Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Ilustracja do tekstu
Ilustracja: Jagoda Jaworska

Kasia Motyka – opowiadanie

naruszenia

1.

Zaczyna się od ciała, które zmienia się w przeszkodę, staje się więzieniem. Niepokojące jest już to, że robi się zauważalna. Będąc dzieckiem, zwracam na nią uwagę tylko wtedy, gdy przy upadku kaleczę do krwi kolano, oparzę się pokrzywą albo skręcam kostkę. Chwilowa przyczyna dyskomfortu, który dość szybko mija. Siedzę na gałęzi czereśni w ogrodzie babci. Schowana między liśćmi, zjadam jasnoczerwone, słodkie owoce. Trzepak w tym ogrodzie staje się centrum życia. Wokół niego kręcimy się my, sprawy, oplatają go letnie miesiące. Na zdjęciu widać, jak zwisam, zadowolona, w podziurawionych dżinsach, bez wysiłku trzymając w dłoniach metalową rurkę. Biegamy, wspinamy się, pływamy w rzece. Każde lato spędzam na rowerze, nie znam fizycznych ograniczeń. Poznaję je dopiero w szkole, kiedy ruch przestaje być źródłem zadowolenia, a staje się pretekstem do bycia ocenianą. To wtedy okazuje się, że bieganie nie ma sensu, jeżeli nie towarzyszy mu tykanie stopera. Skok musi być przytknięty do centymetra, a w grach nie chodzi o satysfakcję, kłótnie i spędzanie razem czasu, ale o punkty i zwycięstwo. Mierzenie czasu, odległości i rzuty do kosza, pod surowym spojrzeniem nauczycielki, sprawiają, że się denerwuję. Mięśnie drętwieją i nic z tego nie wychodzi mi dobrze. Ani nawet dostatecznie. Boli mnie brzuch za każdym razem, gdy w obskurnej szatni wyciągam z plecaka strój do wuefu. Czasem powodem jest okres, ale nie zwalniam się z lekcji. To słabość, której co najwyżej skrycie się wstydzę. Muszę być silna, a pocierpieć mogę, gdy nikt nie widzi. Jeżeli mam jakąś ambicję, to taką, by być jak Tomek Wilmowski. Już nie czuję się lekka i rozluźniona, zanurzona w ciele. Zostajemy oddzielone i pojawia się obcość. Zawieszenie, przerwanie komunikacji. Wznowienie. Znów łączy nas relacja, z tym, że teraz jesteśmy przeciwstawne. Stajemy się antagonistkami, jedna jest ofiarą drugiej. Sytuacje przytłaczają, sprawy komplikują się, nie umiem ich zmienić. Strumień agresji i niechęci kieruję przeciwko sobie, bo jestem zbyt dobrze wychowana, by rzucić złością w stronę świata. Ból jest psychiczny, ale to ciało uwiera, przeszkadza i musi zostać ukarane.

2.

Kiedy wydarzenia i ludzie nabierają zbytniej intensywności, zaczynam ignorować sygnały płynące z wewnątrz, chociażby konieczność jedzenia. Najczęściej zresztą w ogóle nie jestem głodna. Odczuwam chłód, ale zanim ubiorę sweter, czekam, aż zsinieją mi usta. Jestem wycieńczona, ale dokładam kolejną godzinę czuwania, a gdy w końcu się położę, sen jest uciążliwy i  niewygodny jak spanie w namiocie bez materaca. Jeżeli nie muszę wcześnie wstać do szkoły, przesypiam sporą część dnia. To wszystko zaczyna się niepozornie, niewielkimi pogorszeniami. Ciągle jeszcze wychodzę, spotykam się z koleżankami. W soboty do kina, w inne dni patrzymy na chłopców, którzy nam się podobają. Kopią piłkę, wysportowani i obojętni. Nie muszą niczego udowadniać, bo tacy, jacy są, wydają się sobie świetni. Nie przychodzi im do głowy, żeby w siebie wątpić. Zazdroszczę im. My często rozmawiamy o swoich brakach i niedoskonałościach. Szczegółowo omawiamy kwestie wyglądu, w samokrytyce nie oszczędzając też charakteru i zachowania. Niby wzajemnie się pocieszamy, ale ciężko uwierzyć w zapewnienia. W te „ej, nie mów tak”, kiedy każda postrzega się w tak surowy sposób. Coś się jednak zmienia i zauważam, że one częściej milczą. Jedyną, która nadal wystawia sobie niedostateczną ocenę, jestem ja. Łatwo wpadam w zakłopotanie i uważają to za zabawne. Coraz rzadziej są dla mnie miłe. Tworzą elitarny krąg, z którego zostaję wykluczona. „Odechciewa mi się wszystkiego, kiedy na ciebie patrzę”, mówi jedna spokojnie i nieoczekiwanie. „To nie patrz”, odpowiadam odruchowo, ale i tak urywa mi oddech. Trwa lekcja techniki. Podzielone na kilkuosobowe grupy robimy właśnie karmelowe szyszki z dmuchanego ryżu. Kuchnia, znajdująca się w najstarszej odnodze budynku powleczona jest warstwą tłuszczu, którego nie da się usunąć. Ściany, garnki, podłoga. Gotowanie tutaj nie ma w sobie nic apetycznego, a teraz ochota na zjedzenie, nawet czegoś słodkiego, przechodzi mi zupełnie. Dlaczego to powiedziała. Zmuszam się jednak i wkładam do ust jedną z przygotowanych kulek. Zamiast roztopić się, pęcznieje. Wolałabym ją wypluć, ale boję się reakcji, może dalej mi się przyglądają. W końcu przełykam tę klejącą masę. Zatrzymuje się w gardle, potem ześlizguje przełykiem i trafia do żołądka, ale nieprzyjemne uczucie przyduszenia zostaje. Złośliwości i kąsania nasilają się, stają coraz bardziej upokarzające i celne. Czy rzeczywiście na nie zasługuję? Wstyd otacza mnie wszędzie. Jeżeli przestanę chodzić, to może będę potykać się o niego rzadziej. Kończę więc podstawówkę, udając, że wolę czytać powieści niż przebywać z ludźmi. Trochę to prawda, ale raczej nie mam wyboru. Wakacje spędzam obłożona książkami, właściwie nie opuszczając domu. Boję się, że przypadkiem je spotkam i znów natrafię na drwiące spojrzenia, złośliwe komentarze, wygłoszone niby szeptem, ale przecież tak, bym usłyszała każde słowo. Ich twarze powleczone są uśmiechem słodkim jak syntetyczny miód – niedobry i zalepiający gardło. Wrzesień zaczyna się lękiem, trzepoczącym gdzieś nad brzuchem. Nowa szkoła, podobnie jak poprzednia, przytłacza i przeraża. Do tego razi obcością. Ludzi, których nie znam, posądzam o niechęć i nieustanną ocenę. Z czasem nabieram ostrożnego podejrzenia, że w większości ich spojrzenia nie są natarczywe, ale obojętne, nie zwracają na mnie uwagi. Odczuwam niewielką ulgę. Już wtedy mocno się boję, a to jeden powód do obaw mniej. Pierwszego dnia okazuje się, że nie mam opłaconego ubezpieczenia, za co wychowawczyni mocno mnie karci. Znajome ściśnięcie żołądka, płonące policzki. Drugiego dnia zostaję przepisana do innej klasy. Muszę wejść na lekcję, a jestem spóźniona. Chwilę stoimy przed drzwiami pracowni fizycznej, ja i szykująca się do ataku panika. Wchodzimy razem. Sala pełna anonimowych osób i nauczyciel, którego napastliwe i sarkastyczne poczucie humoru budzi wątpliwość, czy to jeszcze są żarty. Nie mam możliwości być niezauważoną. Przepraszam za spóźnienie. Rozglądam się po klasie, szukając wolnego miejsca. Sekundy podzielone na nanosekundy, z których każda parzy w skórę. Jedna znajoma twarz, napotkany wzrok, prawie niedostrzegalne skinięcie głową. Przynajmniej tyle. Przyjaźnimy się do dziś.

3.

Trzymam się dobrych, drobnych momentów, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jak wtedy, gdy siedzimy na schodkach prowadzących na cmentarz żydowski, paląc i trochę milcząc, ale jednak więcej rozmawiając. W środku metalowej gwiazdy Dawida, przytwierdzonej do bramki, jest wyrwana dziura. Czasem wchodzę przez nią, przyglądam się macewom i coraz bardziej zatartym nazwiskom niepamiętanych mieszkańców. Ten brakujący element, skradzeni ludzie, od dawna mnie niepokoi. Szum przepływającej niedaleko rzeki łagodnie sączy się nam w uszy i chłodzi policzki. Wiosenny wieczór jest wilgotny, pachnie rozpulchnioną ziemią, chętnie, choć powoli szykującą się do rozkwitnięć. Zimno zakrada się pod ubrane, wbrew rozsądkowi i radom babci, zbyt cienkie kurtki. Trochę się przymuszam i przełamuję, ale też czuję na tyle swobodnie, żeby opowiadać o relacjach w mojej rodzinie. Pierwszy raz nie mam wrażenia jakbym kogoś zdradzała czy była nielojalna, po prostu snuję historie, przecież mogę to robić.

albo

W ramach kursu na prawo jazdy krążymy po ubabranym pluchą Żywcu. Któregoś razu, przy wysiadaniu, różowa czapka H spada z siedzenia i topi się w głębokiej kałuży jak akrylowy titanic. Na powierzchni zostaje tylko pompon. Zaczynamy się śmiać. Instruktor, którego karykatury chętnie rysujemy, irytuje się naszym brakiem koncentracji. Siadam za kierownicą bez żadnych wyjaśnień, bo często mówimy nieprzetłumaczalnymi na język innych żartami. To co nas bawi, poza tym, że zazwyczaj jest bzdurne, to drobne naruszenia fasad. Pęknięcia pozorów, przez które prześwituje absurdalność. Załamania w rzekomej powadze rzeczywistości. Ruszam, a we wstecznym lusterku widzę, że H nadal się śmieje. Raz na czas pojawiają się też draśnięcia na naszej znajomości. Uważam H za siostrę, ale nawet one miewają trudniejsze momenty. Największym złudzeniem, jakie pielęgnuję, jest to, że musi być idealnie. Nie jest łatwo z tego wyrosnąć i przechowuję je, przesuwam z relacji na relację. Muszę czuć się całkowicie kochana, bo inaczej nie czuję się kochana w ogóle. Kompletnie akceptowana, bo najmniejsza krytyka sprawia, że chce mi się płakać albo mam wrażenie, że się rozkruszam. Wpadanie w skrajności jest niezdrowe, o czym przekonam się wielokrotnie, ale teraz Alanis Morrissette zaczyna śpiewać „Ironic”. Uznaję to za dobry komentarz i pozwalam sobie nieznacznie podgłośnić radio. Instruktor nic nie mówi, ale widzę, że dłonią uderza w lewe udo, bezdźwięcznie wystukując rytm piosenki.

albo

Siedzę tuż obok N. Zrobiło się późno i noc wcale nie jest taka młoda. My natomiast tak. Rodzicom mówię, że idę na domówkę do koleżanki, tymczasem wsiadamy w pociąg i jedziemy na koniec świata, a przynajmniej Polski. Kilometr stąd zaczyna się Słowacja, wtedy jeszcze oddzielona twardą linią graniczną. Alkohol piję z umiarem. Niezbędna ilość wódki i niesmaczna popitka. Impreza rozkręciła się na dobre, ale jesteśmy od niej chwilowo oddzielone, otacza nas powłoka spokoju. Rozmawiamy nieco sennie i niespiesznie. Jest nam do siebie blisko. Ludzie pomieszali się, zapomnieli, kto z kim przyszedł i do której grupy towarzyskiej należy. Większość i tak tańczy w rytm jakiejś strasznej muzyki dobiegającej z sali poniżej. Nastąpiły przetasowania przy stołach. Przy naszym zjawił się chłopak, którego nie znamy. Nie zwracając na nas uwagi, układa się na złączonych krzesłach i zasypia. Opieram głowę na  ramieniu N i mówię: „dobrze, że cię mam i dziękuję, że kiedy czasem czuję się tak strasznie nieszczęśliwa, kupujesz mi lizaki w szkolnym sklepiku”. N coś odmrukuje, stroboskopowe światło nie przestaje migać. Po chwili wstajemy i dołączamy do tańczących na dole znajomych.

albo

Zakochuję się. Bezgranicznie. Z czasem uczysz się zostawiać miejsce na siebie w miłości, ale zanim to pojmiesz, zastanawiasz się, czy można tak bardzo zapaść w drugą osobę, by zapomnieć, że jest się kimś osobnym. Okazuje się, że tak. Śniliśmy się mi, zapisuję w zeszytach, jak nigdy wcześniej. A śnimy się każdej nocy. Księżyc zagubiony w kałuży i równocześnie zawieszony gdzieś wysoko jak lampa u sufitu, gdy wracamy do domu. Rozmazany tusz. Kiedy płaczę, oczy robią się zielone. Tym razem jest powód. Śmierć, widziana drugi raz w życiu. Blisko, bo na wyciągniecie dłoni. I znów tak samo niepokojąca. Dławiący smutek, ale też cienka zasłona nadziei i zapętlona jedna piosenka. Nieładny głos Billy’ego Corgana śpiewającego po swojemu „Dancing in the Moonlight”. To zaczęło się wcześniej, ale ten przedziwny nastrój zimowej nocy wpycha mnie jeszcze głębiej, odcinając jakąkolwiek drogę powrotną. Nawet nie wiem, kiedy pogrążam się w złudzeniu. Ryzykownie łatwo ześlizguję się w przekonanie, że jeżeli czasem się smucę i ktoś to akceptuje, to w innych momentach, taka jaka jestem, po prostu mogę być. Idę ulicą, chociaż nie pamiętam, żebym dotykała chodnika. Może tańczę, a może jednak jadę samochodem i śpiewam. Czuję się tak lekkojasna, jakbym nie była sobą. Ktoś do mnie zagaduje, ktoś się uśmiecha. Dookoła dzieją się nieoczekiwane rzeczy. Kreują się małe, ale zachwycające cuda, a ja tylko wyciągam po nie ręce. I nagle orientuję się, że „Stories from the City, Stories from the Sea” to już nie tylko aktualna ścieżka dźwiękowa pędząca w odtwarzaczu. To życie stało się jedną z piosenek PJ Harvey. Tą drugą na płycie i ekstatyczną. Otwieram się na doświadczenie krystalicznej szczęśliwości. Jakbym była ulubionym dzieckiem wszechświata i każdy mój krok był właściwym, pięknym, prowadzącym w najlepszym kierunku. Ta świadomość trwa krótką chwilę, ale przenika mnie i naświetla. Zyskuję całkowitą pewność i już wiem, że nigdy nie przestanę się za jej powtórzeniem rozglądać.

4.

Wakacje ciągną się niemiłosiernie. Przychodzę do H albo ona do mnie. Nudzimy się wspólnie, bo zawsze to ciekawiej niż w pojedynkę. Kiedy już naprawdę nie mamy pomysłów, mówię, przekłuj mi uszy w dwóch miejscach. Potem ozdabiam się kolejnym posrebrzanym kolczykiem a ona mówi, że to fajnie wygląda. Trzymamy się razem już od jakiegoś czasu, chociaż różni nas wzrost, upodobania muzyczne i wyznanie. Zupełnie inne rzeczy nam się podobają i interesują, ale to samo śmieszy i chyba od tego zaczyna się przyjaźń. W międzyczasie próbuję czytać, ale nie umiem się skoncentrować. Lektury, które dostałam od polonistki na te letnie miesiące, w ogóle do mnie nie trafiają. Czuję gorączkowe rozedrganie na zmianę z otępieniem. Jestem obowiązkowa i to, co o mnie myślą inni, ma znaczenie, więc w końcu zabieram się za te książki. Czytam je powoli, do ostatniej kartki, zacinając się i wracając do poprzedniej strony. Gubię się w fabule i mylę bohaterów. Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie i dlaczego właściwie to robię. Utwierdzam się natomiast w przekonaniu, że najwidoczniej zgłupiałam. Albo chwilowo gdzieś przepadłam. Jeszcze paręnaście miesięcy temu pochłaniałam po cztery powieści naraz, zapamiętywałam detale i miałam zdanie na każdy temat. Teraz moja odpowiedź na dowolne pytanie brzmi „nie wiem” i jest to tarcza, którą chronię się przed napastliwością coraz bardziej przytłaczającego świata. W ten sposób proszę, by zostawił mnie w spokoju. Wieczorami przesiadujemy z H na balkonach, pijąc wino z jabłek. Wytwarza je, na zapleczu codziennych obowiązków i ku zdegustowaniu reszty rodziny, dziadek Antek. Nam smakuje. Rozmawiamy o tych samych sprawach. Obgadujemy ludzi. Zastanawiamy się, kto w ogóle chce tu mieszkać i co musiało pójść nie tak w życiu tych, którzy tu utknęli. I że nas to oczywiście nie spotka. Potem chłopacy, następnie szkoła. Właściwie nie poruszamy kwestii związanych z przyszłością. Wydaje się czymś bezspornym, że niedługo stąd wyjedziemy i raz do roku wrócimy na Boże Narodzenie. Nie mamy konkretnych planów, nie zastanawiamy się nad karierą, miejscem zamieszkania, dorosłością. Jesteśmy natomiast pewne naszej przyjaźni. Tego, że nadal będziemy jak siostry. I że za pięćdziesiąt lat tak samo usiądziemy na wyściełanej poduszkami huśtawce, żeby porozmawiać o tym, jak wszystko nam się udało. Tylko wino zamienimy na argentyńskie i wytrawne. Nieustannie przeskakuję między dwiema rzeczywistościami. Jedną, w której wierzę w taką kolejność wydarzeń i drugą, w której czuję, że przyszłości nie ma żadnej.

5.

Jest grudniowe popołudnie, ale perspektywa euforycznej atmosfery świąt wydaje się odległa. Miasto jest ciemne i brudne, zanurzone w trujących oparach sezonu grzewczego. Spędzam kolejną godzinę w poczekalni poradni psychiatrycznej, w budynku pamiętającym jeszcze Galicję. Czekam na wyczytanie mojego nazwiska. Dookoła widzę smutnych, dociśniętych niewidzialnym ciężarem ludzi. Rozpisuję im biografie, opierając się tylko na rysach twarzy. Doszukuję się śladów nałogów i nieszczęśliwych zdarzeń, lat zmagań, konieczności stabilizacji chemii w głowie chemią z apteki. Z koleżanką oglądamy czasem w gazecie zdjęcia zbiegłych przestępców. Patrząc na te fotografie, zwykle niekorzystne, zgadujemy, za co są ścigani i jesteśmy w tym faktycznie niezłe. Jakby zbrodnie i załamania psychiczne żłobiły charakterystyczne znaki na skórze, niechciane tatuaże, które definiują wiek duszy bardziej niż zmarszczki. Czas płynie powoli, w poczekalni panuje cisza. Nie mam nic do czytania, więc znów przeglądam twarze otaczających osób. Nie czuję się od nich lepsza ani nimi nie gardzę. Większości współczuję, zwłaszcza tym zmarnowanym, przygaszonym kobietom, które zapewne mają dziesięć lat mniej niż wyglądają. Czuję się jednak od nich oddzielona. Nie jestem jak one, nie pasuję do tego miejsca, trafiłam tu przypadkiem. Po prostu, bez konkretnej przyczyny, przestałam czuć się dobrze. I teraz ciężko mi funkcjonować. Jakbym wypadła poza orbitę. Potrzebuję niewielkiej pomocy w sprowadzeniu się na właściwy tor. Ta chwila trwa już trzeci czy czwarty rok, ale nadal usiłuję postrzegać ją jako drobne zakłócenie, a nie permanentny stan. Uczciwie przyznając, mam swoje powody, są jednak głupie i wydumane, więc nie wspominam o nich nikomu. Przesiadujący tu ze mną ludzie są dorośli, zmęczeni egzystencją, pracą i czymkolwiek, co ich pogrąża. Ja dowód osobisty mam od niedawna, słucham Pearl Jam i Loreeny McKennitt, chodzę na dodatkowy angielski. Ich cierpienie jest prawdziwe, moje przylepiło się do głowy i nie mogę go oddrapać. Radzę sobie w szkole, nie sprawiam problemów, za to sprawiam dobre wrażenie. Udaje mi się prześlizgiwać przez tę licealną i rodzinną codzienność, a lista osób, które zwracają baczniejszą uwagę, jest naprawdę krótka. Wszystko jest w porządku. Z wyjątkiem tych momentów, kiedy nie jest, ale przecież łatwo dam się naprawić. Głowa to nie fizyka kwantowa. Tej podstawowej nie rozumiem w ogóle, zresztą nauczyciel to nieprzyjemny typ. Ta cała sytuacja musi być pomyłką. Monolog toczy się od dłuższego czasu i już nie daję rady go słuchać. W końcu przełamuję nieśmiałość, podchodzę do okienka i pytam, kiedy zostanę przyjęta. Muszę przecież zdążyć na powrotny pociąg. Pielęgniarka ma pretensje. Okazuje się, że zapomniałam się zarejestrować. Nie rozumiem, bo przecież ostatnio umówiłam się na dziś, mam to napisane na kartce. Nie wyjaśnia, dlaczego powinnam to zrobić ponownie. Ostatecznie wnosi moją kartę do gabinetu i po chwili ja też jestem w środku. Zirytowana lekarka szybko wystawia receptę, głośnymi westchnieniami manifestuje niezadowolenie. Nie wiem, czemu się na mnie gniewa, ale na wszelki wypadek przepraszam i uciekam. Ta sytuacja zalega nieprzyjemnie jeszcze po powrocie do domu. Leżąc w łóżku, przyglądam się jej dokładnie po raz kolejny, a potem, jak to zwykle bywa, płynnie przechodzę do podobnych z ostatnich tygodni. Maszyna do rozpamiętywania się rozpędza i już nie umiem jej zatrzymać. Jestem zupełnie rozbudzona, chociaż wiem, że lekcje zaczynam tuż po siódmej i muszę wcześnie wstać. Może jednak nie wstawałabym w ogóle. Mimo wszystko, tuż przed zaśnięciem rozlega się niewyraźny głos. Krótki jak mignięcie światła latarni. Obiecuje, że od teraz jednak będzie trochę lepiej.

Musisz wziąć się w garść i bardziej postarać, mówię, widząc w lustrze odbicie twarzy, której najbardziej w świecie nie chcę oglądać. Za niedługo masz maturę i musisz ją zdać, bo jeżeli ci się nie uda, zawali się świat. Nigdy stąd nie wyjedziesz. Po prostu nie masz innego wyboru, jak wziąć się do roboty i przestać mazgaić. Najwyższy czas, bo to już chyba ze trzy lata, od kiedy jesteś tak niepozbierana i zachowujesz się, jakbyś była ranna. A przecież nic ci nie jest. Marnujesz czas na smutki, a to najlepszy okres twojego życia. Lepiej już nie będzie, bo potem dorosłość i obowiązki. Dzieciństwo i wczesna młodość są najwspanialsze. Beztroskie. Słyszę to, odkąd pamiętam. Dlatego, jeszcze raz powtarzam, pozbieraj się, zacznij uczyć. Ciesz się tym, jak jest świetnie. Naprawdę wszystko przed tobą, tylko mocno w to uwierz, zmień nastawienie i częściej zwlekaj się z łóżka. Są takie momenty, kiedy przyszłość wydaje się otwarta i jasna. Śpiewam wtedy z Tomem Pettym. O wiele częściej zdarzają się te, kiedy w ogóle ma jej nie być. Coraz trudniej jest mi chodzić do szkoły, rozmawiać z ludźmi. To, co sprawia, że funkcjonuję, nazywa się chyba poczuciem obowiązku. Chociaż chciałabym mieć anarchistyczną duszę, kiedy przychodzi co do czego, zbieram się w sobie i wbrew sobie. Uczę się do sprawdzianów, piszę wypracowanie, rysuję schemat. Czytam zadane lektury, odpowiadam na postawione pytania, maturę zdaję celująco. Parę tygodni przed nią budzę się gwałtownie z uczuciem, że coś miażdży mi krtań. Rodzice wzywają karetkę, ale to nie astma, reakcja alergiczna czy przedwczesny zawał. Po prostu atak paniki w pełnej okazałości. Następny pojawia się, gdy jesteśmy na koncercie. Nagle przestaję słyszeć muzykę, za to nabieram przekonania, że otaczający tłum zaraz mnie zgniecie. Znów nie umiem oddychać. A jest wściekły, ale nie wiem, czy dlatego, że się martwi, czy dlatego, że musi mnie szukać, zamiast słuchać w spokoju Kultu. Potem jeszcze jeden przed egzaminem wstępnym. Tracę czucie w nogach, nie mogę wysiąść z auta. Nie potrafię jednak przestać. Z zaangażowaniem podtrzymuję fasadową budowlę symulowanej normalności, chociaż jej fragmenty kruszą się i spadają na głowę. Nawet jeżeli nie mam do tego przekonania, coś nie pozwala mi odpuścić. Czekam, aż panika minie, ruszam dalej. I na zmianę albo sobą gardzę albo doceniam, widząc w tym pancerz, który trzyma mnie w całości i nie pozwala się rozpadać na milion małych części. Przynajmniej nie nazbyt długo. Rozsypuję się, ale kiedy na horyzoncie ukazuje się konieczność, sklejam się, reperuję i wkrótce jestem gotowa do działania.

7.

Na początku listopada wracam do domu pierwszy raz od rozpoczęcia studiów. Nie było mnie tu ponad miesiąc i oczywiście nic się nie zmieniło. Nie wiem dlaczego oczekuję, że coś miałoby być inaczej. Ta miejscowość trwała niewzruszona przez całe moje życie. Nie mogło jej odmienić trzydzieści parę dni ani mój wyjazd. Ludzie mieszkają pod oczywistymi adresami, robią zakupy w tych samych sklepach. Budynki szkół, do których chodziłam, są wypełnione po brzegi. Rzeczy dzieją się poza mną i beze mnie. Jestem zawieszona między światami, bo do tego już nie należę, a nowego jeszcze nie znalazłam. Właściwie to nie mam domu. Odkąd pamiętam, lubię ten czas przełomu października i listopada. Jesień nie udaje już wystraszonej, dzikiej lokatorki, zadomowiła się na stałe. Rzuca liście pod podeszwy butów jak żółte, szeleszczące wyzwania. Święto zmarłych, wyczuwalna wiotkość kurtyny między światami. Coś jest po drugiej stronie, wiem to na pewno. Chodzimy wieczorem wąskimi alejami, depczemy ścieżki między grobami, cmentarz otula pomarańczowa poświata. Ciepło płomieni zatkniętych w nieosłonięte znicze kontrastuje z dalekim, zimnym niebem. Twarze pokryte są migotliwymi cieniami. Zanim odpowiem „cześć”, zastanawiam się, czy znam tę osobę, czy to tylko złudzenie i widzę tego, kogo chciałabym zobaczyć. Przypadkowe spotkania obfitują w szczegóły i pełne ekscytacji relacje z pierwszych tygodni dorosłego życia. Śmiechom nie ma końca, więc dołączam do tej narracji. Szybko przymuszam się do entuzjazmu i snuję własne, okraszone humorem opowieści. Przecież nikt nie chce słuchać o tym, jak jest naprawdę. W poniedziałek nad ranem wsiadam do autobusu, żeby zdążyć na pierwsze zajęcia. Na dworcu jest zimno, ciemność poranka rozłupuje tylko światło ciasnej poczekalni, jarzeniowe i jątrzące. Oczy mam zapuchnięte z niewyspania i chyba od płaczu. Żołądek spleciony w twardy, uwierający supeł. Nie chcę, nie chcę tu być. Chcę natomiast cofnąć czas i wrócić do dowolnego fragmentu ostatniego roku, ostatnich miesięcy, zanim skończył się wrzesień i niech nikt mnie nie budzi. Nawet do tych, które w momencie trwania były trudne, ale zazwyczaj znajdował się ktoś, kto trzymał mnie za rękę i pomagał przez nie przejść. Do zimowych wieczorów spędzanych na drewnianym poddaszu, bezowocnego zakuwania dat historycznych. Niedzielnych wizyt u babci i dziadka, na które zawsze przychodziłam spóźniona, bo po mszy zagadywałam się z przyjaciółką. Nerwowego doczytywania nadprogramowych lektur w noc przed egzaminami. Bliskości, wiszenia na telefonie, spacerów z psem. Mojego regału z książkami, karteczek zostawianych przez mamę zanim wyszła do pracy. Nawet do tego okropnego września, dekoracji – instalacji z rajskich jabłuszek zasypanych solą. Picia kawy na tarasie z babcią, zanim wróciła do siebie. Słuchania radia i odtwarzania tych samych piosenek. Złamanego serca, które naprędce próbowałam polepić taśmą klejącą. Co się oczywiście nie udało, bo takie rzeczy naprawiają się same, choć czasem trwa to długo i nie trzeba się tego wstydzić. Ponad dwie godziny rozrywanego snu, w autobusie, w którym albo nie działa ogrzewanie, albo jest za gorąco. Słuchawki zsuwają się z uszu, kaseta znów się kończy. Tej składanki w ogóle nie powinnam słuchać, bo straszy wspomnieniami, do których nie mam już prawa. Jestem niemal na miejscu. Nerwowo zgarniam swoje rzeczy i przez tłum pasażerów mozolnie przeciskam się do drzwi. Nie pomyślałam, żeby usiąść z przodu, a teraz nie mogę wyjść. Narosłe wrażenie uwięzienia powoli ustępuje, kiedy znajduję się na zewnątrz. Siadam na ławce na przystanku i głęboko, blisko granicy hiperwentylacji, wciągam powietrze. Pachnie mieszaniną smogu, spalin i jesiennej wilgoci. Nie dam rady, mówię głośno i czuję, że to już nie marudne zawodzenie, jakie kołatało mi w głowie przez ostatnie tygodnie, ale twarda konstatacja, zaistniały fakt. Ta myśl ma fizyczny ciężar uderzenia w brzuch, nagłego kopnięcia. Na chwilę przestaję więc oddychać, zaciskam powieki tak mocno, jakbym chciała je zespawać samą siłą woli. Otwieram oczy i płuca i już wiem, że jestem całkiem bezbronna i że w tej formie, w jakiej istnieję teraz, po prostu tego wszystkiego nie przetrwam.

Kasia Motyka Aktualnie w życiu głównie czytam i matkuję (również kotom), urzęduję (na etacie) i piszę
(poza nim). Lubię drzewa oraz góry. Nad morze, niestety, mam daleko.

Jagoda Jaworska – urodzona 24 czerwca 1997 roku w Świeciu. Absolwentka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dyplom zrealizowany w Katedrze Grafiki UMK na Wydziale Sztuk Pięknych. Specjalność Grafika Warsztatowa, pracownia Wypukłodruku prowadzona przez prof. Marka Basiula dra hab. oraz dra hab. Michała Rygielskiego prof. UMK. Wśród osiągnięć dwie wystawy indywidualne oraz udział w dwudziestu ośmiu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. W roku 2021 stypendystka Miasta Świecie, Miasta Toruń oraz Ministra Edukacji i Nauki za znaczące osiągnięcia artystyczne. Interesuje się wszelkimi technikami graficznymi, w czasie studiów tworzyła głównie w technikach linorytu oraz drzeworytu, a także zajmowała się zagadnieniami z zakresu grafiki projektowej, w szczególności ilustracjami książkowymi.