Małgorzata Bożek – opowiadanie
Po cichu
– Takie myszki są kurwa najgorsze – cedzi przez zęby dziewczyna z czarną gwiazdą na szyi i włosami obciętymi à la Ziggy Stardust. Obok gwiazdy pulsuje sinofioletowa żyła. Grozi Marlenie. Razem z oczami pandy, ze spojrzeniem zza grubych czarnych rzęs i grudek cienia. Osypuje się. Sprawia, że dziewczyna mrocznieje jeszcze bardziej. Oczy wyławiają Marlenę z tłumu, wiedzą o niej. Marlena kuli się, zamyka w osi ramion. Ciało zamienia się w poplątane druciki. Marlena cała obrasta kruchą skorupą, nie chce czuć uderzeń i ołowianego zapachu poszarpanej do mięsa skóry. Rana przypomina otwartą kobiecą torebkę. Krew, ściegi żył, rozlane, myśli Marlena. Czuje, że jej ślina ma żelazisty posmak.
Ma różaniec od babci i identyfikator, najpiękniejszą biżuterię. Studia, wakacje na zmywaku, parzenie kawy, w końcu excele i własne M z balkonem – o nich by pewnie marzyła, gdyby. Teraz wydaje jej się, że to tylko makieta ze zbyt miękkiego papieru. Nic się tutaj nie klei, wszystko zapada. Znowu jest małą dziewczynką. Założyła klipsy mamy, ale nie trzymają się na drobnym uchu. Jeden zsuwa się, uderza o szyję, tam, gdzie dziewczyna ma wytatuowaną gwiazdę. Jest w czwartej klasie. Mówi za cicho, śmieje się w nieodpowiednim momencie, ma za szerokie ramiona i wystający brzuch. Pokazują ją palcami. Marlena szarzeje, ucieka. Jeden palec szczególnie mocno wbija się w jej żebra. Tego dnia pada. Jeansy całe się ubłociły po drodze do szkoły. Czuje na języku smak ziemi. Wypełzające z kałuży ślimaki znaczą stopy śluzem. Nie może się ruszyć. Rozcięte na udach spodnie nasiąkają krwią. Powrót do domu przez pola. Pijawki przyklejone do skóry błyszczą jak oczy Anki.
Z Anką były po dziecięcemu zlepione, do czasu, gdy ich ciała się rozeszły. Marleny na boki, na szwach, poszło w ciemniejszą paletę barw. Nad górną wargą pojawił się meszek, jakby obrastała puchem przed nastoletnią wylinką. Anka od razu była gotową wersją siebie – blond pięknością, błyskającą zębami jak polaroidem. Marlenę przysypał popiół dojrzewania i Anka przestała odbierać jej telefony. Zaczęła za to chichotać, kiedy ktoś wołał za Marleną „mysza” albo wysypywał zawartość jej plecaka do klozetu. Anka kiedyś jeszcze zadzwoniła, domofonem, i powiedziała, że Wiśnia chce z nią chodzić. Marlena poczuła łaskotanie w brzuchu. Wcisnęła się w za małą sukienkę i zeszła na dół. Pół blokowiska śmiało się z każdego centymetra jej ciała upchniętego pod materiałem w wisienki. Marlena odwróciła się za szybko. Dotykała teraz rozciętego czoła plastikowym brzegiem identyfikatora i przypominała sobie, jak w ranę wbił się piach z nigdy niezamiatanych schodów, jak czerwieniał. Anka coś krzyczała, ale Marlena biegła już na górę. Chciała odkleić się od niej raz na zawsze. Zaciskała pięści. Wyobrażała sobie szyję Anki, jej gardło. Zaciśnięte.
Kiedy to się stało, zaskoczona patrzyła na błękitne jeansy na brązowych, gnijących liściach. Miała je we włosach, kiedy przygniatało ją to wszystko, w czym Anka była lepsza od niej. Ciała owijały się sobą, pęczniały z bezsilności. Zza zaciśniętych zębów sączyła się ślina i łzy. Zaszła ją od tyłu, w zagajniku niedaleko garaży. Ściany z blaszek wyglądały jak fiszbiny wieloryba, odbijały niebo przed burzą. W oczach też jej pociemniało, kiedy ostrze weszło w skórę jak w masło. Otworzyła się czerwienią w dziwnej ciszy. Marlenę bolało jak nigdy. Chciała wyć, gryźć, wbijać paznokcie w Ankę i w ziemię, wydrapać je z siebie. Tamta milczała. Ich uda skleiły się od błota i krwi. Było cicho. Nawet nie pisnęła, jak mysz pod miotłą.
– Trzeba posprzątać w południowym skrzydle – krzyczy strażniczka i przerywa tę ciszę.
***
„Przyjdź, ciemna nocy! Przyjdź, mój dniu w ciemności!
To twój blask, o moja luba, jaśnieć będzie
Na skrzydłach nocy, jak pióro łabędzie
Na grzbiecie kruka. Wstąp, o, wstąp w te progi!”[1]
Odbijasz oczy w moich oczach. Pytasz mnie, gdzie teraz jesteśmy i dlaczego tak słabo tu karmią. A ja chcę ci robić kawę, gotować jajka pięć minut i rozplątywać wilgotne kosmyki twoich włosów, nawlekać je na palce, jak lepkie pajęczyny z kąta mojego świata dwa na dwa. Złączyłaś nas śliną i krwią, pod wierzbą, pod ciemnym niebem za blokami. Ziemia pachniała sierścią, ślimakami, pomarańczową landrynką, przekazywaną z ust do ust. Schowałam dłoń w twojej, chłodnej od wilgoci, rozgrzałam ją na moim policzku. Zawsze najbardziej pociły ci się ręce. Nieidealna byłaś tylko dla mnie. Byłaś cała i jedyna. Nie byłam Julią, ale ty byłaś moją Romą-Romeem, moją Weroną.
Narzekasz, że ci zimno, zawsze za zimno, choć mówią, że we Włoszech aż 40 stopni, że globalne ocieplenie, że świat topnieje. Ja tonę w tobie. Nie jestem Julią na rzeźbionym balkonie, raczej robakiem na obsranej balustradzie przy spacerniaku. Ty lśnisz w słońcu między kratami, oślepiasz mnie, dziewczynka-kobieta, promień zatrzymany w złotej godzinie, moja najjaśniejsza. Zasłaniam oczy. W lustrze przez palce widzę skórę: matowo-szara, obrasta sierścią, znika. Czuję mokrą ziemię pod twoimi stopami, pod krągłością pośladków, skrzydłami łopatek. Jej drobiny wchodzą mi do ust, zaściełają oczy, wbijają się pod paznokcie. I mam cię wszędzie, siostro, ukochana. Już nie patrzę na ciebie z oddali. Wtedy nawet tyle nie mogłam. Było mi zabronione. Okrutnie i pięknie odsłaniałaś zęby, szczerzyłaś je jak wilczyca, błyskałaś kocim okiem, chciałaś mnie pożreć. Ja musiałam obejść się smakiem.
Odmówiłaś mi wilgoci twoich dłoni, parskałaś drwiąco, a ja myślałam o tym, że twoja ślina smakuje jak letni deszcz, jak cukierki ze sklepu pod blokiem. Teraz zawisasz czasem nad moją twarzą, czuję twój chłodny oddech na zaciśniętych powiekach. Pachnie zleżałymi w piwnicy jabłkami, gumą Turbo, rumiankowym szamponem. Cóż pozostało po nas, cóż? Coraz dłuższe mam włosy, coraz bardziej szare. Mieszają się z twoimi. Myszy moszczą się w wijących kosmykach, zaplatają nam warkocze drobnymi łapkami. Czuję ich ciepłe ciałka, ich gładkie ogony ocierają się o mój policzek, jak twoja skóra z polerowanego bursztynu, zimna i słona, tuż przy mojej, kiedy śpimy splątane. I tylko czasem budzi mnie cisza. I boję się, że cię nie ma, że nie przychodzisz w ciemną noc, że pożarł cię wieloryb, że zjadły myszy, że wstałaś, otrzepałaś błękitne jeansy i pobiegłaś dalej, krzycząc: „wariatka”.
(Ktoś klaszcze, ktoś się śmieje, potem znowu jest cicho. Koniec sceny.)
[1]William Shakespeare, Romeo i Julia, [w:] Dzieła dramatyczne, tom V, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973, s. 456. („mój luby” poprawione na „moja luba”).
Małgorzata Bożek Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, studiów podyplomowych z Historii Sztuki w Collegium Civitas oraz Kursu Kreatywnego Pisania Instytutu Badań Literackich PAN. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Jedno z jej opowiadań ukazało się w almanachu Wiersze i opowiadania doraźne 2020, wydanym przez Biuro Literackie. Publikowała też w „biBLiotece Magazynie Literackim” i w „Mega Zinie”, wydanym w ramach Festiwalu Miłosza 2024.
Anna Marchewka – na co dzień robi reklamy, ale po godzinach uwielbia ilustrować historie. Fanka warszawskiej Pragi, sci-fi oraz teorii spiskowych.