Albert Sienkiewicz – trzy wiersze
Martwe dziwki i polny folk
Martwe dziwki znajdowane na torach i rzekach
na początku seriali kryminalnych przypominają mi
dzieciństwo, bardzo lubiłem tramwaje i cieki wodne,
każdy dzień był pełen niespodzianek.
Wrażenia ulegały progresji, błahe były wypierane
przez te silne, umięśnione, które karmiły mnie białkiem
widoków, zapychaczami zapachów, prowadziły
priorytetowe śledztwo w ścianach mózgu,
podówczas wyściełanego trocinami.
Rzeki i tory zawsze dokądś wiodły, kamienie na brzegu
układały się we wzory, czytelne tylko dla mnie i przypadkowych żab,
szum, rechot i echo kopały dobre fundamenty pod polny folk,
który też wtedy był progresywny
i nie musiał zaczynać się od zmiękczenia trzewi.
Nieznośna sypkość świtu
Zanim zaczęła to traktować dalekobieżnie
Wybierała spacery do lasu
Potem, kiedy go wyrąbali pod drogę ekspresową
Wkradała się do jedynej czynnej mordowni
Teraz wraca tam rzadko
Z reklamówką wspomnień w cenie piwa spod lady
Wiele tanich win upłynęło
Nim spotkała swojego Janka, to było coś
Jak zaćmienie słońca, tylko na odwrót
Raczej roztopienie zasłon z kawałkiem fasady
Ścieżki i intencje zlewały się w uciekający punkt
Który miał mało wspólnego z punktualnością
Spotykali się głównie przy nasypie
Pod warstwą krzaków, ziemi i ubrań
Nieśpiesznie wyznaczali nowe miejsca kultu
Bystrza i plosa
Wydmy i wyspy
Zaspy i zasapania
Zasypiali wsłuchani w stukot długich składów
I dobrze się wtedy składało
Ładnie żarło
A kiedy się już przeżarło i zagryzło
I przyszli Jankowie inni, następni
Janek z nasypu pozostał tym pierwszym, prawdziwym
Najświeższym
10 dni
W 10 dni postarzałem się o 10 lat
Ale nie był to najdziwniejszy przypadek tego lata
W powiecie bobrowieckim (nazwa celowo zmieniona)
Na świat przyszły sześćset sześćdziesięcio sześcioraczki
Nikt nie zwrócił na to uwagi, bo to był miot komarzy
Wyposzczony Szatan w postaci chmury
Patrolował podwórka i opuszczone place zabaw
Ale cały plan upadł
Gdy z chmurą zmieszał się przypadkowy orzeł przedni
Raz jeszcze potwierdzając prawdziwość przysłowia
Orzeł może
10 dni ciągnęło się jak lekcje religii w gimnazjum
Bardziej niż sprawy boskie interesowały mnie
Majtki świeckiej katechetki
Zapytana czy nosi stringi czy gacie po tacie
Powiedziała, że przed Bogiem wszyscy są nadzy
Tego dnia straciłem zainteresowanie bielizną
Skupiając się na tej czarniejszej stronie duszy
Katechetka spotkana po latach nie poznała mnie
Na jej ramieniu siedział przypadkowy orzeł przedni
Na mój widok wyskrzeczał „Ora et labora, puta madre”
Co bezbłędnie przetłumaczyłem jako
Każdy orze jak może
A najśmieszniejsze jest to, że z tych 10 dni
Co się wlekły bardziej niż TLK Malczewski
To ja właściwie za dużo nie pamiętam
Oprócz poczucia pustki tak dojmującej
Jak kac moralny po urlopie nad Bałtykiem
Na 10 dni raz lało tydzień, drugi raz trzy dni
Taki deszcz, że w centrum Mielna
Zacumowała łódź podwodna ORP Raniuszek
Na jej bunkrze siedział przypadkowy orzeł przedni
Zaskrzeczał „Nie śpimy, zwiedzamy”
Po czym orzeł poszedł w morze
Albert Sienkiewicz – rocznik 1988, z wykształcenia ekonomista, zadebiutował tomikiem „Hostel Kakofonia” (Staromiejski Dom Kultury w Warszawie, 2010). Publikował w Wakacie, Cegle, Malkontentach, Zakładzie. Laureat 38. Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O liść konwalii” im. Zbigniewa Herberta. Basista i tekściarz. Zawodowo związany z koleją.
Konrad Roche – @konrad.roche multidyscyplinarny grafik z Gdańska, z zacięciem do czerni, minimalizmu i typografii. Absolwent PJATK oraz ASP, właściciel studia graficznego ROCHE. Gdy znajduje wolną chwilę, patrzy w gwiazdy i marzy, by ruszyć w kosmos.