy nachylają się w moją stronę i wystawiają dłonie, jakby dawali mi znak, że mogę podejść i ich obwąchać. Niektórzy nie patrzą na mnie wcale. Głowę uparcie trzymają zadartą, aby pod żadnym pozorem nie spojrzeć, gdy plączę się pod ich nogami. Niektórzy przemykają korytarzem w samych majtkach. Niektórzy zatrzymują się w moich drzwiach i uśmiechają do mnie w nadziei, że zostaną tu na zawsze. Nikt z nich nigdy nie zostaje na zawsze. Moja mama gra im na nerwach tak, jakby na tą okazję przygotowała własny recital. Gdy krzyczą, że mają dość, wtedy już wiem, że po ich wybuchu zostaną same szczątki, ruiny, z których nic nigdy nie powstanie. Mama żegna ich z obojętnością. Nie wierzy w to, że ludzie się zmieniają, a na ich miejsce i tak pojawi się kolejny. Kolejna kupa mięsa, smród potu i papierosów, tępy wzrok, który wodzi za mamą jak przynętą. Moja mama dla takiej kupy mięsa potrafi na początku ogłupieć. Jej głos staje się wyższy niż zazwyczaj, jakby przestał należeć do niej. Nagle staje się bezradna i łasi się jak kotka. Prosi ich o pomoc w domowych naprawach, z którymi zazwyczaj mierzy się sama, a oni bez słowa biorą się za robotę i zerkają ciągle, czy mama na pewno na nich patrzy.
Mama podrzuca mnie do Pani Wicherek na ścięcie włosów, ale wiem, że i tak będę siedziała w salonie dłużej, tak długo, ile zajmuje mamie załatwianie spraw na mieście. Pani Wicherek sadza mnie w siodełku i miętoli moją głowę w rękach, drapie mnie tipsami po skórze i obija się o mnie wielkim brzuchem, obracając mną z wprawą i lekkością. Gdy myje mi głowę, przymykam oczy i wyobrażam sobie, że ktoś głaszcze mnie po głowie w geście miłości. Jej buzia wisi nade mną okrągła jak słońce, przyprażona opalenizną w kolorze złotej cebulki. Pod koniec cięcia pani Wicherek mierzwi mnie po głowie, oglądając swój kunszt w labiryncie luster i wpycha mi do rąk cukierki w błyszczących foliach. Mówi, że jest krótko, czyli tak jak chciałam, najkrócej jak się dało, a jak będę starsza, to będę mogła zrobić sobie irokez, taki, jaki ma ona sama, z różowym pasemkiem przecinającym falę włosów. Z zadowoleniem obserwuję, jak miękki profil mojej twarzy chowa się pod kaskadą sterczących włosów. Po wszystkim siadam na kanapie za Panią Wicherek i kątem oka obserwuję kobiety znikające na tyłach salonu. Przed przesuwanymi drzwiami zrzucają z siebie ubrania, zakładają czepki i wchodzą do środka, a potem wracają całe pomarańczowe, z aureolą jasnej skóry pod oczami. Pani Wicherek łapie z nimi kontakt wzrokowy w lustrze i uśmiecha się porozumiewawczo. Wyobrażam sobie, że klęczę przed panią Wicherek z maszyną do opalania natryskowego w rękach i z pietyzmem pokrywam każdy kawałek jej ciała. Brązowa chmura osiada na jej skórze, przykrywając rumieńce i konstelacje przebarwień. Odkrywam kolejne zgłębienia, które wyglądają jak różowe blizny, świeża skóra, która uchowała się przed słońcem. Pani Wicherek wygina się przede mną i przybiera nowe pozycje, w których zastyga jak kamienny pomnik, jak grecka bogini, która ma miękkie podbrzusze i dumny wzrok zatopiony gdzieś w oddali.
Na tylnym siedzeniu autobusu siadam tak, żeby dla nikogo innego nie starczyło miejsca. Autobus rusza i wprawia plastikowe siedzenie w ruch. Przytulam policzek do zimnej poręczy i wbijam wzrok w mijające za oknem obrazy. Wyobrażam sobie, że jestem sama. Ja i autobus. I wibracje, które płynął od rozgrzanego silnika, wzbierają się jak fale, trafiają prosto do mojego brzucha, zagarniają wnętrzności. Siedzenie się nagrzewa i wibruje, autobus się rozpędza, szczytuje, silnik warczy mi do ucha, trzęsie mną od środka, pulsowanie nie ustaje, jak bicie serca po bieganiu, jak smak krwi w ustach, jak wrzask na końcu języka. A kiedy chcę, żeby nie przestawał, on zwalnia, wtacza się na przystanek, otwiera z sapnięciem drzwi. I przypominam sobie, że nie jesteśmy sami. Wibracje ustają, silnik na chwilę odmawia pracy. Opatulam się ciaśniej kurtką, zakładam nogę na nogę. Boję się, że się zsikam. Gdy wracam do domu, zdejmuję prędko majtki i wrzucam je do kosza na śmieci, przykrywając je starannie resztkami.
Zapach drożdży, zapach siana, zapach zatoki rybackiej na wakacjach w Chorwacji, zapach podgrzewanego mleka na chorobę, kożucha na języku, ciepłego oddechu. Stoję pod prysznicem i próbuję wyszorować dokładnie każde zgłębienie mojego ciała, a skóra zaczyna palić mnie tak, jakby ktoś smagał mnie biczem. Duszność uderza mi do głowy, a rzeczywistość traci krańce, robi się rozmyta jak odbicie w zaparowanym lustrze. Moje ciało powoli traci kontur i formę. Obejmuję się rękami i próbuję dotykiem odzyskać poczucie, że istnieje, chociaż coraz bardziej rozpływam się pod strumieniem wody jak wata cukrowa na języku. Pulsowanie na dole nie ustaje. Krocze mnie pali i wydaje mi się najbardziej żywe, czułe na każdą kroplę, na każde muśnięcie i niepoprawną myśl. Zaczynam tam grzebać, rozchylać fałdy, szukać ości, badać krańce, drażnić nerwy, żłobić w szczelinach, rzeźbić w tkankach, które sprawiają wrażenie napęczniałych wodą, bliskich wybuchu. Mój palec niespodziewanie zapada się w miękką dziurę jakbym potknęła się o wyrwę w ziemi. Jej otoczka sprawia wrażenie gumowego otworu, rozciągającego się i błyskawicznie wracającego do oryginalnej formy. Gdy sięgam głębiej, wnętrze okazuje się gładkie i chropowate zarazem, jak złączone w walce języki. Kojarzy mi się wyłącznie z nieprzyjemnościami. Z krwią, obumieraniem, cieką. Otwartą raną, która jątrzy wedle kalendarzyka. Wyżej nad dziurą znajduję zgrubienie, gładkie i okrągłe jak perła. Badam je niepewnymi muśnięciami, potem próbuję złapać w dwa palce, ścisnąć, ale ono wymyka mi się z ręki obślizgłe jak ryba. Wydaje się nieuchwytne, a mimo to twarde i obłe jak kamień, który tysiącleciami żłobi woda. Niespodziewanie czuję przyjemność, ulgę tańczącą na ostrzu noża, znajome wrażenie, które przypomina chwilę przed kichnięciem albo uporczywe swędzenie. Zaczynam się drapać i nie przestaję. Ciśnienie rośnie, jakby woda próbowała znaleźć ujście z napęczniałych tkanek, jakby jej bystry nurt miał porwać ze sobą moje wnętrzności. Irytacja przeplata się z naglącym pragnieniem ulżenia sobie w potrzebie. Znam to uczucie. Na początku nie ma w nim nic przerażającego.
Biegnę przez las. Drzewa biją mnie po ciele swoimi gałęziami, szarpią za ubrania i ciągną za włosy. Odtrącam mocnym ruchem konary, które trzęsą się na wietrze i szeleszczą głośno jakby próbowały mi coś powiedzieć. Wodzę wzrokiem między pniami drzew, a serce wali mi tak, jakby od tego zależało moje życie. Gdy ją zauważam, zaczynam się do niej skradać cicho jak drapieżnik, który wypatrzył swoją ofiarę. Kasia rozgląda się po lesie i zastanawia, gdzie jestem. Rzucam się na nią zza krzaków i przewracam na ziemię. Kasia zaczyna wierzgać z nieludzkim chichotem, ale im bardziej protestuje, tym mocniej przyciskam ją do leśnej ściółki, przykrywam swoim ciałem jak całun, zatapiam się w wibracjach jej rozgrzanego ciała, tak samo jak leśna ściółka przykrywa ziemię, a w jej środku drży i gotuje się jądro. Jej wystające kości wpijają się we mnie jak wystające badyle, ale adrenalina przyćmiewa wszelki ból. Kasia zaczyna się denerwować. Próbuje mnie z siebie zrzucić, warcząc i sapiąc, ale jej krzyk protestu cichnie pod moim ciężarem. Po dłuższej chwili triumfu w końcu zsuwam się z niej i dyszę zmęczona. Przez moment leżymy obok sobie w ciszy i spokoju, a nasze oddechy spowalniają i zlewają się ze sobą. Ziemia jest zimna i sucha w porównaniu do naszych pleców, które wsiąkają w liście.
Spędzamy wakacje u dziadka Kasi na wsi. Dziadek Kasi zabiera nas poza swoją posiadłość, ryjąc patykiem w ziemi i pokazując nam, jak daleko sięga jego teren. Rozkopana ziemia, na której niebawem powstają fundamenty pod nowe inwestycje, wznosi się i opada pod naszymi nogami, faluje w gorącu jak kształty kobiety, jak zgłębienia między piersiami, owal bioder i dołki w talii. Wokół nas biegają dwa psy, które nieustannie towarzyszą matce Kasi. To rzadko spotykana rasa psów-gigantów, które nie dożywają więcej niż sześciu lat, bo mają długie łapy, które zapadają się pod ciężarem ich ciała. Mama Kasi po śmierci każdego z nich kupuje sobie identyczny egzemplarz, którego nazywa tym samym imieniem co poprzednie. Nikt już nie orientuje się w tym, czy biegające wokół nas psy to nowy czy stary model, rocznik dwa tysiące czy dwa tysiące cztery. Mama Kasi kocha je ponad życie. Podaje im jedzenie na widelcu, z którego potem sama je, i całuje je w obwisłe pyski, z których dyndają strużki lepkiej śliny.
Pod posiadłością dziadka mama Kasi uczy nas, jak kopać ziemniaki. Mówi, że praca fizyczna jest mindfull i dzięki niej łączysz się z naturą. Jak nasze przodkinie, mindfull babki, bo najchętniej zapadłyby się pod tą rozkopaną ziemię, a nie kolejny dzień wrzucały ziemniaki do gara. Motyka lata w górę i dół, strzępy korzeni buchają na wszystkie strony, a piersi mamy Kasi dyndają pod jej koszulką jak kuleczki w kołysce Newtona. W trakcie kopania opowiada nam, że trzeba wypiąć tyłek do góry, spiąć łopatki, wyprostować plecy, żeby na starość nie wyglądać jak płacząca wierzba. Jak nasze przodkinie, z kręgosłupami wygiętymi w łuk, koralami szurającymi po ziemi, głowami pochylonymi w dół w niekończącym się geście szacunku. Nasze przodkinie, płaczące wierzby kopiące ziemniaki.
Gdy nadchodzi moja kolej, pochylam się nad rozkopaną ziemią i wyjmuję z jej zgliszczy jędrne kartofle. Kiedy klęczę na kolanach, psy-giganty wskakują na mnie od tyłu, zapierają się swoimi łapami na moich biodrach i posuwają powietrze. Kasia zaczyna się śmiać bez opamiętania. Wystawiam do niej ręce, prosząc o pomoc, próbuje chwycić się jej i powstać, ale Kasia odsuwa się i zanosi się jeszcze większym śmiechem. Psy stają się coraz bardziej rozjuszone, a reprymendy mamy Kasi nikną w hałasie pisków Kasi. Jestem rozgrzana od wstydu i rozgoryczenia. W przypływie ostatnich sił strącam z siebie wielkie psiska i rzucam Kasi wzrok pełen zawodu, a ona patrzy na mnie z zwycięskim uśmiechem. Uwielbia, gdy się denerwuję. W głębi duszy wie, że zawsze jej przebaczę. Może doprowadzić mnie na skraj wściekłości, do momentu, aż będę uderzać się po głowie z frustracji, ale to nie zmieni faktu, że potem i tak będę snuła się za nią jak cień, wpatrzona w jej plecy, czekając, aż w końcu obrzuci mnie spojrzeniem, które oznacza rozejm, spojrzeniem czekoladowych oczu, które przeszywa mnie na wskroś i odziera mnie z godności.
Czytam książki o wampirach i kobietach, które topią się pod ich palcami, w pożądaniu obnażają swoje żyły i błagają o przyjemność tak wielką, że potrafi przyćmić ich fizyczny ból. Kasia leży w łóżku obok i modlę się w myślach o to, żeby nie dostrzegła rumieńców, które oblewają moje policzki. Próbuję czytać szybciej, jakby dzięki temu zmniejszała się szansa, że zostanę przyłapana. Mój wzrok wyłapuje najważniejsze słowa na stronie: o drżeniu, pulsowaniu, pragnieniu, zniecierpliwieniu, popadaniu w szaleństwo, traceniu zmysłów i stawaniu się na chwilę samym ciałem, maszyną do odczuwania i pożerania wrażeń. Czuję się tak, jakby to mi samej bohaterka mówiła o tym, że wywracam jej świat do góry nogami, zapieram oddech, przyspieszam krew w żyłach, jakbym to ja była tym wampirem, który staje w progu jej okna i przypomina jej, po co żyje, a żyje tylko po to, aby znowu go zobaczyć, mnie zobaczyć. Przypomina mi się ciepło autobusu i drżenie silnika, niczemu niepodobne poczucie odpływania i szum, który ucisza wszystkie myśli. Za oknem słychać świerszcze, a z dołu dobiega szczęk przesuwanego przez dziadka Kasi szkła w barku. Liczę na to, że dźwięki otoczenia ukryją mój przyspieszony oddech.
Gdy z Kasią kręcimy się po przepastnym terenie i szukamy sobie rozrywki, jej mama woła nas z podwórka. Kiedy wchodzę na ganek i zbliżam się do niej na metr, na jej twarzy pojawia się grymas obrzydzenia. Chociaż jest upalne lato, mam na sobie wielką bluzę z kapturem, którą cały czas odczepiam od spoconego ciała. Mama Kasi zleca nam, aby umyć się przed przyjściem gości, a jej spojrzenie spode łba pada wprost na mnie. Kiedy po kąpieli schodzimy z Kasią na dół, widzimy przy stole starą kobietę z burzą czarnych włosów i wielkimi, wyłupiastymi oczami. Z ciężką biżuterią u szyi i szalem okrywającym ramiona wygląda jak czarownica. Obok niej siedzi jej wierna, mniejsza kopia, która jest jedynie nieznacznie starsza ode mnie i Kasi. Ma pusty, ciemny wzrok i nieruchomą mimikę twarzy, z której nie da się nic wyczytać. Gdy siedzimy przy stole, dziadek Kasi gapi się na czarownicę tak intensywnie, jakby chciał powiesić jej głowę obok poroża jelenia, które spoczywa nad kominkiem. Opowiada jej o swoich planach na biznes i sypie anegdotami, które znam na pamięć, a czarownica śmieje się perlistym śmiechem w reakcji na każde jego słowo i ignoruje wzrok mamy Kasi, który przeszywa ją jak strzała. Ich rozmowy są tylko tłem w mojej głowie. Myślę tylko o jednym: żeby córka czarownicy nie zauważyła, że ciągle się na nią gapię, gdy cała nasza trójka pozornie słucha wymiany zdań między dorosłymi. Za każdym razem, gdy nasze spojrzenia przypadkiem się spotkają, ostentacyjnie odwracam wzrok, a moje serce zaczyna bić oszalałe ze strachu, że na mojej twarzy widać wszystko, co w tym momencie czuję, a czuję się tak, jakby spadł na mnie piorun z nieba i jakbym przez chwilę stała się samą energią, jakby w tym momencie zniknął cały ból, który wiercił mi dziurę w sercu, jakbym po długiej tułaczce pierwszy raz napiła się wody i przegnała wieloletnie pragnienie, pierwszy raz naprawdę wdzięczna za to, że żyję. Kasia zerka na mnie kątem oka, świadoma, że jestem cała w nerwach, a mój wzrok wędruje wciąż w jednym kierunku. Twarz córki czarownicy pozostaje nieprzenikniona, jakby wzięła się nie z tego świata.
Wychodzimy na dwór, żeby z polecenia dziadka Kasi pokazać córce czarownicy ogrom i zasięg jego terenu. Na dworze panuje wieczór i z ulgą witam chłód, który wkrada się pod moją przydużą bluzę. Między naszą trójką wisi cisza. Gdy idziemy przed siebie bez konkretnego celu, Kasia zaczyna tykać mnie palcem po brzuchu. Wie, że szczególnie tego nie lubię, bo jej palec zatapia się w moim ciele jak w pluszu. Próbuję zatuszować moje zirytowanie śmiechem, ale ten robi się coraz bardziej nerwowy, coraz bardziej przypomina kwiczenie na zmianę z hiperwentylacją, aż w końcu w nagłym impulsie odpycham Kasię obiema łapami, a ona ląduje na ziemi, prosto na tyłku, z takim impetem, że prawie turla się jak piłka. Kasia spuszcza wzrok w dół i omiata nim całą siebie, milcząc i nie dowierzając, że jej zaczepki spotkał niespodziewany koniec. Stoję jak sparaliżowana, jakbym czekała na karę, która spadnie na mnie jak grom z nieba. Kasia nic nie mówi. Jej oczy szklą się lekko, a broda drga tak, jakby jakieś niewypowiedziane słowa utknęły jej w gardle. Córka czarownicy przemawia po raz pierwszy tego wieczoru i pyta się Kasi tonem niewzruszonym:
– Chyba nie będziesz płakać?
Patrzę oniemiała na córkę czarownicy i próbuję odtworzyć w myślach jej głos, bojąc się, że już nigdy nie usłyszę znowu jego lekkiego i czystego brzmienia. Kasia nagle poważnieje i jak gdyby nic wstaje z ziemi. Z dumą potrząsa głową, nie patrząc mi w oczy i kontynuuje swój chód. Znowu luzacko wyrzuca nogi przed siebie i omiata wzrokiem swój wielki teren, na którym jej dziadek postawi kiedyś hotel i salę bankietową.
Dziadek Kasi otwiera butelkę szampana i każe wyjąć kieliszki. Powietrze robi się kwaśne od ich alkoholowych oddechów, od wzdychania mamy Kasi i dyszenia dziadka, który nie potrafi ukryć ekscytacji, gdy czarownica rozkłada się na kanapie jak dziewczyna z obrazu. Kasia pochyla się nade mną dyskretnie i próbuje namówić mnie na kradzież ciast ze stołu. Jest zdziwiona tym, że nie chcę przyjąć jej propozycji, pierwszy raz w historii naszej znajomości i wakacyjnych spędów na wsi. Ignoruję jej próby nawiązania kontaktu – odrzuca mnie każdym swoim ruchem i słowem, głupim uśmiechem, tępym wzrokiem. Zamiast tego wyłapuję pozawerbalne sygnały od córki czarownicy – każde spojrzenie, które przypadkiem pada na mnie, każde westchnienie, które zdradza jej znudzenie. Mam żołądek zaciśnięty z nerwów. Czuję, że czyta mi w myślach. Rozumie wszystko, co czuję, ale nie wypowie tego na głos. Wisi między nami jakaś tajemnica, która wzbudza we mnie trwogę, jakby świat, który znam, miał wywrócić się do góry nogami.
Gdy córka czarownicy oznajmia, że idzie do toalety, wtedy wiem, że muszę podążyć za nią, że to tylko przykrywka dla kolejnego sygnału, który kryje się pod jej milczeniem. Wymykam się za nią niepostrzeżenie na długi korytarz, który kończy się schodami na strych. Widzę, jak jej sylwetka sunie po dywanie bezszelestnie, a jej włosy ciągną się za nią jak welon, pod którą skrywa się jej prawdziwa twarz. Córka czarownicy dociera do końca korytarza i staje przy otwartym oknie, za którym zapada noc. Nie wie, że jestem coraz bliżej niej. Nie umiem się odezwać i nie wiem nawet, co miałabym powiedzieć. Ona stoi nieruchomo, wpatrując się w ciemne niebo, w gwiazdy, które znaczą nieboskłon jak odpryski. Na ostatniej prostej wyciągam do niej ręce, gotowa chwycić jej ramiona, poczuć pod palcami, że jest prawdziwa. Gdy tylko muskam palcami jej skórę, ona nagle się rozpada, pryska w niebyt. Jej ubrania opadają na ziemię, a z nimi opada kotara, za którą skrywała się niewypowiedziana tajemnica. Z plątaniny ubrań słychać pisk, coś wierzga się pod ciężarem tkanin. Spod materiału wylatuje nagle nietoperz, który wzbija się w powietrze i ucieka przez okno, natychmiast zlewając się z ciemnością. Chociaż tracę go z zasięgu wzroku, w głowie wciąż słyszę jego piskliwe ćwierkanie, jego chichot, który wwierca mi się w mózg. Zaczynam się śmiać razem z nim.
Angelika Harat – krakowska ilustratorka z Warszawy. Poszukiwaczka piękna i propagatorka malowania brzydko. Instagram: angelikaharat