Justyna Hrycyk – opowiadanie
Czas płynie, to naturalne; czujesz to pod skórą, coś tam się mnoży, akumuluje – miąższ, sok, ciecz, sole mineralne. Przebudowa i przepływ. Jej ulubione owoce – kwaśne jabłka. Twoje ulubione owoce – śliwki mirabelki. I tobie i jej, póki co, do nich daleko. Pestki ocierają wam się o skórki, cienkie powłoki, pergamin, rząd komórek – i nawet pestki nie są tu pestkami. Jeszcze. Po kolei. Coś się zalęgło, coś się połączyło; zrzuciłyście płatki. Ładnie to już było. Teraz pora na więcej, teraz pora wnieść w końcu jakieś znaczenie. Wejść w słowo. Nazwać. Wpłynąć. Wsadzić do środka, do ust. Pociec po brodzie. Zabrudzić coś, kapnąć, wsiąknąć, chociaż potencjalnie…
Przełknąć.
Nie, jeszcze nie. Jeszcze jesteście twarde, od tego mógłby boleć brzuch, mogłoby się zrobić mdło i słabo. Choć pokusa jest… spora. W końcu odbijacie promienie słońca, jest letni poranek, na waszych twarzach skrapla się chłód minionej nocy. To drobiazg. Macie drobne ciała, chłodne i zielone, ledwo was widać przez gąszcz tych wszystkich spraw. To jest ich pora. Żarłocznie piją słońce, rzucają się na strumyczki lśniących fotonów. Robią im miejsce. Potrzebują uwagi. Potrzebują być widziane, tańczą, podskakują, kładą się na wznak w blasku reflektorów. Nie ma co próbować. W przelocie słońce muska waszą skórę. Kilka z was spadło. Głuchy dźwięk. Łup. Straciły swoją szansę. Coś się zmienia, pęcznieje, twardość cofa się do wewnątrz. Jesteście tu. Widać już pierwszy rumieniec.
Widać wzrost.
Sama zmiana rozmiaru to nie sukces. Owszem, to dużo – mieć różne warstwy, choć nienazwane, nie do końca wiadome. Ale jest rozróżnienie, są sekcje, te momenty w was – nowe poziomy doznań, nowe poziomy wypełniającej się świadomości. Sok. Kolor. Cukry. Zapach i smak. Widoczność. Kształt i faktura. Twoje pomysły, jej marzenia, pierwsze słowa, pierwsze próby wyjścia poza. Tak, w końcu, to o was są te spojrzenia, to wy już macie imię – już mogłybyście puścić, lecieć, upaść i czekać, aż ktoś się schyli, bez wysiłku, tak po prostu…
Lub trzymać i czekać. Aż ktoś sięgnie. Aż podniesie ręce.
Bo wymagacie. Wysycacie się kolorami, jesteście coraz pełniejsze, słodsze i soczystsze. Wrastacie już w swoje nazwy, w imiona, zasługujecie na nie, obracacie na języku pewną wartość. Wiecie, że już pora. Wiecie, co to znaczy. Wasz widok powoduje chęć, pragnienie, głód zmiany, usta otwierające się, by coś… (wyjąć/włożyć?) To wasz moment. Wasze pięć minut. Wasz ciężar, potrzeba uziemienia, gruntu – może was uwolnić, to szczery ruch. Teraz albo nigdy.
Puszczaj.
Lot. Wszędzie wokół, to wasze siostry, słyszycie ich pisk, ich radość, ich szczerą nadzieję. Łoskot. Łomot. Uderzenie. Są piękne, odważne i szczere, ich pędzące ciała roztaczają ciepły zapach, kolor uczucia. Trach. Wypełniacie się, coraz bardziej, miękniecie, jesteście gotowe, jesteście chętne. Drżycie z ekscytacji. A jednak. Jakaś obawa, zdrewnienie u nasady, wygoda, komfort. Coś trzyma. Ona spada. Z zazdrością obserwujesz, jak lśni w trawie. Jak inne rozbijają się o chodnik. Turlają pod koła. Są zabierane. Wgryza się w nie życie. Wgryza się świat. Zęby. Ona cieknie po brodzie. Ich ciała budują fabułę, ich ciała znikają, wypełniają przestrzeń lub wsiąkają w ziemię.
Ich ciała coś znaczą.
Twoje ciało nabrzmiewa, zaczyna parzyć, pęcznieć. Gotuje się w środku. Masz ostatnią szansę, coraz mniej możliwości, coraz większe ryzyko, coraz węższy kanał. Rozpad. Coraz więcej podziałów, dezintegracja, słodycz potrzebująca ujścia, słodycz potrzebująca przetworzenia. Chcesz się dokonać, chcesz zostać częścią, czegoś, kogoś, pęknąć, rozłożyć się na micele, wpleść w nowe ciągi, znaczenia, struktury. Związki organiczne. Napięcie odbiera ci radość, pulsujesz, przelewasz się, dezintegrujesz. Już nie ciało stałe. Jeśli teraz puścisz – rozbijesz się. Eksplodujesz. Pękniesz. To pewne. Jeśli nie puścisz – uschniesz.
Czas płynie. Czas podejmuje decyzję.
Pisarka, artystka, kuratorka wypoczynku, pasjonatka cukiernictwa oraz fanatyczka czipsów duszków. Autorka książki prozatorskiej „girl dinner” (wydawnictwo Cyranka, premiera wiosną 2026); publikowała między innymi w magazynie Helikopter, Tlenie Literackim, Szajn, zinie „Fire” kolektywu Girls and Queers To The Front. Jej ulubiony cytat to „wszystko wszędzie naraz”. W rozkroku pomiędzy wsią a miastem; obecnie, na chwilę, w Warszawie.
Weronika Węgrzyn – mieszka i tworzy w Warszawie, ale w wolnych chwilach często ucieka do natury. Jest studentką grafiki stołecznej ASP, a prywatnie miłośniczką gotowania oraz tatuażu. Inspiruje się popkulturą, historią sztuki oraz grzybami. Lubuje się w grafice warsztatowej oraz działaniach intermedialnych.