Logo Tlenu Literackiego

Występujący

w stanie wolnym

w powietrzu

Agatka Kowalczewska – opowiadanie

— To moje! Nalać ci wody, dziecko? — Ciotka wyrywa mi szklankę.

Takie jest chyba moje pierwsze wspomnienie wujostwa w górach. Czemu akurat ta szklanka? Byłam przecież zbyt grzeczna, by na złość pociągnąć łyk. Mój niewprawiony nos nie mógł wyłapać też żrącej woni. Nie, nie mogłam wiedzieć, co w niej jest. Pewnie zaskoczyło mnie, że tak ostro zwróciła mi uwagę. Ciotka nigdy nie była wobec mnie surowa.

Siedzimy na werandzie i czekamy, aż zagotuje się woda na herbatę. Dym papierosa miesza się z promieniami słońca, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ten poranek musi mieć w sobie coś mistycznego.

— Czy pan Jezus już zmartwychwstał?

Ciotka zerka na zegarek, obracając nadgarstek wprawnym ruchem.

— Tak mi się zdaję.

Coś tu nie gra, bo wydaję mi się, że tę szklankę wyrwała mi z rąk na wakacje. Ale ten krótki obraz rozwadnia się nagle i przechodzi płynnie w rozmowę, którą odbyłyśmy którejś Wielkanocy.

— A dlaczego w Jego sercu była też woda?

— Bo woda symbolizuje nowe życie. Oczyszczenie.

— Więc to pan Jezus zesłał nam powódź?

— Nie. — Gasi papierosa. — Nie wiem.

Chronologia całkiem się tu nie zgadza. Pierwszy raz pojechałam do wujostwa jako mała dziewczynka jeszcze na kilka lat przed wielką wodą. Zresztą, kto by to spamiętał – na tej werandzie odbyłyśmy tyle rozmów. Tylko ja, ciotka Salka z papierosem i dźwięki bulgoczącej wody z kuchni. A wuj? Potrafił znikać na całe dnie. Był rolnikiem.

Myślę sobie, że mama wysyłała mnie tam, żeby się mnie pozbyć. To znaczy nie dosłownie mnie, ale problemu: wiecznie szczebioczącego głosu nad uchem, bolącego brzucha czy zasikanego materaca. Ciotka Salka nigdy nie miała dzieci i bardzo się na te wizyty cieszyła. Ale czasem nachodzi mnie taka myśl, że mama widziała w tym dla mnie jakąś szansę. Sama ledwo skończyła szkołę i nie potrafiła nam nawet pomóc z niektórymi zadaniami domowymi. A ciotka, jak mi się przynajmniej wtedy zdawało, wiedziała wszystko o wszystkim – jak rozpoznać ptaka po śpiewie, które zioła pomagały na przeziębienie i gdzie szukać jadalnych grzybów.

Moje ulubione wspomnienia z tamtego okresu, zaraz po rozmowach na werandzie, to nasze leśne spacery.

— Co to za drzewa? — pyta mnie belferskim tonem.

— Choinki.

Parska śmiechem.

— To są akurat świerki. Bardzo przydatne swoją drogą.

— Na Święta?

— Nie tylko. Popatrz. — Chwyta długi patyk i zaczyna rysować w ziemi coś na kształt litery „U”. — Jesteśmy w kotlinie. Co to kotlina, to chyba wiesz?

Kiwam głową.

— To jak to jest, że deszcz spływa po zboczach dookoła — ciotka próbuje obrazować to, co mówi, malunkami w ziemi — a my tutaj nie pływamy teraz jak gumowe kaczki w wannie?

Chichoczę, wyobrażając sobie, jak zmieniamy się w zabawki.

— Między innymi dzięki nim — wskazuje na korony świerków. — One są jak gąbki. Zatrzymują nadmiar wody i wypuszczają ją stopniowo, tak żeby ziemia miała czas ją wchłonąć. To się nazywa retencja.

— Retencja — powtarzam pilnie.

Ja też byłam jak gąbka. Chłonęłam każde słowo ciotki. Pamiętam doskonale ten dzień, w którym mogłam pochwalić się nowym terminem na geografii! Zdaje się, że powiedziałam wtedy „rentencja”, ale nawet to nie przyćmiło blasku tamtej dumy.

Salka to osobliwe imię. Nie znałam nikogo innego, kto by się tak nazywał. Kiedy byłam już nastolatką, zabrała mnie na wybory i wtedy ukradkiem spojrzałam na jej dowód. Nazywała się Salomea. Od tamtej pory usilnie próbowałam połączyć kropki. Przekopywałam wspomnienia, żeby lepiej ją zrozumieć. Na przykład regularnie chodziła na cmentarz, ale tylko na ten opuszczony. Mówiło się na niego po prostu „stary cmentarz”. Twierdziła, że nikt tam z rodziny nie leży, ale nie może patrzeć, jaki on zaniedbany.

— Nieboszczykom też należy się trochę szacunku.

Zbiera szklane butelki po alkoholu, podczas gdy ja zmiatam z nagrobków.

— A cioci rodzina to gdzie leży?

— Twój wuj to moja jedyna rodzina.

Podejrzewałam, że w tym jednym zdaniu tkwi ważna wskazówka. Być może tęskniła za korzeniami, jeżeli w ogóle znała swoje pochodzenie. Czuła się wyobcowana, niepasująca, więc przylgnęła do męża. Zaakceptowała go, jaki by nie był. Nigdy jednak nie skonfrontowałam z nią tej teorii.

Inne wspomnienie. Szykujemy obiad. Lato trwa w najlepsze; drzwi do werandy są uchylone, a żar próbuje się wcisnąć do środka. Nakrywam do stołu. Siadamy do niego we dwie, a wuj wchodzi ciężkim krokiem do domu dużo później. Nie ściąga butów. Odkręca kran w kuchni i niechlujnie przepłukuje brudne, spracowane dłonie. Opuszki palców i tak ma wiecznie zabrudzone.

— Józek miał zawał. — Ciotka nie podnosi głowy znad jedzenia.

— Naprawdę?

— Tak. Krysia znalazła go w łazience.

— Przeżyje?

Ciotka przeżuwa akurat kęs kotleta, kiwa więc tylko głową. Kończą obiad w ciszy.

Inny dzień, początek wakacji. Mogę już sama włączyć palnik z pomocą zapałek i wrzucić mięso na gorący olej. Ciotka zerka mi przez ramię. Upewnia się, że nie zrobię sobie krzywdy. Jak zwykle zaczynamy jeść we dwie.

— Kombajn do przeglądu oddałeś? — pyta wuja, gdy ten odsuwa krzesło.

Wuj wzdycha, jakby jej pytania mu ciążyły.

— No tak. W czerwcu był w serwisie przecież.

Ciotka kiwa głową. Nie odzywają się więcej.

Kilka lat później, pewnie podobna pora. Ciotka tyle mnie nauczyła, że w zasadzie już nie musi wstawać. Dopala papierosa na werandzie, gdy ja uwijam się w kuchni. Dostrzegam już, że spóźnienia wuja są na swój sposób punktualne.

— Krysia się wyprowadza — oznajmia ciotka bez ceregieli.

— Jak to?

— Chata jest do remontu. Sama została i się boi, że nie przetrzyma następnej powodzi.

— A powódź to co roku mamy, czy o co jej chodzi?

Ciotka wzrusza ramionami, a wuj cmoka niezadowolony, widząc w tym najwyraźniej jakąś fanaberię.

Nie, nie nazwałabym tego miłością. To był po prostu rodzaj układu, co ciągnął się od tak dawna, że niewygodnie byłoby im w nim mieszać. Ale ciotka i na niego miała swój sposób. Pod zlewem była taka metalowa półeczka na środki czystości, a ona tam miała zawsze schowaną nalewkę.

To ciotka ostrzegła mnie, że któregoś dnia obudzę się z bólem brzucha i brudnymi majtkami. I na moje szczęście zdarzyło się to właśnie u nich. Nie było krzyku o zalany materac ani podejrzliwych spojrzeń po wyjściu z łazienki. Po prostu kupiła mi podpaski, dała tabletkę i cały dzień pozwoliła przeleżeć w łóżku. Załatwiła mi nawet bajkę na kasecie! A wuj przechodził akurat korytarzem, pewnie coś tam wydedukował i już nigdy do mnie nie przyszedł. Ani w tamtą noc, ani w żadną następną.

Może to dziwne, ale nie potrafię sobie przypomnieć jego twarzy. Pamiętam jedynie szorstkie dłonie i kującą brodę. Nauczyłam się wtedy rozdzielać sama siebie na pół. W jednej połówce wciąż byłam sobą: ciekawą świata dziewczynką, której udało się urwać na chwilę z byle jakiego domu. Nie wiem, kim była ta druga ja. Chyba nikim i na tym polegała cała sztuczka. Gdybym się komuś zwierzyła, mogłabym już nigdy tam nie wrócić. Może więc źle to ujęłam. Istniała wesoła i żywotna „ja”, ale ona ukazywała mi się tylko przy ciotce. Wszystko inne zdawało się jakąś prowizoryczną skorupą. Nie chciałam tego stracić.

Nasza ostatnia rozmowa? Rok temu, przez telefon.

— Tutaj przecież wszystko jest — przekonuję ją. —  Ciocia spakuje najpotrzebniejsze rzeczy, przeczekamy najgorsze deszcze i odwiozę ciocię samochodem.

— Dom przetrwał dziewięćdziesiąty siódmy, przetrzyma i teraz.

— Ale jak was zaleje, to ani do sklepu, ani do kościoła…

— Mszę sobie na youtubie włączę — wtrąca. — A w piwnicy mam przetwory.

Uparta była. Wciąż dąsała się o to, jak kilka lat wcześniej, kiedy umarł wuj, zadzwoniła i zaproponowała, że zostanę ich spadkobierczynią. A ja się nie zgodziłam. Wiem, wszyscy mi mówili: urządziłabyś sobie tam jakieś pokoje pod agroturystykę. Ale ja z tym domem nie chciałam mieć nic wspólnego. W trakcie tej rozmowy zupełnie niezamierzenie runęła we mnie jakaś blokada.

— Ciocia wiedziała, co on mi robił?

Trzask w słuchawce mógłby być równie dobrze zakłopotanym chrząknięciem, jak i zwykłym problemem z połączeniem.

— No wiesz, co? Ledwo człowiek na drugą stronę przeszedł!

Więcej nie wracałyśmy do tematu.

O tym że w trakcie powodzi pękła tama, dowiedziałam się z wiadomości. Woda zabrała wiele budynków, przeczyściła wręcz całe miasteczka. Przerażający widok. Nikt się tego nie spodziewał, bo i jak się przygotować na to, że tak podstawowe zabezpieczenie zwyczajnie zawiedzie?

Dom wujostwa też popłynął. Zupełnie jak gumowa kaczka.

Agata Kowalczewska (1998) – absolwentka filologii angielskiej. Najchętniej czyta fantastykę i reportaż. Do tej pory nie publikowała swoich opowiadań, choć nie brakuje ich w folderze “głupoty”.