Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Kinga Skwira

Monika Krawczak – opowiadanie

Bajkał

– Początek końca – powiedziała na rok przed śmiercią matka. – Stan paliatywny drzewa – dodała, opierając się ramieniem o framugę drzwi wejściowych do domu.
Nie rozumiałam wtedy zupełnie, o czym mówi. Orzech stał jak zwykle – solidny pień, młode liście, które jak zawsze na początku maja nabierały głębokiej zieleni. Pojedyncze kwiaty zwisały z gałęzi jak chude, rozmiękłe szyszki.
– O nim mówisz? – zapytałam matkę wskazując ruchem głowy na orzech włoski rosnący przy bramie wjazdowej na podwórko. – Wygląda normalnie, jak zawsze.
Wzruszyła jedynie ramionami i weszła do domu. Wiedziałam, że znowu zaczyna się odpływ.

Jeśli miałabym opisać matkę jednym słowem, to byłaby to pewnie tęsknota. Tak, matka tęskniła. Tęskniła za tak wieloma rzeczami, że trudno je było pomieścić w jednym życiu. Za młodością, która jej uciekła, za szansą na zmianę kierunku, której nie wykorzystała – jedną, drugą, trzecią, dziesiątą, za szkołą, której nie skończyła, za rozwodem, którego nie wzięła, za miłością, którą nie pokochała siebie. Żyła w dziwnym zawieszeniu, trochę tu i jednocześnie gdzieś bardzo daleko. Jakby nigdy nie przeżyła żałoby po niedoszłym czy pomylonym i wszystko, co jej o tym przypominało, sprawiało, że zamieniała się w pestkę. Niezasiana wysuszała się na wiór i pękała. Czasami kilka razy dziennie. A ja pilnowałam, by nikt jej nie połknął, by nikomu nie wyrosła z brzucha matka – brzoskwinia.
Matka widziała świat, jak przez stary, wełniany sweter. Budynki, twarze, drzewa. Wszystko nieostre w konturach, wyblakłe i poranione, bo widziane przez zbyt duże oczka w rozciągniętym rękawie. Rozmazane dni oddzielała od siebie głęboka rozpadlina, wypełniona mętną wodą. Musiała ją przepływać, żeby dostać się do kolejnego poranka. Nie dało się jej przeskoczyć. Rzucałam jej codziennie linę z brzegu kolejnej doby, ale kiedy tylko ją chwytała, zaraz wpadała pod wodę na kilka nocy. A ja siedziałam w tym czasie na brzegu, dłubiąc patykiem w ziemi. Czy przynosiłam pecha? Czułam się winna katastrofy, jej bladych oczu, siwiejących włosów, pomarszczonych dłoni, tego, że ściekała bierna w ciemność. Zastanawiałam się, kiedy po prostu przestanie płynąć i zostanie pomiędzy dniami na zawsze. Dopiero kiedy wiele lat później sama zanurzyłam się w tym samym, co matka jeziorze i zobaczyłam tę samą głuchą pustkę, ten sam Bajkał odrętwienia, dotarło do mnie, że chorowała. Nie wiedziała, gdzie szukać pomocy, dlatego opadała w zanurzeniu coraz głębiej, a ja znikałam z pola widzenia razem z nią.

Nie pamiętam zbyt wielu dni spędzonych z matką. Właściwie potrafię przypomnieć sobie jedynie wyimki wspólnego czasu. Tę marcową środę, kiedy matka wynurzyła się z wielotygodniowej topieli po raz ostatni, pamiętam jednak bardzo dobrze. Miałam wtedy dziesięć lat. Matka wyszła z jeziora, jak borsuk ze swojej nory po miesiącach hibernacji, zdziwiona, dlaczego zawiesiłam na szyi pestkę brzoskwini. A ja nie wiedziałam, jakich słów użyć, by wyjaśnić jej, że chciałam mieć ją blisko siebie. Milczałam, zaskoczona jej nagłym wynurzeniem. Przyszła wtedy z pracy, usiadła na taborecie w kuchni i rozpłakała się nad śmiercią przejechanego przez pociąg jeża. Miała go minąć, wracając Kolejową do domu. Do dziś nie rozumiem, w jaki sposób rozpoznała, że to drobne ciałko rozlane na torach należało akurat do jeża. Z jakiegoś powodu wiedziałam jednak dobrze, że wiele razy wyobrażała sobie siebie w jego miejscu. To wtedy właśnie, w jej drobnym gestach, odsuniętych daleko od siebie łopatkach, kiedy przygarbiona opierała ręce o kolana, widziałam wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej tęsknotę. Wiem, że myślała wtedy o miejscu, w którym już nigdy więcej nie musiałaby budzić się z zimowego snu, który wcale nie jest snem i nie jest zimowy. Nie musiałaby płynąć do brzegu i oglądać świata przez dziurę w wełnianym swetrze. To właśnie tęsknota, a nie przerażenie tragiczną śmiercią jeża kompletnie ją wybudziła. To tęsknota wypożyczyła mi matkę, za sobie tylko znaną cenę. I jedynie na chwilę – tak czułam. Dlatego oglądałam ją, jak nagraną na kasecie VHS bajkę. Wciskałam nieustannie przycisk ,,przewiń”, by puścić tę taśmę od nowa. Nerwowo, zachłannie, jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze, połykając matkę w kawałku, bez gryzienia. Bojąc się, że t e n raz, to właśnie ten o s t a t n i.
Często wracam do obrazu przejechanego przez pociąg jeża, choć nigdy nie widziałam go na własne oczy. Siadam wtedy na drewnianym taborecie w kuchni i wdycham głęboko powietrze z nadzieją, że zostały w nim resztki zapachu matki z tamtego dnia. Ale najczęściej czuję tylko tłuszcz i kurz, którym nasiąknęła pożółkła firanka w oknie.
Matka nigdy nie była mi tak bliska jak wtedy. Już nigdy później nie była tak obecna.
Gdyby spojrzała wtedy na mnie i zapytała, jak się czuję, zamiast złościć się o pestkę na mojej szyi, powiedziałabym jej o wszystkim. O tym, że z jej uszu wychodzą ślimaki i że w jej włosy zaplątały się glony, że jeśli tylko mi pozwoli, pomogę jej się ich pozbyć, że nie chcę, aby wracała do jeziora. Ale nie zrobiła tego. Otarła ręcznikiem do naczyń łzy i wcisnęła do ust skórkę od chleba. Popiła zimną herbatą. A ja czułam wtedy, że biegnę przez zamarznięte jezioro goniona przez łabędzie.

Teraz, po wielu latach od zdiagnozowania przez matkę początku końca drzewa, widzę to, co ona dostrzegła już dużo wcześniej. W co najmniej połowie gałęzi starego orzecha nie krążą już życiodajne soki. Pną się za to po nich i rozchodzą na boki plamy sinego porostu, jak plamy wątrobowe na dłoniach starych ludzi. Jak liszaje pełznące po karku, by wgramolić się między rzadkie włosy. Młode liście co prawda prężą się jeszcze w słońcu, ale nie potrafią już osłonić zwisających bezwiednie, suchych ogigli. Dla drzewa też jest już za późno. Nikt prócz matki nie zauważył w porę, że trzeba mu pomóc. Na moich oczach obraca się w popiół.
Co ze mną? Nadal noszę ze sobą pestkę brzoskwini. Chowam ją w kieszeni spodni niczym amulet. Chroni mnie przed utonięciem.

Monika Krawczak pedagożka, absolwentka teatrologii i krytyki teatralnej w Instytucie Sztuki PAN. Teksty krytyczne publikowała m.in. w Dwutygodniku i na blogu Byłam Widziałam. Uczestniczyła w warsztatach i kursie ,,Pisanie jako proces” dr Mateusza Marczewskiego (Instytut Badań Literackich PAN) oraz w półrocznym kursie prozatorskim autorstwa Tomasza Gromadki. Jest tegoroczną laureatką konkursu na opowiadanie pod matronatem Fundacji Olgi Tokarczuk. Publikowała w Twórczości, Pro Libris, Stronie Czynnej.

Kinga Skwira – redakcja