Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Marta Maciejewska – opowiadanie

Kwaśny sad

Nad szklarnią przeleciał samolot. Po chwili przyszedł lekko poddenerwowany Jurgen, wyszeptał coś Bożenie na ucho. Bożena krzyknęła, że dziś i jutro wolne z powodu upałów. „Proszę w trybie natychmiastowym opuścić pomieszczenie”.

Ludzie weszli do hangarów, żeby wziąć prysznic. W kolejce ustawili po klapku kąpielowym, co jakiś czas sprawdzali, czy nie oni teraz. Opuchlizna powiększała ręce i stopy. Po ustach biegały mrówki. Ubrania odrywali od siebie szybko, na raz, jak plaster. Nagrzane blaszane dachy trzaskały, woda była przyjemnie letnia, ciało wracało do swojego rozmiaru, na powrót stało się sprężyste i rześkie. Wyszli przed budynki, tyle wystarczyło i już za chwilę znów czuli na sobie pot. Co tu począć? W bingo imigranta ekonomicznego tego nie było, ale nagle nabyta wolność sprawiła, że zakres zredukowanych zachowań się poszerzył. Już nie tylko jeść, pić, robić, spać. Przez dziurkę od klucza wpadł promień słońca. Ogłoszono, że będzie ognisko.

Oddelegowano kilka osób, by poczyniły zakupy w markecie. Wyruszyli paroma wozami na polskich, włoskich i litewskich blachach. Konwojował ich Karol, bardzo tajemnicza osoba, człowiek cień, który całą drogę w busie z Polski do Holandii siedział w kowbojskim kapeluszu. Honda ruszyła tropem fosforyzujących szyldów. Torby najeżone patyczkami, serem typu feta, kiełbasą z wysoką zawartością saletry i żeberkami a’la cholesterol wypełniły wspólną kuchnię. W przejściu utworzyła się piramida ze skrzynek z piwem. Ogólne podekscytowanie sprawiło, że ludzie kończyli swoje zdania nieco wyżej.

Podział obowiązków był sprawiedliwy. Kalina i Dorota dostały się akurat na produkcję szaszłyków. Najpierw kilka patyczków połamały. Posiepane drewno, las drzazg. Wyżęły piersi z kurczaka z każdej błonki i żyłki. Mięsa zostało niewiele, ale wtarły w nie oliwę z tymiankiem, sól i świeżo mielony pieprz. Kawałki kury przekładały cukinią. Oficjalnie uznano, że na ognisku ma nie być papryki, bo wszystkim obrzydła. Dosyć się na nią w szklarni napatrzyli.

– Dzisiaj wbija tu mój brat. – Dorota wymywała z czubków palców tłuszcz pod kranem.

– Dzisiaj opublikowali wyniki matur. Sprawdzamy? – przypomniała Kalina.

– Jeszcze nie teraz, później. – skupiła się na wydłubywaniu przypraw spod paznokci. Potem rzuciła tylko ścierkę na blat, wyjęła piwo z kraty, zakręciła tyłkiem, zniknęła za framugą.

Aluminiowe tacki popłynęły z okna kuchni w stronę płomieni. Obce sobie języki podchodziły coraz bliżej siebie. Ciała utworzyły krąg. Śmiech ścieśnił przestrzeń, odsunął przerażającą osteoporozę tego, co daleko, tego, co tam jest ciemne i próbuje dotknąć.

Z tym światłem wiąże się dym. Szare i lekkie toruje drogę temu, co błękitne w podbiciu i ostre. Odrębne dynamiki wprowadzają arytmie do obrazu kojącego ognia. Pięknie pachnie palone drzewo. Miło węgli się końcówki patyków. Przyjemny w dotyku jest kształt, który zmienia się w popiół. Ognisko obnosi się ze sobą w stronę południa. Tam zabiera je wiatr. Najpierw przechodzi nim niewielki sad. Stare grusze pochlapane rdzawymi plamami rosną, jak chcą, nikt nie zaklina ich plonów. Można podejść, zerwać i wgryźć się w jasny niedojrzały miąższ, skrzywić, skwasić, wyrzucić ogryzek i iść dalej. A dalej sad łączy się z lasem. Ciemną zielenią łyskającą igłami. Tam trwa rozkrzyczana noc pełna czyhania, podglądania i żeru.

To odraczanie Doroty. Odrobaczanie momentów, aż staną się zdrowe, aż zbiorą wszystkie szczepienia i będą mogły rozpocząć socjalizację. Co z nią. Przecież to taki stres. To taki ekstremalny stres, nie wiedzieć, czy porównanie Aresa z Iliady, co „cisnął swą włócznię spiżową, ażeby wyszarpnąć zeń duszę” i Aresa z Herberta, z którego ten kpi, że imię jego pochodzi od przymiotnika, co jest oczywistym przejawem proletariackiej proweniencji i dowodem na drugorzędność bóstwa, przyniosło jej upragniony kawałek plastiku. Będzie na nim przyklejać holograficzne naklejki. Będą się mienić jak rybia łuska, a cały świat będzie 60% taniej. Tak, jest spięta, no. Tak widać? Do I want? Sure, dude. Tak, wcześniej też.

Bardzo dziwne, że wcześniej nie zwróciła na to uwagi. No dziwne, bardzo. Przecież ten sweter w letnie wieczory jest taki miękki. Nikt by w to wcześniej nie uwierzył, bo na metce ma akryl i nić ropopochodną, a teraz to chłodząca przędź, rozmnożona boża rzęsa. Kalina czuje, że płyną po niej splecione strumienie. Nie mają źródła, nie wpadają do rzek. Ich planetą jest Kalinie ciało.

Bardzo. Bardzo chciała mieć taśmę naprawczą.

– To na nią czekałam najbardziej. O tak – zadziera nos palcem – przyklejona do telewizora. Żaden tam mop, co chłepcze roztocze z wyrzyganego dywanu. Żaden nanospirator do uszu, który sprawi, że mózg zassie nawet najmniejszą szpilkę dźwięku. I te żałosne scenki „o dziękuję Tomaszu uprzejmie, miałam taki ujebany dywan, już nawet myślałam, że ma frędzle i elementy 3d, ale twój ultra moposyntezator czystości PKN 9800 uświadomił mi, że był to tylko wytwór fantazji i rozjebania ogólnoobezwładniającego. Przy takiej długości kabla, to mogę chodzić po całym mieszkaniu, powiesić się na żyrandolu i jeszcze mi starczy, żeby wyciągnąć kocie kręgosłupki zza narożnika”.

A taśma? Mierzyła się z prawdziwym żywiołem. Problem z wodą tnącą jak nóż, która rwie z rury kanalizacyjnej? Pach! Kawałek taśmy to załatwi. Idziesz nad przepaścią po rylających się deskach mostu widmo, a jedna z nich murszeje i obraca się w pył? Zarzuć taśmą, a przebiegnie po nim stado bizonów. Potężna wichura łamie suche konstrukcje dachu? W czas okręć je taśmą, a nie będzie padać ci na głowę. You know?

A dobra, jeszcze jeden. Nie no, luz, to nie pierwszy raz. Po prostu daj. Just give me that, ok? – Uderzenie jest silniejsze, bardziej zachłanne, a wody zwodne. – Podczas sztuczki magicznej, listen to me, akwarium siąpi, opróżnia się, publiczność mruczy niezadowolona, a związana kobieta oddycha w nim bez trudu? Pach! Ten klej był taki, że się nie moczył, doesn’t, you know? Wyobrażałam sobie, że będę jeździła po kontynentach i będę łatała, to, co przecieka, to, co się kruszy, rozrywa. Marzyłam o tym, by skleić nią kulę ziemską, która topnieje i leci po rękach jak lody włoskie z maszynki kręcone. A przecież ziemia też się kręci, przypadek? Dublerka niezniszczalności. Będę spajała. I to niskim kosztem.

Benas sobie poszedł bez ostrzeżenia. Wziął i wstał. Bardzo nieładnie. Topornie się ulotnił. Zero kultury. Kalinie się przypomniało, że za plecami siedzi Dorota. Tylko jakoś jej niedobrze.

Od przylegania robi się ciasno. Tyle rzeczy chce zająć jej miejsce. Już nie jest kojąco, przetarte gardło robi się cienkie, kaszel tu niczego nie załatwi, nie ułatwi, nie wypluje tego, co jest z zewnątrz i zmienia stany skupienia. Strzepuje z siebie to, co lgnie, to, co się łasi, gdy gasi światło. Kiedyś wystarczyło przebiec spod włącznika pod kołdrę. Ale to wyewoluowało do wścibskich rąk. Podniosło rąbek, musnęło kark, wciska palec pod żebra, zostawia pokrzywkę na przegubach. Teraz dostało też nóg. „Jeszcze po ciemku to się nasiedzę” – chyba powiedziała to na głos, bo zebrała pomruk.

Karol w luźnym dresie, z oczami odbitymi w cieniach pod nimi, wpisywał się teraz bardziej w typ typa, o którym twoja kumpela mówi „przy mnie się zmieni” niż wyrwanego z kontekstu kowboja. Wyskoczył z dyliżansu, który wiódł go w kierunku tumblerów i życia niepoprawnego gunslingera. Pootwierał piwo, przyniósł koce na wszelki wypadek, uścisnął Patrykowi rękę, bo Patryk już przyjechał i też siedział, a dziewczynom kiwnął.

Dodatkowo Karol wiedział, co się odwala, bo Dorota i Patryk to raczej w swoim świecie. Dał Kalinie superszybki sok na reaktywację. To mikstura opracowana w gronie zaufanych znajomych. Jedynymi konserwantami są cukier i niezawodna pamięć Karola. Jak tu go nie lubić, jak typ cały w dresie wchodzi i zapala światło, jest kolagenem dla skóry, wapniem dla kości, fluorem dla kapryśnych zębów.

Zbawienna mikstura zsyła światło na szkaradki uplęgnięte w lęku. Znów jest miło, znów ten sweter, szumią knieje, drużynowy jest wśród nas.

Ognisko nie ma swojego dźwięku, potrafi naśladować inne i to w tym samym czasie. Płachta rwana wiatrem, drobnica deszczu bijąca o drogę, co jakiś czas pękająca słoma. Zwodnicza mimikra, która mami do gorąca. Zmora. Tyle wychwyciła Kalina, gdy próbowała nie dać się wciągnąć w parzyste role, które same się nasuwały.

– Trochę popytałem po ludziach i macie tu masakrę. Harówa jak nic. Myślałem nad tym, żeby może tu zostać, zarobić coś sobie, ale nie za taką cenę. Wioletta przyjeżdża już tu od 6 lat, ma totalnie zniszczony kręgosłup, więcej w nim metalu niż kości. Wioletta jest już biorobotem. Nataniel Nycz zaczął obgryzać paznokcie, teraz nie ma ich prawie wcale, czego nie dotknie, to nabiegają mu krwią i pulsują, ale mówi, że się idzie przyzwyczaić. No nie wiem, jak na moje, to żyje w głębokiej iluzji. Beata, wiecie, która Beata? No ta z tatuażem. Rodzone dzieci zaczęły mówić do niej dzień dobry. Nie wiem, podziwiam, ale ja by tak nie mógł.

– Nie no, stary, nie jest tak źle. Jak ktoś był w Polsce nieporadny, to tutaj też będzie szukać wymówek. – Karol schylił się do Patryka przez kolana Doroty, niechcący się na jednym wsparł. – Najgorzej jest z tymi zamkniętymi w jednej czynności od lat, za niebo mają dach szklarni. Przeoczyli moment, żeby wrócić do Polski i tak to jest. Są w przedpokoju, zdjęli buty, ale nikt ich do środka nie zaprasza. I co, że Bożena z Holendrami siedzi przy stole? Wiesz, że ona i może jakąś kierowniczką poczty była, ale to w czasie, jak gołębie dostarczały listy. Oni, stara gwardia, trzymają się razem i może jest tak jak w tym busie, że będą jej bronić, ale mówię ci, oni jej wszyscy nienawidzą, tylko, że jest przydupaską szefów, umie tam z nimi pogadać o robocie, o pogodzie, ostatnio im nawet odcyfrowała przepis na polskiego mazurka, jak były święta. Kurwa, stary, ma nawet z rodziną Jurgena, czy on tak ma na imię, nie wiem, zdjęcie właśnie przy świątecznym stole, oprawiła se to w ramkę i ma przy łóżku. A ma swoją rodzinę? Gdzie ją ma? O tym jakoś chętnie nie mówi. Cwaniara. A z ciebie to wszystko wyciągnie. Podobno ma jakąś córkę z niepokalanego poczęcia na normandzkiej ziemi. Tam jeszcze zdarzają się cuda. Co Bożenka zrobiła? Wyjechała w pizdu, zostawiła z babką kaszojada, jakieś pieniądze wysyłała jej ponoć, ale ogólnie to mówiła Natanielowi, że ta córka to kretynka i dziwi się, że z jej krwi. On every street in every city in this country, there’s a nobody who dreams of being a somebody[1]. A zresztą mam to w dupie. – Przetarł piekącą skórę na twarzy. – Bije żar od tego ogniska. No. Najgorzej jak do tunelu wejdzie za tobą ta cała Bożena, za wami raz weszła, co dziewczyny? El kapo. Nic nie jest tak, jak powinno być, o – tu nie zerwane, tu ułamane, o ja pierdolę, do niczego się nie nadajesz. Tunel to jedyne miejsce, gdzie człowiek może pobyć sam ze swoimi myślami – spojrzał przeciągle na Dorotę – bo w tym hangarze, to mieszanina tych ludzi. A Bożena i tak za tobą wlezie, także dziewczyny, trzymajcie się Karola. Przeżyłem to na własnej skórze i znalazłem sposób jak wiedźmie połamać miotłę.

Mega rozkmina – pomyślała sobie Kalina. Słowa Karola i zawieszone odbicie ciążyły jej gdzieś na poziomie mostka. Trochę w niego popukała, ale balon jak stał, tak stoi. I choć los Bożeny nie wzruszał jej ani trochę, to zaraz przełożyła sobie jej nieszczęście, zupełnie inaczej wyrastające, na swój familiolekt. Odczuwanie smutku w rozgardlonym stanie jest bardzo intensywne i nie potrzebuje zachęty. Wystarczy nikły cień cudzego żalu, by i nasze światło zgasło. Kalina naprawdę była poetką. Jak pójdzie do hangarów, to wszystko to spisze, jak nie zapomni. Ma od ojca jakieś milion smsów, w których przekupuje ją, by już wróciła. Ma od brata jakieś setki smsów, w których błaga ją, by już wróciła. Mama pisze: „mówili u was, że withney huston nie żyje? Ojciec chce znów szokować. Wmawia nam, że widzi umarłych. Już nie wi, jak zwrócić na sibei uwagę. Widzi ciotkę Ebę w kapeluszu. Dobrze że nie smerfy i myszy”. Ostatnio, gdy szukał atencji, udawał, że bierze chemię. Nakłuwał ręce, poprzyczepiał na lodówce mnóstwo broszur o tym, jak zachowywać się wobec osób chorych na raka, łapał się za skronie, zaciskał usta i patrzył, czy oni patrzą. Przyczepił do koszuli różową wstążkę, bo utożsamiał się z każdą płcią „walczącą z tym cholerstwem”, ozdrowiał, gdy wyprawili mu pięćdziesiątkę w lokalu.

Karol zakończył główne wydanie faktów. Przekierował swoją energię na aktywne słuchanie, aktywnie wchodził w atmosferę Doroty. A ta onirycznie wpatrzona w rząd twarzy naprzeciwko skierowanych w epicentrum ogniska, z nieładem w upiętym koku i w oczach, przyjmowała feromonowe agitacje bez sprzeciwu.

– Chodź Kalina, czuję, że się spalę przy tym ognisku. Chodź tam dalej. – Nagle poderwała się z miejsca, odłożyła owoce, męczyła je tylko.

Poszły w stronę gruszek. Nareszcie, zaraz dowiedzą się, czy zdały.

– Miałam opowiedzieć Ci, co mi się śniło. – Nie Dorota a mara senna przywlokła Kalinę w te kwaśne grusze. – No więc, śniło mi się, że musiałam potwierdzić swoją tożsamość w dość sporym, ale nie największym centrum handlowym. Wiesz, znajdziesz tam sety odzieży miękkiej, domowej, ścielącej się na mieszkach włosowych mieszanką akrylu i ścieralnej bawełny, znajdziesz tam sklep z herbatami, których sieczka zalega później w kątach szafek. Nikt nigdy ich nie wypił, choć są tak chętnie dodawane do prezentów gwiazdkowych. Znajdziesz tam oddział telefonii ze światłem sterylnym jak na sali operacyjnej, znajdziesz szpiczaste konstelacje biustonoszy, sine fugi, nabiał w przecenie, świat pierogów i wyspy z monogamicznym asortymentem, pożenionym z kurzem i bladością. Tam ekspedienci i ekspedientki obsypane cukrem pudrem nudy zaszywają w metkach, wystukują na paragonach krótkie jak telegram wołanie o pomoc, wołanie o akcję reanimacyjną. Wiedziałam, że tam to wszystko jest.

Miałam listę miejsc, w których musiałam się stawić i zostawić odcisk palca, ale miałam też listę zakupów, bo na chacie się wszystko naraz pokończyło. Wiesz, jak jest. To znaczy miałam w dłoni, ale ona była też rozproszona w szklanych kulkach, które kulały się po podłodze parkingu. Bo ja utknęłam w parkingu podziemnym, wiesz. I chodzę, i chodzę. Stresuję się, że jeśli nie dotrę na czas, to pozbawią mnie obywatelstwa polskiego i stanę się obywatelką świata. Szukałam wejścia, ale co według mojej intuicji się do niego zbliżałam, okazywało się, że znów doszłam do myjni samochodowej. Tam podwozia aut toczyły pachnącą pianę. Na komórkę ciągle dostawałam wiadomości od matki, żebym posprzątała swoje kauczuki, bo jej w zamrażarce pieczone koźlęta się nie mieszczą, chciała przestraszyć mnie kłamstwem, że już w telewizji mówili o moim przypadku i planowali ekstradycję na wody międzynarodowe. To się spięłam. Chciałam szybko załatwić sprawę, żeby przetopić kauczuki na masujące laczki, ale ciągle trafiałam na tę myjnię.

– Tam ktoś był na tej myjni? – po co ta Kalina drąży, przecież wymknęła się w sad sprawdzić, czy Ares przyniósł jej szczęście.

– No słuchaj. Byli. Co rusz oblewali się detergentami, na szyi obwieszeni wunderbaum, chowali dłonie w długich rękawach, mówili, że się wstydzą, bo mają je bardzo spracowane. I faktycznie, skóra ciemnozielona, niektóre palce bez paznokci, burzące rany mieniły się w żarówkach przezroczystością muszych skrzydeł, inne paznokcie pełne fioletowych pierścieni, porzępolone. Twierdzili, że się wstydzą, ale ja po nich wstydu nie widziałam. Uśmiechnięci, zębów podwójne rzędy lśniły wapniem i fluorem. Brzęczenie lamp maskowało brzęczenie owadów, ostry zapach środków czystości maskował smród odkładający się w żelbetonie, wżerający w tapicerki aut. Przedostawał się wnękami kruszejących szyb.

„To trzęsienie ziemi” – mówili mi, że to przez to, że przez to galeria traci spoistość, ale na górze jest wszystko w porządku. „Idź się schowaj we futrynie, idź. Przygotuj się, unikaj osuwisk, tam te citroeny się osunęły i o, nie uniknęły” – chichotali. Oni muszą tu domyć, tu wypolerować i dzięki nim na górze jest czysto. Mam im pozbierać kulki, oni zobaczą, co da się zrobić. Jest tu winda, ale ona jeździ na boki, więc to mi niewiele da. Szepczą do siebie o korupcji w instytucji podniebnych ceł, o duszach, które marnują ciała, w których oni rozkwitliby, gdyby ich stać było na myto. Jeszcze trochę, jeszcze trochę – w rozjątrzone mięso wbijają tipsy, przepinają zwisającą skórę do tyłu. „Mrugaj, musi wejść ci w nawyk”.

Żadnego trzęsienia nie było. Cisza jak makiem zasiał. Ospała przestrzeń bez drgnięcia, a oni ciągle wymieniali spostrzeżenia na temat tego jak trzęsie, jak tłucze, a przecież to, co się rozpadało, rozpadało się od rażącego zapachu. Z początku wydawało mi się, że to wąż naciągnięty na bęben. Była to jednak guma do żucia. Kroili ją krawieckimi nożycami, potem wypychali nią policzki. Policzki pękały, ale rana goiła się od razu, bardziej problematyczne pęknięcia uszczelniali woskiem. Świeży, ale kwaśny oddech zalęgł się w moim nosie. Coraz bardziej chciało mi się wymiotować, choć przecież tak bardzo dbali o zapach, to trzeba im oddać.

Z grzeczności zostałam tam dłużej niż powinnam, nawet poukładałam im alfabetycznie spraye do kokpitów na półce. Obok stosu gąbek stał ekspres do kawy. Pluł mleczną mętną cieczą w przezroczystą filiżankę. Myślałam, że może się czyści. Zanurzyłam w niej palec, była śliska i gryząca. „śśśś, śśśś, śśśśś” – odgonili mnie. „Dla ciebie będzie za słone, za słone, śśśśś”. Sami wydudnili kilka szklanek, wydobył się z nich odgłos pękającego lodu. „Zamknął swe ucho na moje błagania, zatrzymał wpół drogi, roztarł duszę i ciało i jedno błoto uczynił, obcy moczą w nich podeszwy, psy szczają weń, odurzeni gubią dokumenty. Sam siebie wezwę, sam siebie wykupię, na powrót postawię stopę na ziemi” – cienie wymawiały inkantacje, brocząc w kryształach soli. W międzyczasie wydały auto i podbiły bilet parkingowy.

„Idź do windy, ona zawiezie cię w górę” – nagle zmienili zdanie o windzie. Jak to? Podstęp! Wyczołgałam się srebrną rurą na powietrze. Zostawiłam listę zakupów. Pracownicy myjni rzucali szklanymi kulkami, ale nie dali rady mnie sięgnąć. Wreszcie normalne powietrze, nasączone benzyną wypełniło mi płuca. A i ty też tam byłaś, tylko że na górze przymierzałaś staniki, a potem usiadłaś na fotelu masującym. Nie widziałyśmy się, nie byłyśmy umówione.

Cisza.

W końcu Dorota strzepnęła z siebie otępienie i wyszeptała do ucha przyjaciółki: „Sprawdzałam rano, nie zdałam”.

[1] Taksówkarz [film], Martin Scorsese, USA 1976

Marta Maciejewska

absolwentka poznańskiej filologii polskiej, od kilku lat zajmuje się komunikacją i promocją w poznańskim Centrum Kultury ZAMEK, wcześniej pracowała w wydawnictwach literackich. Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Poznania, a także konkursów literackich. Autorka debiutanckiej prozy „Rośliny ruderalne”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Brak Przypisu w 2024 roku. Publikowała m.in. w „Fabulariach”, „Popmodernie” czy w „Stonerze Polskim”. W chwilach twórczej blokady sięga po opowiadanie Hiromi Kawakami „Nadepnęłam na węża”.

Agnieszka Dybowska

– dawno temu ukończyła warszawskie ASP. Obecnie dzieli życie zawodowe między grafikę użytkową a ilustrację. Propagatorka ogrodnictwa miejskiego, obrończyni ogrodów działkowych, fanka obiegu zamkniętego i koncepcji postwzrostu. Jedną nogą na Placu Hallera na Pradze Północ w Warszawie, drugą nogą na statku na Morzu Norweskim. Marzy o domku na wsi.
@zaklad_rysunkowy @aga_dybowska