Echo Palonek-Kozdęba – Rozmawiajmy z dziećmi o rzeźniach
1
Na stole u babci leżą gołębie ułożone w stos. Zostałem sam w kuchni. Dotykam otwartego oka, wkładam palec do dzioba i wpycham go dalej. Czuję coś mokrego. Cofam rękę. Przyglądam się jej, jakby stała się obca. Uciekam z kuchni.
Nie pamiętam, czy poszedłem do łazienki, czy nosiłem na skórze ślad gołębiego gardła. Zróbmy tu cięcie. Znów stoję w kuchni, piec się pali, obok niego leży drewno, a przy nim stoi babcia. Trzyma w rękach ptaka z rozprutym brzuchem. Widzę róż i czerwień, i małe serce, które przypomina truskawkę. Babcia pokazuje mi, jak gołąb wygląda w środku. Nie rozumiem. Nie pojmuję, co mu się stało i dlaczego tak można. Wygląda ohydnie, ale interesująco. Nie przychodzi mi do głowy, że babcia zrobi z niego obiad.
Dostaję uciętą nóżkę. Na końcu krzepnie krew, prawie nie zostaje na palcach. Łydka ptaka ma dziwną, gumową strukturę. Nie przypomina żywej istoty, jakby ktoś wyrwał ciało z porządku, który znałem, i kazał mi nadążać. Noszę kończynę w ręce po ogrodzie i nie wiem, co mam z nią zrobić. Próbuję się bawić. Chyba po to ją dostałem. Nóżka skacze po drutach płotu, za którym dziobią ziemię kury. Śmierdzi od nich. Obok domu stoi klatka dla psa. Postanawiam udawać, że mam przy sobie całego żywego ptaka. Bez przekonania. Ontologia ptasiej nóżki, sens jej ucinania, koniec bicia truskawkowatego serca nie układają się w żadną całość. Nie widzę nikogo dookoła; moje kuzynki pojechały gdzieś z rodzicami, babcia gotuje na górze, a dziadek… dziadek musi gdzieś siedzieć, może ogląda telewizję. Wypatruję samochodu mamy, a kiedy przyjeżdża i przechodzi przez bramę, pokazuję jej zabawkę. Mama hamuje odruch wymiotny, wyrywa mi z ręki kawałek zwłok i wyrzuca go. Próbuję wyobrazić sobie, gdzie wylądowała odebrana mi nóżka. Idziemy po schodach, wpadamy do łazienki, babci brak, myjemy ręce, szorujemy. Pakujemy się do samochodu. Czuję, że zrobiłem coś złego.
2
Tata przywozi od babci mięso. Siedzę przy stole i mieszam widelcem w potrawce. Nie chcę, mówię. Przełykam. Myślę o króliku, który wił mi się w rękach, kiedy wyciągnąłem go z klatki. Dziadkowie mieli całe pomieszczenie z klatkami za garażem. Króliki chowały się przy ścianach i nie chciały wychodzić. Trzymałem na rękach dziecko z bijącym sercem i ostrymi pazurkami, i nie rozumiałem, dlaczego nie chce się do mnie przytulać. Odsuwam talerz. „Kiedyś jedliśmy też nutrie”, mówi tata. Kończy po mnie obiad.
Nie widziałem w tym pokarmu. Nawet futro martwego zwierzęcia w dotyku przypomina sztuczny materiał. Nie przywodzi na myśl obrabianego chemicznie produktu ferm, który ma udawać coś zdrowego, zdjętego prosto ze służącego do tego zwierzęcia, dar natury. Nie. Prawdziwe futro to zmatowiała szczotka, która obleka wypchane, sztywne ciało, które walczyło ze śmiercią, czymś niezrozumiałym, i przegrało. Myślę o norce, z której ktoś musiał zedrzeć skórę. O kocie, którego samochody wjeździły w ulicę, ale zanim uległ dezintegracji, szarzał, malał, naciskał na napiętą granicę między żywym a niegdyś żywym. O spuchniętym jeżu przy przystanku i potrąconym lisie przy alejach w Krakowie, który leżał tuż obok chodnika jak porzucona marionetka, której śmierć w wyniku kontaktu z maską samochodu nie przemieniła w dowód ludzkiego triumfu, tylko w rysę, skazę w całym układzie.
Kilka lat później, a może w tym samym czasie, kolega spod bloku zabija kamieniem gołębia. Rzuca w niego, zwierzę upada i leży. Chcę powiedzieć, że tak nie można. Kiedy przypominam sobie tę sytuację, czuję się, jakbym brnął przez sen. Słowa nie wychodzą. Znów to uczucie, że coś nie pasuje. Gołąb leży na trawie pod balkonami przez kolejne dni, tygodnie, gnije i wiją się w nim larwy. Znika.
3
Mam piętnaście lat. Wydłubuję ryż spomiędzy kawałków gulaszu. Ten lipiec to czas ostatnich kęsów mięsa. Po kilku miesiącach odejdą inne produkty odzwierzęce.
Czuję potrzebę nadrobienia czasu. Chciałbym, żeby ktoś wytłumaczył mi weganizm wcześniej. Nazwał to coś — zdziwienie, które czułem, mglistą mieszankę wstrętu, ciekawości, dezorientacji, strachu i oburzenia. Instynkt niedrapieżniczy, tak bardzo, bardzo niedrapieżniczy. Widzę w swoich pierwszych dziecięcych odruchach początek zwątpienia w zasadność przemysłu, który produkuje cierpienie w imię ludzkich kubków smakowych. Chciałbym połączyć doznania z przekonaniami wcześniej; myśleć brzuchem i pozwolić ciału na zaangażowanie w dyskurs na rzecz praw zwierząt — ale nie miałem języka, nie ze złej woli rodziny, nauczycieli czy mediów, ale z rozpędu, z jakim pomijamy wezwanie etyczne, które leży w zdziwieniu na widok cierpienia i bezsensownej śmierci. Język wyrósł mi za późno. Dobrze, że w ogóle.
4
Mam dwadzieścia pięć lat. Niedługo zacznie się grudzień, idą święta. Do tej pory spędzaliśmy je z dziadkami — tym razem od strony mamy. Siadaliśmy przy stole i przynosiliśmy bezzwierzęce jedzenie. Oni mieli swoje kawałki kiełbasy, sałatkę warzywną z majonezem, ciasta. „To wegańskie? a to? a tamto?” — pytał dziadek. „Wegańskie to pewnie z mchu i paproci. Łe, niedobre. A szyneczki nie spróbujesz? Ale w tej sałatce nie ma mięsa. Herbatę pewnie też swoją przynieśli. A które to nasze? A te pierogi to wiesz z czym? Z mięsem z kotka”. Przez jakąś grzeczność siedziałem i słuchałem co roku tych samych żartów, tej samej szydery, jakbym w ich oczach nigdy nie dorósł do działania zgodnie z przekonaniami, które nie zasługują na bezrefleksyjne wyśmianie. Przychodzę tam wciąż jako dziecko zdziwione śmiercią. Nie chcę świąt, które wyglądają jak komunia pogardy nad stołem pełnym zwłok.
Muszę zrobić coś inaczej. Organizujemy swoje święta, czcimy zimowe przesilenie. I coś się zmienia. Nasz nowy dom — mój i mojej ukochanej — odrzuca mięso, a okrucieństwo odbija się od drzwi. Nie ma tu miejsca na zwłoki. W jakimś sensie czuję, że zdziwione dziecko też zostało tam, gdzie musiało słuchać, że za chwilę umrze, bo roślinna dieta to niezdrowy wybór; gdzie kotlet chował się pod ziemniakami. Próbuję nadrobić czas i przeprosić tego, który zajmował to ciało lata wcześniej, za to, że nie mogłem powiedzieć mu, że jego instynkt mówi prawdę — i to, że nie może przeżuć mięsa bez myśli o tym, że zaraz się porzyga, to nie wybrzydzanie i fanaberia; to impuls niekrzywdzenia, który zgasł i musiał obudzić się po kilkunastu latach.
Jeśli przyjdzie mi kiedyś wychowywać człowieka, powiem mu lub jej to wszystko. Nie chcę uczyć okrucieństwa i usprawiedliwiania go; pomijać istnienia przemocy wobec tych, którzy nie mogą powiedzieć niczego w swojej obronie. Mamy kontakt z przemocą od najwcześniejszych lat. Rozpoznanie, że zwierzętom też dzieje się krzywda i rozmawianie o tej krzywdzie, o jej powodach, nie stanowi skrętu w nieznane. Dyskusja o sprawiedliwości wobec pozaludzkich istot, choć narusza idylliczny fantazmat dobrego gospodarstwa, pozostaje konieczna, jak wyjaśnienie, że kiedy twoje dziecko uderzy drugie łopatką w piaskownicy, uderzone odczuwa ból.
5
Oto bonusowy przegląd literatury. Moja partnerka przyniosła do domu książkę „Zwierzęta hodowlane” — z jakiejś serii dla dzieci. Design mówi: wczesne lata dwutysięczne. Rok wydania wchodzi w polemikę. Angielska wersja wyszła w 2014, a polska w 2025. Seria nazywa się „Odkrywanie świata”. Na okładce w stronę obiektywu zerkają koń, świnia, kura, kaczka, owca i krowa. Przeglądamy książkę razem, choć chyba oboje wiemy, co znajdziemy w środku.
Za każdym razem zaskakuje mnie eliptyczność języka używanego do opisywania rzeczy, które dzieją się w przemysłowej produkcji mięsa. Przede wszystkim: setting wszelkich mięsnych fantazji to nie rzeźnia, chodzenie we własnym gównie, obcięte dzioby, gwałt. Nie — punkt wyjścia to gospodarstwo. Takie z drewnianym płotem, pastwiskiem i, jak podkreśla książeczka, z przestrzenią dla zwierząt oraz zachowaniem higieny.
Budowanie takiego zestawu skojarzeń służy nie tyle opisowi i edukacji, co oddaleniu krzywdy; to polewanie tła wybielaczem, żeby je zdezynfekować.
Mój ulubiony fragment książki to ten o tresurze wołów. Dowiadujemy się, że „woły są dość inteligentnymi zwierzętami i dają się tresować. Woźnica lub treser uczy je reagować na komendy. By wytresować zwierzę, polecenia takie jak »wstań« lub »cofnij się«, podaje słownie albo naśladuje dźwięk bicza”. I oto rodzi nam się kolejna fantazja o magicznych woźnicach, którzy nauczyli się języka zwierząt i nie potrzebują zewnętrznego odniesienia w postaci narzędzia przemocy — samo naśladowanie dźwięku bicza wystarczy, żeby zwierzę pilnie się uczyło. Nie wiemy, skąd bierze się chęć wykonywania poleceń na ten sygnał. Chyba po prostu im się podoba, prawda? Woźnicy szepczą tylko łagodnie do wolego uszka i już, byk sam chwyta za sprzęt i idzie orać pole. Świat mięsożerców otacza magia, której sami nie doceniają.
Takie książeczki sprzedaje się w 2025 roku. W kraju, w którym rocznie w ubojniach ginie ponad miliard kur [1], a politycy tacy jak Przemysław Czarnek potrafią spłakać się, że zamyka się fermiarskie obozy koncentracyjne [2].
„Wychowując się w społeczeństwie, gdzie spożywanie mięsa jest przyjętą normą i kulturowym zwyczajem, dzieci nie podejrzewają, że kryje się za tym krzywda i cierpienie zwierząt. Tak jak kiedyś my, dorastają w przekonaniu, że zwierzęta hodowlane wiodą szczęśliwe życie na łonie natury, otoczone troskliwą opieką człowieka. W istocie kolorowe ilustracje z bajek prezentują sielankowe obrazy wiejskiego życia: wesołe kaczuszki, kury i gąski dziobią trawę pod błękitnym niebem, słodkie cielaczki i prosięta biegają beztrosko u boku swych mam, a owieczki i kozy pasą się na łące wśród pachnących ziół. Dzieci nie znają widoku smutnych zwierząt lękliwie spoglądających zza krat, ciemnych, ciasnych i brudnych pomieszczeń czy wyrazu ich przerażonych oczu podczas transportu do rzeźni” [3].
A powinny. Rozmawiajmy z dziećmi o rzeźniach. Chciałbym, żeby ktoś porozmawiał ze mną wcześniej.
Listopad 2025
Źródła:
[1] https://oko.press/polskie-kury-zyja-w-cierpieniu-by-maksymalizowac-zyski-co-roku-zabijamy-ich-ponad-miliard [dostęp 17.11.2025 r.]
[2] https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32339985,zakaz-hodowli-zwierzat-na-futra-czarnek-oburzony-nie-mam.html [dostęp 17.11.2025 r.]
[3] Marfiak D, Rey J., Mamo, Tato – dlaczego nie jemy zwierząt?, Kraków 2014, s. 3
Echo Palonek-Kozdęba z nieznanych nikomu powodów przyjęło w 2000 roku ludzką
formę i od tamtej pory nawiedza okolice Krakowa. Studiuje twórcze pisanie na ujocie.
Jagoda Bujno ilustratorka i graficzka. Tworzę ilustracje, animacje i pomagam markom mówić ciekawiej i bardziej po swojemu. Wierna fanka kina i literatury pięknej. Instagram: @byblurrythings